najpiękniejsza książka na świecie, genialny przykład tego, co chcę robić w przyszłości - "Wszystko jest iluminacją" cudo, które napisał Jonathan Safran Foer. Jak to możliwe, że przeczytało je tylko kilka osób spośród setek moich znajomych? Blu, mąż i ja. I koniec. Nawet moja mama po kilku rozdziałach zrezygnowała: 'nic z tego nie rozumiem'.
Lubię czasem przeczytać krótki fragment, nacieszyć się jakimś rozdziałem. Smudzy z Ardiszt, wypadek Kołkera, opowieści Aleksa i podboje Safrana. Dziś znowu sięgnęłam po tę powieść. Tym razem otworzyłam książkę na spotkaniu Aleksa, Aleksa i Jonathana z kobietą, która miała być Augustyną. Jak to jest możliwe, że czytając tę książke tyle razy, dopiero teraz zrozumiałam to, co w niej tak ważne? Dziwiło mnie zawsze, czemu dziadek Aleksa, Aleks Perczow tak nerwowo reaguje na opowieść nie-Augustyny. Dziś do mnie to dotarło. Aleks nie jest Aleksem. Aleks to Eli, przyjaciel Herszla którego zabił, bo nie umiał inaczej.
Czytałam leżąc na kanapie, a Efraim leżał na moim brzuchu i spał. Doszłam do bombardowania Trachimbrodu. Zosia, jak wielu innych, schroniła się w rzece Brod. Jej nienarodzone dziecko chciało przeżyć i narodziło się w odmętach. Jednak zostało wciągnięte pod wodę przez pępowinę, którą matka chciała rozerwać, przegryźć, zniszczyć. Całkowicie zdrowe niemowlę umarło w objęciach Zosi. Tak jak większość mieszkańców Trachimbrodu, tak jak mieszkańcy Kowna i Kołek. A ja popłakałam się czytając ten nierealistyczny, realistyczno-magiczny opis. Wszystko mnie teraz tak uderza. Wszystko, co dotyczy cierpienia dzieci.
To chyba jest istota macierzyństwa. Wszystkie dzieci są moje. Każde dziecko płaczące z bólu, chore, głodne - każde małe nieszczęście rozrywa moje serce. I modlę się, żeby nigdy nic nie stało się naszemu synowi. Nigdy.