środa, luty 28, 2007

i juz

Stukam, klikam, htmluje, powiększam, pomniejszam, piksele, hasła, kody, wklejam, wycinam... Czyli internetowa promocja Kuflersów ruszyła pełną parą. Płyta już jest, fizycznie, można ją kupić, włożyć do kieszeni, a potem słuchać. Fajnie jest.

A dziś rano kawka, wuzetka, widok na Nowy Świat i miejsce, gdzie rozpoczęła się nasza pierwsza randka. Pamiętasz?...Pamiętam...A to pamiętasz?... ( i jak szłam na to spotkanie, mając pod powiekami jego obraz, kudłatego, z kilkudniowym zarostem, a zastałam ogolonego i ostrzyżonego na zero, i z wrażenia, że on jest jeszcze przystojniejszy niż pamiętałam, zlałam się pąsem po koniuszki uszu, powiedziałam ‘chodźmy stąd’ i szybko odwróciłam plecami, żeby tylko nie zobaczył....a potem...ach...a potem....) I mija nam już pół roku. Krótko? Krótko. Ale czuję jakbym znała go całe życie.

niedziela, luty 25, 2007

madafaka

Poleciałam rano do sklepu żeby kupić sobie balsam do ciała super extra strong bo mnie zaraz szlag trafi. Nogi swędzą, ramiona swędzą, plecy swędzą, brzuch swędzi, twarz swędzi. Zima pieprzona, woda chlorowana, rajstopy. Już nie mogę wytrzymać. Kolejny dzień chodzę kołysząc się od irytacji przez wkurw do deprechy. Cała rodzina wybyła niedzielować, a ja siedzę z młodzieńcem i nic mi się nie chce. Mam piękny filet z łososia, z płetwami itd., ale mi się nie chce. Dziecku zrobiłam parówki, bo mi się nie chce. Leżę pod kocem, bo mi się nie chce. Jezu jak mi się nie chce. I to jest ten dzień kiedy myślę, że nie chcę przede wszystkim drugiego dziecka. Że kocham to jedno tak bardzo i tak mocno, że już na drugie nie dam rady. Że ten jest najmądrzejszy i najpiękniejszy i mi już wystarczy. I że mi się nie chce. Kosi kosi spacerek obiadek zupka nie brudź się nie właź na parapet rester zen rester zen nie podnosić głosu spokojnie spokojnie.

Ale bądź tu egoistyczną świnią i odmów ukochanemu urodzenia mu potomka. Przecież należy mu się jak nikomu posiadanie progenitury. Należy mu się i powinien poczuć to co się czuje widząc swoje dziecko na usg, czując jak kopie brzuch, widząc je po urodzeniu po raz pierwszy, odliczając czas pierwszym spacerem, kąpielą, ząbkiem, słowem, krokiem... No i ja mam w swoim lenistwie mu to odebrać??


Jezu jak mi się nie chce
Nie chce mi się
Nie chce
Nieeeeeeeee chceeeeeeeeeee

sobota, luty 24, 2007

mięta

Od środy mam ZNP, oczywiście nie mając ZNP bo w końcu dostarczam swojemu organizmowi regularną dawkę hormonów. Horrmonów chciałoby się rzec. W każdym bądź razie, czuję się grubo, pryszczato i nieatrakcyjnie i nawet najmilsze pod słońcem komplementy ukochanego nie pomagają. Ba, nie pomogło nawet kupno nowej wody toaletowej! Dlatego, o zła, o niedobra, pomimo ogólnego zmartwienia się faktem, że wtorkowy koncert Kufli nie odbędzie się, poczułam lekką ulgę. Do koncertu w Pretekście, 10 marca, zdążę wrócić do stanu w miarę normalnego, zrobię się na bóstwo i dokonam rytualnego odstrzału wielbicielek mojego mężczyzny.
A w związku z tym, że wieczór ten spędzimy oddzielnie, postanowiłam wypożyczyć sobie jakiś lekki, niemądry film romantyczny, taki z cyklu "nigdy się nie przyznam, że go oglądałam z własnej woli" i kupić worek cukierków, żeby pocieszać się nimi z okazji czucia się grubą. Ale jak zwykle, trochę mi nie wyszło.
Mam "Mechaniczną pomarańczę" i dwa Królewskie.

___

Sen był taki, że po przeczytaniu opisu po prostu się rozbeczałam.

czwartek, luty 22, 2007

piosenka z morałem, The Who

My life's in jeopardy
Murdered in cold blood is what I'm gonna be
I ain't been home since Friday night
And now my wife is coming after me

Give me police protection
Gonna buy a gun so
I can look after number one
Give me a bodyguard
A back belt Judo expert with a machine gun

Gonna buy a tank and an aeroplane
When she catches up with me
Won't be no time to explain
She thinks I've been with another woman
And that's enough to send her half insane
Gonna buy a fast car
Put on my lead boots
And take a long, long drive
I may end up spending all my money
But I'll still be alive

All I did was have a bit too much to drink
And I picked the wrong precinct
Got picked up by the law
And now I ain't got time to think

Gonna buy a tank and an aeroplane
When she catches up with me
Won't be no time to explain
She thinks I've been with another woman
And that's enough to send her half insane
Gonna buy a fast car
Put on my lead boots
And take a long, long drive
I may end up spending all my money
But I'll still be alive

And I'm oh so tired of running
Gonna lay down on the floor
I gotta rest some time so
I can get to run some more

She's comin'!
She's comin'!

____

Kuba: i będziesz na mnie czekać z patelnią?
ja: kochanie...nie będę musiała, bo będziesz wracał o czasie....


grunt, to ustalić zasady na początku!

wtorek, luty 20, 2007

czas

Zastanawiamy się czasem co by było, gdybyśmy poznali się wcześniej. Czy też tak byśmy na siebie patrzyli, jak wtedy, przez stół zastawiony butelkami, kartonami po pizzy, rzucając ukradkowe spojrzenia? ( a ja myślałam Boże mój, te oczy, te oczy, chcę się w tym spojrzeniu zanurzyć po szyję... )
A wtedy, kilka lat temu, kiedy rozklejałam plakaty na jego koncert? Gdzieś mi jeden jeszcze został, pamiętam, grali z Plastination i kimś jeszcze, w klubie Balsam. Dlaczego nie przyszłaś na ten koncert? pyta mnie. Ale oboje wiemy, że gdybym wtedy przyszła....że wtedy....

Poznaliśmy się w idealnym momencie, byliśmy już zupełnie wyplątani z naszych nieciekawych związków mówi
Spędziłam bez niego tyle czasu.
Ale.
Moi dziadkowie mają w tym roku 60. rocznicę ślubu.
Dużo czasu przed nami. Tyle dni. Tyle dni.


Przed nami noc, przed nami świat, bez końca

niedziela, luty 18, 2007

(...)

Było cudownie. Po tysiąckroć umarłam z piękna i po tysiąckroć zostałam wskrzeszona.


Spacer po Hajnówce, zimno, mroźno, biało. Wieczorem kolacja, rozcieraliśmy sobie dłonie nawzajem, nocny spacer. Nocne rozmowy. A potem Białowieża. Kilometry przez Puszczę, przez rezerwat. Cisza aż głośna. Na śniegu tropy. Dziki, sarny, co tylko w Puszczy mieszka. Pięknie. Pięknie. Pięknie. Z plecakami, ciastkami po kieszeniach, mrużąc oczy przed promieniami słońca odbijającymi się od śniegu. PKSy zwariowane, droga przez wioski, nocne rozmowy, dużo wina, dużo szczęścia. ( Siouxsie and the Banshees, Siekiera, Theatre of Hate, rano Miles Davies ). Kapliczka w środku pola, śnieg, słońce, słoiki od babci. A potem w drogę. Białystok, obiad, nie ma wuzetek, ale jest monastyrka. Rozgrzewamy się i szukamy sposobów na sprawienie, żeby znów był piątek.

.....

Wyszedł. Wyszedł. Zwariuję z tęsknoty. To już 5 minut. To już 10 minut. To już.....

....

Pocieszam się. Słucham.
Przed nami jest noc, przed nami jest świat, bez końca...
...

Trochę się śmieję.
Będę żoną gwiazdy punk rocka. Kotek mój. Kocur. Kubuś. Voila.

czwartek, luty 15, 2007

Bind me tie me, Chain me to the wall, I wanna be a slave...

Słucham na zmianę X-Ray Spex "Oh Bondage" i Siouxsie and the Banshees "Israel". Hipnotyzuje mnie ta muzyka. To jest własnie taka muzyka, która sprawia, ze... Dołączam to do jutrzejszej playlisty.
Spakowałam plecak, mam lekki reisefieber.
Cieszę się jak głupia.
Swiece w plecaku, wino kupimy na miejscu.

( uwielbiam go, uwielbiam!!!!!!!!! )



( gołąbek tu...gołąbek tam...i jeszcze raz...)



( w powietrzu unoszą się złotolokie putta, a z nieba sypie brokat)

środa, luty 14, 2007

There were princes and there were kings....

Moda



( pure working class....)







I trochę propagandy...





A to wszystko z piosenką w tle: Israel

wtorek, luty 13, 2007

B 52's a ferie trwają

Teoretycznie mam drugi dzień ferii. Siedzę i piszę wypracowanie na literaturę. Analiza i interpretacja fragmentu opowiadania U. N. Gnessina, który tez trzeba przetłumaczyć z hibrju.
I osiągnęłam dno pustki kosmicznej, jak mawia mój luby, albo otchłań rozpaczy, jak mawaiała Ania z Zielonego Wzgórza, poniewaz, co było do przewidzenia, zupełnie mi to pisanie nie idzie.
Więc pocieszam się oglądając kosmiczne teledyski. Zespół B 52's, uwaga uwaga, na początku klasyfikowany jako punk, brytyjska nowa fala!!!

Bierzcie i jedzcie, bo jest co.

Rock Lobster
Private Idaho

Etykiety:

poniedziałek, luty 12, 2007

jestem drzewo, jestem ptak

Założyłam fartuszek w kwiaty, ten, który uszyła dla mojej mamy moja prawosławna, skośnooka babcia, której pierwszym i ostatnim językiem nie jest polski. Na blacie położyłam książkę kucharską o pozaginanych rogach i zbiór opowiadań o lśniącej okładce. Około kilograma wołowiny, bardzo ładnej wołowiny, oczyściłam z błony ( cóż za niewdzięczne zajęcie ), a potem pokroiłam w kostkę. Usmażyłam na oliwie i przełożyłam do żeliwnego garnka. Włączyłam Czeremszynę i zaczęłam nucić znane od dawna melodie w najmilszym sercu języku. Dwie posiekane cebule wsypałam do garnka na mięso, posypałam łyżeczką soli oraz po pół łyżeczki pieprzu i imbiru. Dodałam namoczoną przez noc fasolę Jaś, wieczorem to była szklanka, teraz już więcej, na to pół szklanki kaszy perłowej. Obsypałam całość łyżką mąki i łyżeczką papryki. Zalałam wrzącą wodą tak, by przykryła składniki na ok. 3 centymetry. Nakryłam garnek szczelnie i wstawiłam na 3 godziny do piekarnika nagrzanego do 170 stopni. Czeremszyna dalej mi grała, a ja usiadłam przy stole i sięgnęłam po książkę. Czytałam i czytałam, w piekarniku czulent, w radiu śpiewali po naszemu, a mi łzy kapały na kartki.

Bardzo cieszyłam się, kiedy kupiłam sobie „Każdy przyniósł, co miał najlepszego”. Pierwsze opowiadania były wzruszające, niosące refleksję, chwilę zadumy nad dziwno-strasznymi kolejami losu. Potem lektura przestała być tak lekką. Przy ostatnich dwóch opowiadaniach już nie kryłam się ze łzami. Czytanie o Żydach żyjących w tamtym czasie zawsze jest bolesne. Teraz było tym bardziej, że książka jest taka....sama nie wiem jak to ująć....nic w niej nie razi. Nie ma oskarżeń w stronę nazistów, Achim to w końcu taki miły chłopak, ojca w rękę całował, szanował swoją narzeczoną. Przypomniały mi się trochę „Rozmowy z katem” i ci mili mieszczanie, którzy stali się oprawcami. Nie ma ckliwości, nie ma tandety. Nie ma epatowania przemocą. Jest raczej taka zimna, czasami w tonie zaskoczenia, relacja.


Idzie człowiek na zbolałych nogach, a ten go szturcha pod żebra karabinem, Żwirki i Wigury idzie, ale teraz to Fliegerhorst się nazywa, do Ceynowy idzie, ale teraz to Leo Schlageterstrafłe, i z daleka dom swój widzi. Boże jedyny, do domu prowadzą, może tam Eudoksja moja czeka i Zosia może w domu konikiem się bawi. Boże jedyny, wiekuisty, to dom mój, to drzwi moje, choć mezuzę zdarli - moje drzwi, a w oknach firanki, które Eudoksja moja z kumami dziergała. Boże mój, do domu prowadzą. Przy drzwiach na ścianie szyld wisiał: „Pracownia kuśnierska Zygfryd Rottenberg. Wejście od ulicy", ale ją zdjęli, ślad tylko na tynku został. Ale to przecież moje okna, moje drzwi. Tabliczka na nich mosiężna błyszczy się: "Herbert Neubauer" napisane niemieckimi literami. To nie moja tabliczka, nie moja.

„Każdy przyniósł, co miał najlepszego”, Mieczysław Abramowicz, wyd. Słowo Obraz Terytoria. Nominacja do Nike 2006

Etykiety:

dłonie

Wmasowuję w nie krem. Są białe i chciałabym, żeby tak zostało. Niedługo pokryją się siateczką sinych żyłek, już trochę je widać...
Kilka dni temu znalazłam w swoich brązowych włosach ( J. czarował mnie 16-letnią, że są koloru drzewa różanego, o rany) jeden siwy. Siwiutki. Błyszczał i migotał do mnie tak intensywnie, że stojąc przed lustrem złapałam go między opuszki palców i wyrwałam.

Przebrałam fasolę, opłukałam, odstawiłam na kwadrans w wodzie. Wylałam ją potem, nalałam nową. Fasola będzie moczyć się przez noc, a jutro włożę fartuszek, obiekt marzeń i westchnień, i zamienię się w jidysze mame gotującą czulent. Jeśli wyjdzie jak trzeba – zrobię na Szabat.

I już postanowione – jedziemy do Hajnówki. Idealnie.

niedziela, luty 11, 2007

marzy mi się

Wyjechać, wyjechać....chociaż na chwilę, na dzień lub dwa. Budzić się wtedy, kiedy sen sam się kończy, kłaść się wieczorem do łóżka, a potem móc w nim czytać i pić herbatę. Odpocząć.
Kocham mojego synka bardzo mocno, ale chciałabym odetchnąć trochę. Od buntu dwulatka, od krótkich wieczorów, od ciągłego nienacieszenia się byciem we dwoje z Kubą. Odetchnąć, a potem wrócić stęskniona do tego rozczochrańca, który całuje mnie po rękach i twarzy, który jest cieplutki i pachnący, tuli się do mnie przez sen. Który jest moim porankiem i moim wieczorem. Który wypełnia mi dzień i jest w każdej myśli.


Wyjeżdżamy w piątek rano. Jeszcze nie wiemy gdzie. Ale jedziemy na pewno. Tylko On i ja.

Z jednej strony czuję się rozdwojona. Ale.
Od kilku dni, kiedy usypiamy małego razem, nie leżymy tak jak zwykle - czyli w kolejnosci od ściany: miś w kipie, miś w ubranku, synek, ja, Kuba. Teraz synek chce leżeć pomiędzy mną a Kubą. I zasypia tak, spokojny i zadowolony. I jestem szczęśliwa.

piątek, luty 09, 2007

rzeźbię

W świetle latarni gazowej
Nic schować się nie może.
Ukradkiem łapane spojrzenia,
Ciemnych oczu wieczorne schadzki

Rozgryzionym goździkiem smakują
Pocałunki zawsze najpierwsze.
Zimne dłonie szukają schronienia,
Wiatr chowa się pod płaszczem.

W świetle latarni gazowej
Znaleźć można wiele.
Historia rozpocznie się dla nas,
Tej nocy już nikt nie zaśnie.

wtorek, luty 06, 2007

the small faces

Weszłam z młodym do sklepu z bielizną. Dla dorosłych, rzecz jasna.

-czy ma pani bawełniane body?
-ooojjj....takich małych to nie
-ale nie dla dziecka, dla mnie
-no przecież mówię.

W związku z tym poszłam do sklepu dziecięcego i kupiłam sobie bladoróżowe rajstopki z serii dla dziewczynek. Jestem małą baletniczką.

Już po egzaminie. Wieczorem nie wiedziałam co ze sobą zrobić (nie muszę się uczyć? no jak to?) więc poszlismy z lubym na piwo do ekskluzywnego lokalu ursynowskiego pt. Joker. Lubimy tam sobie kupować dwa Królewskie po 6 złotych, siedzieć na antresoli i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać...

Jesli chodzi o wynik egzaminu, to mało mnie interesuje. Przetłumaczyłam fragment Mendele, Berdyczewskiego (oj, to był ten fragment, którego nie umiałam...) oraz Bialika ( frazy typu "krew zakrzepła i mózg zaschnięty ofiar" znam na pamięć). Nie zdążyłam ruszyć Gnessina, ponieważ skupiłam się na zadaniu "dla orłów", czyli na tłumaczeniu fragmentu, którego wczesniej nie widzielismy na oczy. I tego jestem najbardziej ciekawa. To było wspomnienie Bejlina z Londynu i jego spotkania z Brennerem. Wiem już, że moje kombinowanie w jednym przypadku nie było słuszne ( rdzeń hpzn nie ma nic wspólnego z hipnozą, a on wyszedł pospiesznie, a nie zahipnotyzowany), ale jak reszta?

W niedzielę koncert Lee "Scratch" Perry. Wiele wskazuje na to, że będziemy. Poprzedni koncert, na który chciałam pójsc, a nie udało nam się, nie odbył się. ha ha ha ha ha

poniedziałek, luty 05, 2007

ojej

Jutro ten kretyński egzamin. Siedzę i mam mdłosci, jakby to matura była. Bez sensu zupełnie.
Zbliża mi się okres i pewno będę musiała pójsć poprawić sobie nastrój w przebieralni sklepu Orsay - mają tam wyszczuplające lustra i można obejrzeć się z każdej strony. Cudownie robi taka sesyjka.