z okazji...
zdania matury, Mąż dał mi kwiatek. A jednak! Kwiatek doniczkowy. Wyjął go z siatki na zakupy, spomiędzy kartonów soku, pudełek sera i kostki masła - wyjął i wręczył uroczyście. A potem zabrał i wkroił do sałatki. Kwiatek, zioło, zieleninka - lubczyk.
wreszcie mogę czytać bez wyrzutów sumienia, że się nie uczę do matury! Czasem odkładam zestaw 450 ćwiczeń z gramatyki francuskiej /"niveau avance" - hoho/i sięgam po ulubiony tom opowiadań.
Nazywa się "Chant des morts"-
Elie Wiesel to taki pisarz niezwykły, który urodził w się w Sighet czyli mógłby być rumuńskim chasydem. Satmarem może? I owszem, uczył się w chejderze, nawet pisze o tym. I o swoich mistrzach, nauczycielach, których bał się na codzień - a najbardziej gdy widział ich modlących się w Szabes. Elie Wiesel rumuńskim chasydem nie został, a nawet pisze się o nim "pisarz amerykański". I opowiada o tym, jak kończyły się pewne czasy, jak kończył się pewien świat. Jak pobożni tracili wiarę i agnostycy ją odzyskiwali. Opowiada o swoim spotkaniu z kapo który dręczył w obozie jego i jego ojca - a potem, a teraz spokojnie jeździ tym samym autobusem po Allenby.
Strasznie i pięknie się to czyta.
...a upał jest nieznośny.





