słodko!
Mam wrażenie, że czas, który spędziłam dziś na egzaminie był tak samo zmarnowany jak papier i atrament, które zużyłam na napisanie ok.5 stron truizmów i zdań bez sensu. Udało mi się nie wymienić ani jednego nazwiska krytyka literackiego, co biorąc pod uwagę fakt, że był to egzamin z historii współczesnej literatury hebrajskiej, pozwala mi wątpić w to, że już zaczęłam wakacje. Ale nie dowiem się tego przez najbliższy tydzień, więc mogę zupełnie swobodnie udawać, że wakacje już są.
Jutro po południu jedziemy w trójkę pod Warszawę, na rodzinną imprezę. Bardzo lubię rodzinę K., więc będzie miło. Niestety, wyjazd przewidziany na jedną noc – w niedzielę K. ma próbę z 22 P.M ( a nie 10 P.M jak mi się wydawało, wybrali jednak wersję nieco absurdalną), a próba to wszak rzecz święta. Jeśli chodzi o ten zespół, to jestem pełna wiary. Nagranie które zaprezentowaliśmy u J. spotkało się z aplauzem i płyta była puszczana kilka razy, a dziewczyny mówiły mi na ucho to jest super, lepsze od Kuflersów! Na pewno jest inne, ciekawe, dobrze się słucha. Na jesieni planujemy pierwszy koncert. Życzę chłopakom powodzenia.
Jutro mam dostać okres, co w połączeniu z masakrą domową, nieudanym egzaminem i pogodą przyniosło dwie wielkie bezy mocca, gotowe danie Knorra (poczułam, że MUSZĘ i pobiegłam do sklepu na 5 min przed jego zamknięciem), drożdżówkę z makiem, colę w szklanej butelce, paczkę cukierków i czekoladę na gorąco. Do tego dwa razy popłakałam się opierając się o pierś K. i marzłam cały dzień.
Dzień na szczęście się kończy, a ja zaparzyłam gorzką herbatę (ta ilość słodyczy mnie zabije, jutro nie wchodzę na wagę), czytam dawno odłożoną na bok książkę ( świetne „Szkice piórkiem” Bobkowskiego ) a za chwilę włączę sobie jakiś film. Wybór padnie chyba na „Maszehu matok” czyli „Coś słodkiego”. Dziś bardzo na miejscu.



