środa, maj 30, 2007

poppy day

No i chyba mam tę pracę. A właściwie to tak, już mam. Za dwa tygodnie kolejne spotkanie i podpiszemy umowę. A do tego czasu muszę napisać i wysłać trzy teksty. Cieszę się, tak po prostu się cieszę. Pakiet pierwsza praca w wersji lux – nie jestem kelnerką, tzn. nie wykonuję zajęcia, które nie pokrywa się z moimi zainteresowaniami, wykształceniem oraz planami na przyszłość. Chcę pisać i pisać będę. A tu nawet mi zapłacą. Wow. ( łał mówi Mały )

No i zaszalałam. Kilka dni temu pani w sklepie dała mi do przymierzenia śliczny biustonosz, a ja widząc nazwę gwałtownie zaprotestowałam. Ale jednak założyłam i ...oniemiałam. Dziś wciągnęłam lubego do przymierzalni, upewniłam się, że to jest to i nabyłam to różowe, urocze bieliźniarskie cudo drogą kupna. Biustonosz nazywa się tak, że w życiu bym nie przypuszczała, że coś takiego zdobędę. Nazywa się Sexy Temptation i tak naprawdę na początku skusiło mnie właśnie to. ;)

wtorek, maj 29, 2007

I wanna hold your haaand....

Za gorąco, zdecydowanie. Zasypiam na stojąco, nie kontroluję opadania powiek. Mam tyle rzeczy do zrobienia, że w efekcie nie robię niczego. Obmyślam menu na następny weekend.
Luby ma dzień śpiewania. Repertuar od „Love me tender” do „Obławy”. Plus bogata gestykulacja i symulowanie gry na gitarze.

ja: piosenka mi chodzi po głowie. „Poranek”.
on: Griega?
ja: Kuflersów....

Pink Martini

Weekend. Rodzice wyjechali, strażniczką ogniska zostałam ja. Ukochany większość dnia w szkole, był z nami dwa wieczory, noc i poranek. Kiedy go nie było, uciekałam przed upałem, słuchałam Pink Martini, poiłam się truskawkową margaritą, a dziecina nie chciała bawić się sama. Noc inna niż wszystkie. Kilka godzin pracy umysłowej, ja z oczami na zapałkach tłumacząca z angielskiego i streszczająca teksty o wentylacji „przez wieki” oraz o początkach wielkich korporacji w USA, on klepiący w klawiaturę. Potem już w noc co raz mniej czarną blisko było i pięknie. A potem z płaczem przerażonym obudził się mały. I już nie chciał spać. Oczęta miał otwarte, za oknem świtało, a ja zastanawiałam się, co będzie rano. A kiedy zasnął, ululany śpiewem porannych ptaków, ja rozdarta między jego delikatnym ciałkiem, a mocnym ciałem lubego, zamknęłam oczy i śniłam o morzu.

___

W środę spotkanie w sprawie pracy. Czyli teksty, które zamówili, musiały się spodobać. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ukochany mówi idź i wykorzystaj to. Ja mam wątpliwości.

sobota, maj 26, 2007

Pink Martini

Mój trzeci Dzień Matki. Jeszcze kilka lat dam Małemu luz, ale potem sam już mi będzie piekł ciasta

ja: upiekę tartę na Dzień Matki
Kuba: a po co pieczesz? Twoja mama przecież wyjeżdża
ja: ale ja też mam Dzień Matki
Kuba: o cholera! Zapomniałem że ty też! A pomyślałem tylko o swojej i twojej mamie!

___

I wish a falling star could fall forever
And sparkle through the clouds and stormy weather
And in the darkness of the night
The star would shine a glimmering light
And hover above our love

Please hold me close and whisper that you love me
And promise that your dreams are only of me
When you are near, everything’s clear
Earth is a beautiful heaven
Always I hope that we follow the star
And be forever floating above

I know a falling star can’t fall forever
But let’s never stop falling in love

When you are near, everything’s clear
Earth is a beautiful heaven
Always I hope that we shine like the star
And be forever floating above

I know a falling star can’t fall forever
And let’s never stop falling in love
No let’s never stop falling in love

czwartek, maj 24, 2007

instant touch

Kawa z O. Kawa z widokiem na wiosnę. Paryż to czy Warszawa? Wszędzie jest tak samo. ( siedzimy nigdzie, pijemy nic, słuchamy niczego – jakie to prawdziwe )
Rozmowa z O. Lubię z nią rozmawiać, chociaż nie zdarza nam się to często. Zawsze potem czuję się podbudowana, czuję się lepiej, czuję, że to co robię, ma sens. Pewno nie jest tego zupełnie świadoma, ale za każdym razem z jej ust pada zdanie, które bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczy. Dodaje mi sił.

___

Przed chwilą zadzwonił i usłyszałam, że mnie kocha. La vie en rose.

wtorek, maj 22, 2007

hag sameach

Moje sportowe klapki, w których przechodziłam całe ubiegłoroczne lato, nagle zaczęły mnie obcierać. Kupiłam balerinki i po pierwszym dniu – pięty obtarte. Dziś postanowiłam kupić pierwsze w życiu japonki. Kiedy przymierzałam, podobne kupiło kilka dziewczyn, uznałam to za dobry znak. Ale kiedy je założyłam i przeszłam kilka metrów, zaczęłam kląć. Szatański wynalazek. To boli! Chodzenie w japonkach boli! Dorobiłam się obtarcia w kolejnym miejscu, okraszonego na dodatek odciskiem. Czy ja mam złą technikę chodzenia?
Jutro będę rzucać monetą które buty wybrać albo pójdę do szkoły w klapkach pod prysznic.

Nieco mi nastrój siada. Zmęczenie spowodowane upałem ( najlepiej funkcjonuję w 18-22 stopniach max.!), myślenie o sesji, rzadsze spotkania z ukochanym (sesja) i zbliżający się okres razem. Ukochany wspiera mnie duchowo na odległość, a ja ronię łzy z byle powodu.

Albo nie byle powodu. Pokłóciłam się z bratem i usłyszałam argument skierowany w moją stronę: rodzice nie prosili o to, żeby utrzymywać ciebie i twoje dziecko.
Zabolało, bardzo.



__

poniedziałek, maj 21, 2007

this is england

Przymilam się i kotkuję:

-a czy bywasz o mnie zazdrosny?...
-nie...chociaż...
-no, no?
-irytują mnie twoi koledzy.
-którzy?
-wszyscy.

______

Wieczór dokładnie tak, jak zaplanowałam. Pyszne jedzenie i film. Bardzo podobał nam się „This is England”. Bardzo dobry film, świetnie oddane realia Anglii ’83.















sobota, maj 19, 2007

gang of four

Tak, to był udany wieczór. Piosenka z moim tekstem bardzo, bardzo. Piosenka z tekstem dla mnie jeszcze bardziej.

Ja się troszkę wstydzę i troszkę mi głupio, ale i śmiać mi się chce z siebie. Chłopcy bardzo uczynni, tu herbatka, tu woda, może podać ci chusteczki? I nawet jeden się przysiadł, drugi pogadał, pełna kultura. I kulturalnie udawali, że to, że wymiotuję cały czas, to naprawdę nic takiego. A ja będąc w pełni władz umysłowych oraz czując, że chyba umieram, w przerwach w wymiotowaniu prowadziłam lekką konwersacje na tematy różne. Bardzo miły ten koncert, naprawdę. I nigdy więcej hot dogów.

Noc taka, że na wspomnienie cała się uśmiecham. Pozytywna wibracja. Zabawnie, sennie, ja recytująca czeskie wiersze z pamięci, on intensywnie wyznający mi wieczną miłość. Poranek długi i leniwy.

Potem spacer z dzieckiem, plac zabaw.

Najgłupszą rzeczą, jaką możemy zrobić, to pokłócić się o nią powiedział, a potem prawie nam się udało to zrobić. Różnica zdań kolosalna. Niewyobrażalna. Nie do pokonania.

Bo jak tu rozwiązać tu taką np. kwestię: on chce, żeby została zaproszona na nasz ślub, ja nie życzę sobie jej obecności. Nie ma mowy i już. Mój ślub, moje święto, mój dzień, moje przyjemnie i bezstresowo. Ale też jego ślub, jego święto, jego dzień, jego przyjemnie i bezstresowo. Jej obecność może mi zepsuć. Czy jej nieobecność jemu zepsuje?
Ustaliliśmy i poprosiliśmy świadków, mamy samochód który nas powiezie do USC, mamy prawie całą listę gości w głowach. A z nią jedną nie możemy dojść do ładu.

piątek, maj 18, 2007

luby uczy się szybko

Aby jutro być Królową Piękności, muszę się wyspać. Jest już prawie 1. w nocy. Chyba jestem na straconej pozycji.

Ja: kotku kotku, a co chcesz, żebym założyła na siebie, żebym wyglądała pięknie? ( owszem, zadaję mu takie kretyńskie pytania)
On: no nie wiem kotku ( przeglądając winyle na allegro)
Ja: zła odpowiedź! Powinieneś był powiedzieć, że zawsze wyglądam pięknie!

Po trzech godzinach

Ja: kotku....no ja naprawdę nie wiem co zrobić, żeby wyglądać jutro pięknie
On: zawsze wyglądasz pięknie....


A gdzieś pomiędzy tym:

On: mówisz...tak, w zasadzie to dużo mówisz. A tak naprawdę, to mówisz bez przerwy.

Etykiety:

czwartek, maj 17, 2007

oh la la

Problem wielkiej wagi mam. Jutro idę na koncert Kuflersów i w związku z tym muszę wyglądać idealnie, bosko i w ogóle. Sęk w tym, że od kilku dni nie mogę patrzeć w lustro, bo wpadam w depresję.
Kochany pamiętniczku, co zrobić, co zrobić?
( Mama mówi: wypij dwa piwa przed koncertem i poczujesz się boginią.
Mamo, po dwóch piwach mogę pomylić kluby. Osobom tak ekonomicznym jak ja wystarcza lampka wina)

Plany na niedzielny wieczór, z okazji rozpoczęcia sezonu bez romantycznych wieczorów ( sesja). Film („This is England”), nachos i guacamole. Jutro trzeba kupić awokado. Awokado to podobno afrodyzjak. Niestety, wszystkie łóżka w domu będą zajęte. Przez Rodziców, dziecko i psa.

środa, maj 16, 2007

niebieska patelnia - holy toy

Włączyłam sobie muzykę z komputera, wszystko na raz, losowe wybieranie. Dlatego najpierw jest Marianne Faithfull, potem Siouxsie, potem David Bowie, potem Los Fastidios, potem Bielizna, a potem Skrewdriver, a potem....cuda, cuda, aż się w głowie miesza.
Czytam sobie podręcznik do gramatyki hebrajskiej, nic nie rozumiem, ale czytam, może załapię o co chodzi. Egzamin niebawem.

Ze żłobkiem jest tak. Na prywatny nas nie stać. A ze ślubem to sprawa mało romantyczna. Sytuacja wymaga od nas zachowania tradycji i nie mieszkania razem przed zaślubinami. A raczej – nie możemy zamieszkać w trójkę, zanim młody nie będzie w żłobku/przedszkolu. Bo po prostu nie byłoby się komu nim zająć. Dowożenie go do Babci odpada. Za daleko, za bez sensu. Inna sprawa, że oczywiście nie musimy brać ślubu, możemy przecież mieszkać bez. Ślub jest tu sprawą zupełnie inną. My po prostu chcemy się pobrać. A to trochę bez sensu teraz, kiedy mieszkamy oddzielnie.

A tak poza tym, to już nawet obwieściłam lubemu, że na 30. rocznicę ślubu życzę sobie weekend w SPA.
I wybraliśmy obrączki.
I wymyśliliśmy co chcemy zamiast tradycyjnego wesela.
I nawet mamy piosenkę na pierwszy taniec. ( niestety, ktoś już przed nami wpadł na pomysł z „Ring of fire” i luby mówi, że nie chce tego dublować; ale i tak nasza piosenka jest ekstra)

Ale ja cały czas powtarzam mój drogi, ale jeszcze się przecież oficjalnie nie oświadczyłeś!
No i niby tak. Na kolanach widziałam go raz, jak oglądał szpary w podłodze.

Ale pamiętam ten nasz spacer po parku im. Jana Pawła II (sic!), spacer jesienny, kiedy nagle, niespodziewanie, zaczął mówić o ślubie. A ja zadrżałam cała.

wtorek, maj 15, 2007

do you require, to violate her magic spell
she’s on fire, gonna lead you down to hell
don’t lie back – the earth is moving
it’s not real

it’s not real it’s emotional


____________________


a potem place ślizgają mi się po strunach, uspokaja mnie to, uspokajają mnie te niskie tony, moja własna terapia basowa

poniedziałek, maj 14, 2007

skrewdriver - i don't like you

Zły dzień. Te wszystkie cudowne chwile, westchnienia i jęki zostały całkowicie wymazane przez chandrę i rozgoryczenie. To trochę tak, jakbym była w teleturnieju, miała pytanie za milion i nie wygrała. Nic nie tracę, niczego nie zyskuję, wychodzę na zero. Ale ten żal, ten cholerny żal jest. Młody nie został przyjęty do żłobka. I nie wiem, może zwolni się jakieś miejsce, może jednak się uda. Ale jeśli nie, to raczej ten nasz jesienny ślub nie odbędzie się w tym roku. I na widok listy przyjętych po prostu się rozpłakałam.

piątek, maj 11, 2007

would you like to express your sex without stress

Kalendarz zapełnił się datami egzaminów, zerówek, zaliczeń... Stosy papieru i kilogramy książek są mi wyrzutem sumienia.
W domu ciągle pół-normalnie. Na szczęście mam ich – dużego i małego. Są idealni. Razem też.

Taki obrazek:
Usypiamy małego, ja wciśnięta w ścianę, Kuba spada z łóżka, a królewicz po środku. Nagle Kuba szepcze popatrz co robi. A ja widzę, że moje dziecko obgryza paznokcie. U nóg. Zachwycony Kuba sprawdza, czy i on by mógł. Nie wychodzi. Ja sprawdzam, czy dam radę, jest ok. Rozciągnięta jestem. Młody ciągle swoje, a Kuba szuka sposobu. A potem patrzy na nas i wybucha śmiechem. My naprawdę jesteśmy nienormalni. O 8 rano włączamy U.K. Subs a dziecku z braku bajki na dobranoc dajemy podręcznik „Historia 1871 – 1939”. Jak mi z tym dobrze, jak mi z tym dobrze. A młody wtula się, całuje nas z głośnym cmoknięciem i oczy mu się śmieją. Kocham naszą nienormalność.

___


Would you like to express your sex without stress
Would you like to discover physical conversations of different kinds
What ought to be the so called normality
It doesn’t match the mythology
You see at home on the TV screen
Or read it in a magazine

Do you get what you expect
That’s fidelity – that’s possessions vs insecurity
Solid valves plus stability-does it give you a healthy personality

Roles give you cramp, ‘cos you get only one
Yes you get only one
‘cos you get only one
roles give you cramp


Słucham na okrągło. The Au Pairs. W sklepie czeka na mnie i mój dopływ gotówki płyta Holy Toy. A jutro mam rozmowę w sprawie pracy. Wysłałam pierwsze w życiu cv, trzy teksty i zadzwonili. Ale chyba jak na pierwszy raz to i tak dużo. Więc się nie denerwuję. Wyciągnęłam spódnicę w pawie oczka vel bazie – punk rock i elegancja w jednym.

niedziela, maj 06, 2007

holy toy

Wzięło mnie. Dwie szatańskie kawy i wreszcie moje tętno i ciśnienie osiągnęły poziom normalny dla zdrowego człowieka.
Holy Toy słucham i zamykają mi się oczy.


mruczeć, gryźć, drapać, lizać, całować, wzdychać, szeptać, dotykać, głaskać, jęczeć, być, żyć, żyć, żyć

sobota, maj 05, 2007

turystyka


Po raz pierwszy w życiu czułam się jak turystka w swoim własnym, ukochanym mieście.


Po wczorajszej wyprawie do Puszczy Kampinoskiej dziś zrobiliśmy spacer miejski. Rano młody przynosił mi wodę do łóżka ( pół butelki wina jak na taką małą mnie wystarczy, by rano woda była konieczna), potem wyplątaliśmy się z pościeli i wyszliśmy z domu. Przed południem! Spacer zakończyliśmy po ponad pięciu godzinach, a Ukochany podsumował
-no, możesz teraz powiedzieć koleżankom, że waliłaś browar na Kawęczyńskiej.
A było to tak. Jagiellońska, Okrzei, Ząbkowska, Brzeska, Białostocka, Radzymińska, Kawęczyńska, Otwocka i z powrotem, mostem na Stare Miasto i do metra.

Po drodze ruiny rzeźni, bazar Różyckiego, Koneser i mnóstwo, mnóstwo pięknych, niesamowitych miejsc.
-my jacyś dziwni jesteśmy, zamiast robić zdjęcia niedźwiedziom, jak wszyscy, fotografujemy rozwalające się domy skomentował Ukochany, kiedy szliśmy w stronę mostu.


A ja starałam się nie mrugać powiekami, żeby niczego nie przeoczyć. Praga, Szmulki, drewniane domy i chłopcy w domku na drzewie. A ja w tym wszystkim jak turystka z lewego brzegu Wisły.

Etykiety:

środa, maj 02, 2007

miasto

Życie powolutku wraca do normy. Sesja co raz bliżej. Sięgnęłam po pierwszą książkę, czas zacząć uczyć się. Pierwszy egzamin, ze starożytnej literatury hebrajskiej, już 11 czerwca. W urodziny Szczęścia. Dwa dni po moich.

Na targach szukam rabarbaru. Szczaw, wygląda na to, już się nie pojawi. Jego miejsce zajęła rukola. Kiedy będę szukała renety, w skrzynkach znajdę tylko granny smith. Prosto z Australii.

Dziś na deser rurki z kremem, cukiernia na Hożej. Spacer po mojej ukochanej okolicy – Mokotowska od Placu Zbawiciela po Plac Trzech Krzyży. I boczne uliczki. Kamienice. Bramy. Sklepy dla snobów wymieszane z zakładami fryzjerskimi, których szyldy nie były zmieniane od lat. A potem postój na wiadukcie nad Książęcą. Wszechogarniająca zieleń. Tony zieleni, hektolitry zieleni. Jak pięknie jest w naszym mieście. Pięknie.

8 miesięcy temu wysyłaliśmy do siebie pierwsze, nieśmiałe smsy. Czy gdyby ktoś nam powiedział, że za 8 miesięcy mój syn budząc się w nocy zawoła „aba!”, uwierzylibyśmy?