poniedziałek, październik 31, 2005

znowu zakład

tym razem o butelkę wina. A właściwie nie zakład tylko R. mówi "masz winko, jeśli...". A potem dodaje "pewno przegram". Chce tego. A ja? Czy ja chcę?
"masz dwa tygodnie".
A w niedzielę idę na koncert.

and I....begin to wonder....



jesień

Spacer w słońcu, twarz smagana wiatrem, a w uszach Schubert. Czy może być lepiej?
Może.
Ten-którego-numer-usunęłam-z-pamięci-telefonu odezwał się. Uwielbiam to jego "cześć Olu", ten głos tak miękki i niski. Nie wiem, czy skorzystam z jego miłego towarzystwa.
Czy tego mi potrzeba?

niedziela, październik 30, 2005

hadaszot

poszłam do kina, nie mylić z 'na film'.
Ach, te festiwale....5 minut jednego filmu, 40 minut drugiego i basta. Płyta zacinała się bardziej niż mój komputer.

Ale kupiłam sobie kajecik i zaraz idę odmieniać 38 czasowników w 3 czasach i wołaczu, na szczęście tylko w pa'al. ;)

Tkaniny niebios

Gdybym miał niebios ozdobne tkaniny,
Z haftem złotego i srebrnego światła
Ciemne, półmroczne, błękitne tkaniny
Nocy, przedświtu i dziennego światła,
Rozpostarłbym je, rzucił pod twe stopy:
Lecz mnie, żebraka, stać tylko na sny;
Rzuciłem rozpostarte sny pod twoje stopy;
Stąpaj ostrożnie - depczesz moje sny.

Yeats

sobota, październik 29, 2005

break your neck

dostaję niezwykłą ilość wsparcia od ludzi, nawet mi nieznanych.
dobrze mi jest.

a jutro idę do kina, o. dawno nie byłam w kinie.
i napiję się kawy w green cafe, ten uroczy mężczyzna z orientu tak ślicznie się do mnie uśmiecha i puszcza oko, no po prostu nie mogę sobie odmówić tej przyjemności ;)

Berajszis

Wszystko od początku. Świat został stworzony. Zaczynajmy na nowo, co roku mamy tę szansę...
Aż do przyjścia Moszijacha, oby przyszedł za dni naszych!
___

Najpierw "wolisz na górze czy na dole?" a potem rozmowa na tematy teologiczno-socjologiczne. Czyli trening krav maga, a po nim spacer.
Mam siniaki na plecach, obity kark (kto? kiedy? jak?), guza centymetr od oka (pięta? łokieć? kolano? nie wiem, ale ślad jest..), poruszam się nie tak, jak powinnam i zastanawiam się, jakie to niezwykłe, że mam tyle mięśni. No bo skoro bolą, to znaczy, że są, prawda?

___

Dlaczego nikt, nigdy nie powiedział mi o rzezi Ormian dokonanej przez Turków??!!
Dlaczego milczy się o takich sprawach? Dlaczego nadal ukrywa się takie rzeczy?!

czwartek, październik 27, 2005

czytam

chwilowo oderwałam się od lektur na moje studia, a czytam lektury z ISNSu...

"Kobiety powinny chwalić Pana po posiłkach, ale nie mogą przyłączac się do modlitwy dziękczynnej mężczyzn.
(Jeśli trzech lub więcej mężczyzn wyraża modlitwę dziękczynną po posiłku, uważa się ją za wspólną. Jest specjalna formułka, w której jeden meżczyzna przyzywa pozostałych do wspólnej recytacji. Przyłączenie się kobiety pomniejszyłoby prestiż mężczyzny, sugerowałoby, że kobieta może być bardziej wykształcona. Kobiety mogą wyrażać dziękczynienie po posiłku między sobą [podobnie jak to czynią mężczyźni], chociaż nie stanowi to dla nich obowiązku, w przeciwieństwie do mężczyzn. Por. Ber 20b, 45a; Encyclopedia Talmudica, k.117.)"

Szulchan Oruch mówi co innego. Czego nas to uczy? Po przeczytaniu jednej opinii trzeba szukać dalej.

"The second possibility is that since women were not given land in Israel when it was initially divided up during the time of Joshua, therefore they cannot say "for the good land that you have given us" with the same halachic force men do."

"The Darchei Moshe cites a Semag who claims that it is better for women to make their own zimun if possible. However, he notes that the accepted custom is to follow Rashi and for women to answer a zimun made by men. The Shulchan Aruch uses even stronger terms, claiming that when they are eating with men, women have an obligation to answer the zimun of the men. Rav Getsel Elinson, in Bein HaIsha L'Yotzrah cites a Ben Ish Chai who claims that one should instruct his daughters to make a zimun whenever possible (and, he notes, such has become the custom in many girls' schools is both Israel and the Diaspora). However, Rav Elinson rules that women should not make a zimun if even one male is present."

środa, październik 26, 2005

z ciebie byłby niezły czarnuch

mówi młody, a ja się śmieję, nie ma to jak komplementy mojego brata!
Szłam przez miasto ze słuchawkami na uszach. Najpierw techno - trochę tandety jak z zajęć aerobic, a więcej rave party. Wybucham śmiechem w autobusie, czegoś takiego jeszcze nie słuchałam. Po chwili wkręca mnie ten rytm, szybszy niż bicie serca. Działa lepiej niż kawa i red bull razem wzięte, dobre przed nudnym wykładem.
Po techno przychodzi czas na rap. Stare dobre Wu Tang Clan i Busta Rhymes. Idę przez Warszawę i może nie czuję się jak wielki, groźny Murzyn, ale coś w tym stylu. Stoję w kolejce, raperzy krzyczą mi do uszu, a nikt spośród ludzi do okoła nie łączy tej muzyki ze mną. Elegancki trencz plus czarne czółenka nie pasują do muzyki z getta. Ale co mi tam ;)

aaa......luzuję się....

/i tak za chwilę wrócę do lektury Oxford Handbook of Jewish Studies.../

mekor

Mojsze Rabejnu umarł. Naprawdę to przeżyłam, mimo tego, że przeczytam o jego śmierci za rok, że to będzie się powtarzać.
Pobłogosławione zostały wszystkie plemiona, a drugiego takiego proroka naród żydowski mieć już nie będzie.

Zakończył się maraton świąt. Rosz haSzana, Jom Kippur, Sukos, Szmini Aceres, Simchas Tojre....Dużo czasu na spojrzenie w siebie. Dużo zmian w sferze duchowej, postanowieć. W sferze fizycznej- niemalże przyzwyczajenie się do chodzenia bez makijażu i korzystania z toalety po ciemku ;-)
_____

W połowie spotkania zaczął mówić do mnie "misiu", a potem to on zadzwonił pierwszy. Jaka ja jestem urocza, aż się dziwię. Szkoda tylko, że nie znoszę, kiedy facet nazywa mnie "misiem", a nazywający mnie tak jest moim byłym. No i pamiętam, dlaczego nim został.

_____

Muszę coś zrobić z włosami,
muszę coś zrobić z włosami,
muszę coś zrobić z oczami,
bo tak mi jakoś ciemno.

Tak ponoć jest, ze po rozstaniu z mężczyzną (bądź chłopcem, jak to było w moim przypadku) kobiety postanawiają zrobić coś z włosami. Okazało się, że na mnie też padło. Koloru nie zmienię, bo uwielbiam swój. Będzie cięcie.
Chciałabym, żeby moja fryzura była nowoczesna, ale pasująca do mojego tradycyjnego stylu ubierania się i arystokratycznej urody :P. Chciałabym, żeby włosy były krótkie, ale można było je związać. Chciałabym mieć grzywkę, ale nie chcę zasłaniać czoła. Chciałabym włosy rano myć i suszyć tylko, bez żadnych stylingów, ale włosy powinny być zawsze świetnie ułożone. Chciałabym...

No właśnie. Tak to ze mną jest.
Ogłaszam ankietę. Iść na cięcie do Jean Louis David czy do Franck Provost? I need your help!

niedziela, październik 23, 2005

jom riszon

Przy stoliku obok Nowak, pewno za jakiś czas przeczytamy w Wyborczej o tym miłym miejscu. Dużo piję, dużo słucham. A jest czego. Spotkanie po latach niemalże, lubię tak.
Było świetnie. Nię będę się rozpisywać, porozważam to w swym sercu ;)

___

Kontrast. On i on. Płacę, głupia, za głupotę teraz. Jak to się mówi, błądzić jest rzeczą ludzką...
Zastanawiam się jak to jest być kimś takim. {Tu było trochę prawdy. Jaki koń jest każdy widzi. No, może poza tą panienką, która służy swym mieszkaniem. Nie będę tu sobie śmiecić.}
Nie rozumieć tego, jak jest.

Nie wiem, jak tak można. Mogę tylko współczuć, bo na tyle mnie stać.

__

post scriptum
poznałam dwa nowe pojęcia. Groźba karalna i groźba bezprawna. Nigdy nie wiadomo, kiedy się coś przyda. Zapamiętujemy.

sobota, październik 22, 2005

bo to tylko trzeba

poczekać, uwierzyć, zaufać....






Kiedy siedzimy w suce, przez której dach widać gwiazdy, a kiedy pada deszcz to krople spadają nam na nosy, czujemy, że tak naprawdę wszystko zależy od Niego.
Możemy o tym zapomnieć śpiąc w swym wygodnym łóżku, pod ciepłą pierzyną, wiedząc, że gruby mur oddziela nas od zimna, wiatru i deszczu. Dlatego w Sukos spędzamy tyle czasu w szałasie. Przypomina nam to, że to nie my jesteśmy panami świata, że to nie my kontrolujemy wszystko, co się dzieje do okoła nas.

התנשק

Szabes bez parszy, dziwnie jakoś.
Sukos w pełni, jesień piękna. Szkoda, że w tym roku sukę oglądałam tylko z zewnątrz. Mam nadzieję, że za kilka lat będę stawiała własną...

Szaliach nie zawiódł. Świetny słownik, gruby, ciężki, z tabelami i tak dalej - najchętnej nosiłabym go wszędzie ze sobą. No i TaNaCh. Tu miła niespodzianka. Wydanie angielsko hebrajskie, przedruk z 1888 roku (jeśli dobrze pamiętam końcówkę). Wydawnictwo Sinai, miło postawić na półce, jeszcze milej czytać...

Wczorajszy trening krav maga nieźle dał w kość. Zeszły tydzień to był, że się tak wyrażę, lajcik. Okazało się, że muszę zrobić 30 pompek w 30 sekund (nie zrobiłam...), tyleż samo brzuszków w podobnym czasie (prawie...) i podobne temu atrakcje. I to na koniec zajęć.
Trener pokazywał jeden z chwytów mówiąc "a to jest mój ulubiony, często go stosuję, tylko uważajcie, żeby partnerowi nie złamać karku". Kopię, duszę, walę łokciem w szczękę, a potem zakładam swój kardigan od Jackpota i znowu jestem miła, spokojna i dobrze wychowana. Dobrze robi mi takie wyładowanie agresji. Bardzo dobrze....A kiedy pomyślę, o Kinder Bueno które znika wraz z litrami potu parującymi z mojej koszulki, robi mi się jeszcze lepiej.
Za tydzień moja partnerka nie przychodzi, będe trenować z Z. No....zobaczymy...
Chcę już!!!

No i kupiłam sobie spodnie. Pierwsze od czterech lat. Ale zakładam je tylko na treningi, do bluzki z długim rękawem. Wygodnie i porządnie. Ach...byle do piątku....

środa, październik 19, 2005

post srciptum

Nie kawa z kolegą, a piwo z kolegami. Jeszcze lepiej! Skandal, tyskie w Harendzie za 9 złotych, jak to dobrze, że to nie ja płaciłam....Iraniści robią "wooow" kiedy mówię im, co studiuję. Jakby perski nie był egzotyczny i oryginalny!
"Oleńko, studia to nie wyścig" mówi P. A ja się cieszę, bo dawno nikt tak ciepło nie powiedział do mnie, tak miło. Oleńko....
Jesli wiatr będzie wiał pomyślny - zobaczymy się w niedzielę.
Ł. zamawia latte z syropem o smaku białej czekolady, a ja zwierzam mu się, że chętnie sama założyłabym arafatkę na szyję swą białą i arystokratyczną. Odreagować ten syjonizm....Żartujemy, że mogliby mnie za to oblać na egzaminie. Między stacją metra a Uniwersytetem jest tyle miłych miejsc. Wpadamy po kawę na róg Jasnej i oboje spóźniamy się na zajęcia.

tohuwawohu

proszę państwa!

monoftongizacja dyftongów przede wszystkim!
P.Jaruzelska uśmiecha się diabolicznie, mówi aksiaw i twierdzi, że "szulchan aroch to dzieło kabalistyczne". Ale dr.Tomal twierdzi, że piękna Izabella "wie wszystko o każdej skrupie wykopanej na Bliskim Wschodzie", więc znosimy zajęcia z nią z dumnym uśmiechem. Tomalowi się wierzy, ale jego notowania spadły, na pierwsze miejsce wybił się kolega Roman znany jako Romek.
Traktuję Megilat HaAcmaut jako dzieło literackie, nauka jego czytania w Szabes skończyła się prawie śmiertelnym zakrzsztuszeniem zabłąkanym okruszkiem. Jutro szaliach z Izraela wręczy mi przesyłkę: Tanach i słownik iwrit-carfatit i na abarot. Będę uczoną kobietą. Już się zastanawiam na jaki temat będę pisała pracę licencjacką. Myślę albo o poezji Złotej Ery albo coś o religii i kobietach, może o modlitwach? Bakaszos i tym podobne....Ale tu może być więcej źródeł w jidisz niż po hebrajsku...Ach...kocham te studia...

Nie mogę doczekać się następnego treningu krav maga. Mam cichą nadzieję, że moim partnerem będzie jakiś facet. Nie będę miała oporów przed uderzeniem go.
Śniło mi się, że miałam worek treningowy.

niedziela, październik 16, 2005

lupus

Właściwie to nie chciałam tam iść, ale musiałam. Nigdy nie byłam w takim klubie i raczej drugi raz się nie pojawię w tym miejscu. Klub Live przy Polnej, miejsce głośne i kiczowate. Piwo za darmo, ale cóż z tego, skoro rozwodnione? P. oddał połowę swego Kamikadze, nie było źle.
W świetnym towarzystwie i dobrym humorze przesiedziałam kilka godzin przy stoliku. Po lewej Samotny Biały Żagiel, puszcza oko i się śmieje. Horyzontu nie widać, młodzież się bawi. A my chichoczemy, niby dwa lata różnicy ale przepaść, panie, przepaść.

Metro już nie jeździ, spacer od Politechniki do Centrum. O wilku mowa, gorzkich kilka słów. Nagle pojawia się, chwiejny krok, nawet nas nie zauważył. O wilku mowa a wilk tu, na Wilczej ulicy. Gorące łzy. Bez sensu. "Nie warto" mówi i przytula.

Patrzę, oglądam się za tą postacią pijaną i samotną. Zapominam, że to ten, który niszczy wszystko, czego się dotknie. Że to ten, który zostawił własnego syna. Który ma za nic cały świat.
Przez chwilę chcę się nim zaopiekować, pobiec za nim i przytulić jego głowę do piersi, obiecać, że pomogę, ja wszystko zrobię, ty bądź.

Budzę się rano z niesmakiem. Nie jestem pielęgniarką z Markotu. Nikogo z szamba wyciągać nie będę. Muszę się uwolnić.

"w poniedziałek biorę Cię na kawę" pisze Ł., a ja mam nadzieję, że zapomnę.

piątek, październik 14, 2005

no

Po pierwsze: gardłowe nie przyjmują dageszu. Z taką myślą budzę się co rano.
Byłam na pierwszy treningu krav maga. Było....śmiesznie. Kopałam w splot słoneczny i biłam po twarzy. Przynajmniej próbowałam. Trener wyrozumiały, kiedy atakował to uprzedzał. Jestem zadowolona, po semestrze nikt nawet nie powie, że chce wytrzeć chodnik moją twarzą. ;]

Obserwuję swoje grono znajomych na gronie. Pojawiają się nowe osoby, odnajdują starzy znajomi. W większości mężczyźni. Lżej jakoś. Nie mam potrzeby pokazywania, jaka jestem fajna, miła i atrakcyjna. Fajnie mieć kolegów. Po prostu kolegów. Pójść na kawę z kolegą. Na spacer z kolegą. Na piwo z kolegą. Fajnie....

Ciekawe kiedy przestanie być tak fajnie.

środa, październik 12, 2005

brr

Biednemu to zawsze wiatr w oczy...Pisałam w nocy głupawy dialog na p.n.j wściekając się, że mogę użyć tylko zwrotów, kóre poznaliśmy na zajęciach, brr. Pisałam, napisałam i obudziłam się chora. Chyba nici z pójścia do synagogi, jestem strasznie zła z tego powodu. Może na Ne'ila się doturlam...

Słucham Klezmatics z Chavą Alberstein...Piękna...dziękuję**

wtorek, październik 11, 2005

otrzęsiny

A więc tak...
Chrzest studencki mam już za sobą. Wejście na wykład, wpisanie się na listę i wyjście z sali im.Oskara Langego. Kierunek - najbliższy pub. Piwo z kolegą, a potem, w ramach badań antropologicznych - antropologia ławki, antropologia butelki, antropologia parku.
Poczyniłam pewne obserwacje. Np. student Uniwersytetu nie musi być intelektualistą. Może być na przykład wiecznie zalanym B. albo S., który wygląda i jest absolwentem katolickiej szkoły, a w tornistrze (sic!) ma trzy butelki wina "Wisienka".

Dalej jestem zachwycona swoimi studiami. Uczę się, że na rzeczy, które do tej pory robiłam intuicyjnie, istnieją gotowe formułki! Na przykład: Jeśli י występuje na końcu
lub w środku wyrazu obok matres lectionis, to zapisujemy jako jedno י .
To takie proste...
A wiecie co znaczy וווו ? "i jego hak". Ha, ha, ha!

niedziela, październik 09, 2005

kol chai

Radio religijne, z tego co się orientuję prowadzone przez Sfardów. Dużo muzyki - od sefardyjskich wersji zmiresów po chasydzki rock /właśnie na trąbkę, pompkę i bębenek grają i śpiewają "szojmar Isruajl" - tak, właśnie w tej wymowie!/. Kilka audycji prowadzonych przez rabinów, ludzie dzwonią i rozmawiają o micwojs, o Jom Kippur, o nauczaniu. Fajnie się tego słucha...

Oglądam stronę HaUniwersita HaIwrit i myślę, że może się uda, może kiedyś....Kiedyś? to tylko kilka lat!

sobota, październik 08, 2005

gdzieś daleko..



Tora jest światłem. Po prostu.

bein kodesz lechol

Szabes wzruszający, refleksje nad parszą. Mojsze Rabejnu przepowiedział swoją śmierć, ma już 120 lat i jego misja dobiegła końca. Za kilka tygodni będziemy obserwować cud tworzenia świata. Kończy się cykl czytania Tory, wrócimy do początku.
W parszy przeczytałam coś ciekawego, a właściwie komentarz do tego fragmentu Tory.
Hakhel jest jedną z kilku micwojs [przykazań] związanych z konkretnym czasem, do wypełniania których zobligowane są również kobiety. Jest to zgromadzenie w roku szabatowym podczas którego król czytał publicznie Torę.

"Although he [stranger] is not bound by the commandements of the Torah, he should attend Hakhel and perhaps he will be inspired to inquire into its significance and be inspired to convert." [Ibn Ezra]

Moim Hakhel było czytanie parszy Miszpatim.
Słucham przez internet radia Kol Chai. Audycja nazywa się "bein kodesz lechol", między sefardyjskimi wersjami pieśni słucham reklam sklepów z szajtlami.

czwartek, październik 06, 2005

Com Gedalia

W zasadzie powstrzymywanie się od przyjmowania pokarmów nie jest takie trudne. Gorzej z piciem. A najgorzej kiedy idzie się Nowym Światem i Chmielną potem - zapach tych wszystkich restauracji jest jeszcze bardziej wyczuwalny.
Kupiłam w antykwariacie niezwykłą książkę - "Fizjologia smaku". Autorem jest Anthelme Brillat - Savarin, prawnik i urzędnik francuski.
"Uczeni znawcy nie jedzą sztuki mięsa z szacunku dla własnych zasad i ponieważ ogłosili z katedr tę niezaprzeczalną prawdę: Sztuka mięsa jest mięsem, któremu odjęto sok."
Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że czytanie o jedzeniu w czasie postu jest nieco masochistyczne..

Wczoraj przed snem uświadomiłam sobie niezwykłą rzecz. Raczej nie zbieg okoliczności a...znak?
Kiedy po raz pierwszy byłam w synagodze w czasie Szabatu, czytano parszę Miszpatim. Jest to fragment, w którym HaSzem daje Żydom Torę. Padają piękne słowa "naase weniszma".
Bardzo to symboliczne i wydaje mi się, że to jest właśnie jeden z tych znaków od HaSzem które możemy pojąć od razu. Tak są wyraźne.
Zasnęłam czując, że moje serce coś otula. Coś pięknego i łagodnego.

środa, październik 05, 2005

5766

Witam w nowym roku i błogosławię.
Wydarzyło się tyle, że naprawdę nie wiem o czym pisać.
Po pierwsze - moje studia jak do tej pory są czymś totalnie zachwycającym. Masoreci będą mi się śnić po nocach, fertile crescent migotać przed oczami, a Encyclopedia Judaica okazuje się mym głównym podręcznikiem. Kocham to, kocham i uwielbiam.
Po drugie, usłyszałam mazl tow na wieść o rozstaniu z J. Dawno mnie nic tak nie zdziwiło.
Po trzecie, czy już pisałam, że jestem szczęśliwa?

poniedziałek, październik 03, 2005

שתהא שנה זו שנת שלום, צמיחה ואשר