poniedziałek, lipiec 30, 2007

nic!

Tylko herbata i "Absolwent" na DVD. A jutro koncert Dick4Dick i mam wszystko w nosie.

Wakacje, wakacje!!!

niedziela, lipiec 29, 2007

yummy mummy

Za ten wegetariański shit należy mi się medal z tofu. Kiedy Młody bierze dokładkę to naprawdę coś. A fakt, że Mały zajadał się tymi kotlecikami, dopchał kaszą jaglaną, a na deser nazrywał sobie natki i bazylii pozwala mi przypuszczać, że wegetarianizm mu odpowiada. Niestety – za bardzo lubię czulent, tatara i wątróbkę. A pierś kurczaka na jeden z miliona sposobów to najłatwiejszy sposób na pełnowartościowy i sycący obiad, jaki znam.


Teraz rooibos z wanilią, kanapka z masłem orzechowym i dżemem (ekstaza!), dziecina śpi, do nauki.

Etykiety:

Dziś rano, tj. około 11, na mój jęk spod kołdry „boję się egzaminu...” mama zareagowała pocieszeniem „nie martw się, to już jutro”... Jutro???
Teraz umieram już ze strachu i wyszukuję sobie zajęcia. Marchewka starta, cukinia pokrojona, ciecierzyca zmiksowana....Za chwilę pójdę do swojego osiedlowego sklepu po korma curry ( tak, takie rzeczy są w moim osiedlowym sklepie!) i zabiorę się za robienie kotlecików warzywnych. Gotowanie mnie uspokaja.
Dostałam od Ukochanego kasety, Dezertera i Exploited, więc słucham ich w kuchni. Energia.

__

Jakiś czas w GW przeczytałam o tym, że nie dopuszczono do emisji spotu PO na temat tego, co wyszło z „taniego państwa”. Dziś rano w tv obejrzałam pisowski spot „kampania przeciw obłudzie” krytykujący PO. Szlag może człowieka trafić.

__

Pizza time!

RATUNKU!!!!.........

DOŚĆ!!!!!! Mam już serdecznie dosyć! Nie chcę się uczyć, nie chcę, nie chcę, nie chcę! Mam w nosie ideologię Drugiej Aliji, mam w nosie wiersze polityczne Altermana, nie interesuje mnie co o kim napisał Dan Miron czy inny pieprzony Michael Gluzman!
Nie mogę już patrzeć na segregatory pełne opowiadań, wierszy, tekstów krytycznych, opracowań. Mam dość notatek, kserówek, papieru, fluorescencyjnych flamastrów i samoprzylepnych zakładek!
Czy nie mogę po prostu zapłacić dr M. a ona wpisze mi tę cholerną trójczynę?
Jeszcze chwila, a zacznę krzyczeć na widok alfabetu hebrajskiego, a każdy kontakt z literaturą izraelską skończy się wysypką.

Chciałabym, żeby już było po. Mogę nawet nie zdać tej poprawki. Napiszę podanie o warunkowe zaliczenie, mam w indeksie same piątki to przecież przyjmą mnie z pocałowaniem ręki. Tylko błagam, niech już nie muszę się tego uczyć.

sobota, lipiec 28, 2007

rytuały

Otworzyłam buteleczkę coli ( wypiłam dziś dwie kawy, red bulla pić dziś nie chcę), paczka mieszanki studenckiej leży obok mnie. Wierzę w pozytywne działanie orzechów na mózg. Zaraz będę się uczyć.
Ten egzamin śni mi się po nocach.

Colę piję tylko ze szklanej buteleczki. To taki nasz rytuał. Lubimy w czasie wycieczki lub zwykłego spaceru zrobić sobie przerwę, kupić colę, usiąść na chodniku, oprzeć się o mur. I powolutku sobie ją pić.
To jeden z elementów dobrego życia.
Mojego dobrego życia.
Kolejnym jest kawa i Gazeta Wyborcza na śniadanie. Mogę nie jeść, ale te dwie rzeczy muszą być. Nie znoszę niedziel – nie ma nowej gazety. Co prawda czytanie o tym, co dzieje się dookoła nie jest wielką przyjemnością, ale lubię położyć przed sobą gazetę, szeleścić papierem... Dobry, miły początek dnia.
A rytuałem, który ma miejsce raz w tygodniu jest tzw. prysznic z Pedrosem. Przepis pochodzi z bloga Agnieszki i odkrycie go było jak święto. Pół szklanki mielonej kawy, łyżeczka cynamonu i tyle mydła w płynie, by pasta była mokra. Czasami dodaję nieco gruboziarnistej soli. A potem nacieram tym całe ciało, szoruję by po spłukaniu brązowej masy odkryć jak delikatną, cudowną mam skórę. Cała pachnę kawą i mam ochotę bez przerwy się dotykać.

piątek, lipiec 27, 2007

przekozak

Myślę, że to jakieś upośledzenie. Niewydolność jakiegoś gruczołu kluczowego dla każdej kobiety albo inny problem medyczny. Bo jak wyjaśnić to, że posiadając w portfelu masę gotówki na przepuszczenie (w szafie z ciuchami hula wiatr) spędziłam w centrum handlowym 4 godziny ( !!!!!! ) i kupiłam: Cień do powiek, przeceniony, peeling do ciała za 3,70, podręcznik do teorii literatury (sic!) no i ostatecznie, w ostatnim kwadransie zakupów kupiłam sobie sukienkę – na dziale dziecięcym H&M.
Dookoła, w tym królestwie przecenionych dóbr biegały tłumy kobiet z naręczami siatek, nie zamykające oczu na chwilę, by czegoś nie przegapić, jak myśliwy czatujący na zwierzynę.
A ja... Pewna pani w telewizorze żaliła się, że zeszła ze ścieżki mody. Ja chyba nigdy na nią nie trafię...
Tak naprawdę to nie żałuję, ten podręcznik jest super, a sukienka jest urocza i dziewczęca – co prawda nie ma szans, bym założywszy ją wyglądała kusząco i seksownie, ale od czego jest mój biustonosz Sexy Temptations do założenia pod spód.

__

Przedwczoraj wpadłam, prawie dosłownie, na autobus z napisem „Oddaj krew”. Niewiele myśląc oddałam więc dziecko pod opiekę J. i weszłam do środka. Miła pani wbiła mi w żyłę najgrubszą igłę, jaką widziałam na oczy, utoczono mi 450 ml krwi, uraczono paczką czekolad i tyle. Śmiechy chichy, gadu gadu, lekarz miły, pielęgniarki fajne, pożegnałam się i poszłam.
A po 30 metrach pomacałam ręką w powietrzu i padłam twarzą na trawę. No cóż, trochę, jak to mawia Luby, przekozaczyłam, i od razu wzięłam się za pchanie wózka. Ale wieczorem już czułam się dobrze, a dziś znalazłam adres warszawskiej stacji krwiodawstwa i zamierzam w październiku ją odwiedzić.

A na wakacjach nie próżnowałam:

back

Widok na Warszawę z Mostu Siekierkowskiego zapiera dech w piersiach. Otworzyłam szeroko oczy i poczułam, jak bardzo tęskniłam. Warszawa, Warszawa... Kocham to miasto.

A wakacje... Spokojnie. Odkryłam ( po raz który?) ile radości daje mi przebywanie z Młodym – tylko on i ja. Nikogo więcej. Jego uśmiechnięte, bystre oczka, jego opalone na brąz rączki, wiecznie uśmiechnięta buzia – cudowny jest. Całe dnie razem. Całe dnie tylko my. Nie to, co w domu – Babcia na zmianę ze mną. Tylko ja. Ach.

Trzy dni z Ukochany nie do opisania. Po prostu. Za mało słów.

__

Dabm. Tak mówi młody na dom. Dabm.
Nasz dabm.
On jest naszym dabm. My jesteśmy jego.

piątek, lipiec 13, 2007

nisko

Słyszę swój głos jak Marlena Dietrich, ale nie musiałam palić i pić whisky, wystarczył mi katar.

W głowie mam małe rybki, jak to kiedyś mawiał J., dobrze mnie ocenił.

Chciałabym, żeby on chciał tak jak ja chcę.

( budzę się i wiem, że jest, zasypiam i mam go pod powiekami, w nocy całuje mnie w policzek, zbieram paciorki jego uśmiechów, nawlekam na swoje włosy, owijam nimi palec serdeczny i nucę)

___

Jedziemy na piękne Podlasie, pooddychać tradycją, pochylić się nad sielskością, ukorzyć przed prostotą.

środa, lipiec 11, 2007

żenada

Jak typowa idiotka psuje sobie nastrój? Ogląda zgromadzone na twardym dysku, liczne zdjęcia byłej swojego Ukochanego, a potem idzie do lustra porównać swoje piersi, brzuch, uda i oczywiście wszystko wychodzi dramatycznie na niekorzyść idiotki. Opcjonalnie idiotka idzie do łazienki zwymiotować kolację, ale to zależy od poziomu obrzydzenia swoim ciałem jaki osiąga.

Stan na dziś: wysoki.

tutejsza kretynka, miejscowa idiotka

z kąta w kąt, ocieram łzy, mam zimne dłonie i nie wiem co mam mówić, co mam myśleć, o co mam prosić, o co mam błagać
wyć mi się chce ze złości
na siebie

Nie mogę oderwać się od „Szkiców...”, a że czytanie męczy mnie szybko, cały czas daleka jestem końca. W zasadzie jestem zadowolona – nie lubię zbyt szybko rozstawać się z dobrą książką.
Nic mnie nie boli, tylko śpię za dnia, marznę, łatwo mi się płacze.


Nie radzę sobie z tym, czego bym chciała, a czego nie dostaję. Nie umiem wytłumaczyć sobie, że jeśli czegoś nie dostaję, to nieprawda, że dzieje się coś złego. Nie umiem traktować tego normalnie, spokojnie. Biorę wszystko do siebie, w sobie szukam winy i powodu, cały świat chciałabym, żeby był taki, jak ja.


Słucham Modlitwy Djam Lay Nan.

Ty jesteś wszędzie, wszystkim możesz być, więc kamieniem nie bądź mi.
Ty chlebem, ptakiem, słońcem możesz być, więc kamieniem nie bądź mi...

___

Oglądam mapę. Konstancja, Warna, Istambuł, Batumi, Soczi, Sewastopol, Odessa... to kilka portów spośród wielu, które chciałabym zobaczyć. Podróż dookoła Morza Czarnego mi się marzy.
Zawsze chciałam pojechać do Batumi. Miejsce, które tak się nazywa musi być magiczne...Batumi, Batumi, Batumi...

A teraz mam z kim zrealizować to marzenie.
Może w przyszłym roku? Luby, Młody i ja.

poniedziałek, lipiec 09, 2007

Nadal nie zaczęłam uczyć się do egzaminu.
Ciągle coś mi przeszkadza. Trudno jest mi zabierać sobie wolność wieczoru. Wolność czasu, kiedy Młody śpi.
Obejrzeliśmy „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Popłakałam sobie, oczywiście. Nie będę więcej oglądać filmów o alkoholizmie, już się napatrzyłam.
Byliśmy na imprezie u A. i K. A. ma termin porodu wyznaczony na koniec listopada. Brzuszek już zaokrąglony, śliczny. Ona promienieje, cała jest słodyczą.
Fajnie było mi słuchać, jak Luby z miną znawcy tłumaczy K. po co powinien zbierać siateczki foliowe i jakie zalety posiadają Paklanki.
Następnego dnia Młody obudził nas jeżdżąc po nas autkami i to było najfajniejsze. Czas, który spędzamy w trójkę, nawet kiedy śpimy, jest piękny. Mogę wtedy zapomnieć na chwilę, że wcale nie jesteśmy tak blisko budzenia się razem codziennie, jakbyśmy tego chcieli.

M., właścicielka najpiękniejszego głosu jaki znam, urodziła kilka miesięcy temu córeczkę. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, szukając piosenki, którą M. niedawno nagrała. I znalazłam Lenkę, a świat stał się lepszy.
Napisałam do M. kilka słów, niedługo pewno się spotkamy. Nie mogę się doczekać.

Pięknie.
Gdybym tylko była w pełni zdrowa, w pełni sił, gdybym mogła wystawiać twarz do słońca... Ale słońce gdzieś uciekło, może tam, gdzie jest bardziej potrzebne?


Teraz i mnie towarzyszy "Tak długo szedłem, tak długo szukałem".

czwartek, lipiec 05, 2007

daleko

Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Proste to odkrycie, odczułam dziś na własnej skórze. Zachwycona jestem.
__

Dostałam propozycję pracy. W IBM. W Krakowie.
Propozycja fantastyczna, ale...jest za dużo ale. Trochę mi smutno, ale jednocześnie cieszę się bardzo. Pojawiła się propozycja, to już samo w sobie jest przyjemne.

środa, lipiec 04, 2007

nie znam nikogo, nie wierzę w nic

Otwieram puszkę Królewskiego, włączam muzykę. Porządkuję papiery, sprawdzam notatki, układam stosiki z kserówek, zaznaczam najważniejsze, ustalam źródła. Ale nie myślę o egzaminie.

Cała jestem tęsknotą.
Piwo najbardziej smakuje mi przy nim. A kiedy słucham analogsów, to przypomina mi się niebo i K. śpiewający o dzieciakach.

Potrzebuję go jak powietrza.
Banał.

Potrzebuję go jak powietrza.
Potrzebuję go jak powietrza.
Potrzebuję go jak powietrza.

noc noc noc

Bardzo mi się nie podoba to, że oblałam ten egzamin. Oznacza to, że zamiast się byczyć – muszę czytać te opracowania, Shakeda, Mirona, Norich, a żeby ich wszystkich....ech. Milion stron do przeczytania, wszystko po angielsku, co za paskudny język, i już mi przeszła fascynacja, zostało obrzydzenie.
A tak bym chciała móc poczytać Bialika dla własnej przyjemności! Nacieszyć się Amichajem bez analizowania podmiotu lirycznego i czytać Guriego nie zastanawiając się nad jego przynależnością pokoleniową. Bo to jest wszystko przyciągające i bez tej całej otoczki. Pokolenie Państwa, Pokolenie Palmach, genre i anti-genre, obrzucanie się oskarżeniami o melicę... to traci na wartości przy konfrontacji z dziełem pięknym, soczystym i frapującym.

Z banałów dnia codziennego.
Schowałam głęboko kupiony niedawno depilator. Nie nadaję się. W połowie pierwszej łydki zaczynam myśleć, ile ciekawszych rzeczy mogłabym robić, co sobie poczytać, jaką płytę włączyć. Dociera do mnie jak marnuję cenny czas i tak kończę, z wydepilowanym kawałkiem nogi. Załatwiam sprawę maszynką w trzy sekundy i rzucam się na książki. Chociażbym bardzo chciała, nigdy nie będę perfekcyjnie wypielęgnowaną lalunią z tipsami. Szkoda mi czasu na zabiegi wykraczające poza higieniczną normę. Wklepać balsam w pupę i tyle. Balsam, mimo wszystko, ANTYCELLULITOWY.

Życie rodzinne wróciło do pozornej normy. Młody wrócił, jednak moje wyjście z domu było efektowniejsze. Wygrałam!
( a tak naprawdę to staram się jakoś sobie w głowie wszystko poukładać, nie spinać się, nie prowokować, nie kłócić się, zachowywać spokój, czekać na lepsze jutro, pojutrze, za rok, samaniewiemkiedy )

wtorek, lipiec 03, 2007

burza, grzmoty, błyskawice

Z jednej nocy zrobiły się trzy. Nie przewidywałam tego w czasie pakowania ( chociaż pakując się chciałam spakować całe swoje życie, zabrać dziecko, wyjść i nie wrócić ), tak więc nie obyło się bez prania, spania w soczewkach i tym podobnych, malutkich niedogodności.
Było cudownie. Mam odcisk po machaniu grabiami ( K. postanowił popracować nad stanem trawnika, a ja mu pomagałam), zakwasy po grze w piłkę nożną z K. (a może po wycieczce rowerowej?), no i boję się wejść na wagę bo apetyt miałam niesamowity.
Czytam dalej Bobkowskiego. Pisze on o sobie i swojej żonie, ale chyba bardziej o nas.

„Obydwoje mamy wrażenie, że jesteśmy w sanatorium dla nerwowo chorych. Jest nam tak dobrze, tak spokojnie i swojo, że chwilami o niczym nie myślimy. Rozkoszujemy się wszystkim.”

Siedzieć na podwórku raniutko, w piżamie, popijać kawę i dotykać się bosymi stopami. Zawsze, zawsze.


Wczoraj minęło nam 10 miesięcy. 10 miesięcy to nie w kij dmuchał stwierdziliśmy jednogłośnie.
Dawno już przestałam uważać się za samotną matkę, ale dwa wydarzenia z poprzedniego tygodnia sprawiły dobitnie, że moje samotne macierzyństwo jest już zupełną prehistorią.
K. opieprzył mnie za to, że wyszłam z młodym na spacer bez zapasowej pieluszki, ubranek itp. Wyszłam tylko na chwilę, chwila się przedłużyła, ale z braku sprzętu nie mogliśmy wykonać spontanicznego spaceru po okolicy. No i mój Ukochany wyraził pretensje w związku z moją niefrasobliwością i zupełną nieprzewidywalnością. On tak mi gadał o tych ubrankach, a ja w duszy śmiałam się i cieszyłam – pierwszy raz ktoś zwraca mi uwagę, że nie wzięłam pieluchy na zmianę dla Małego! Ale odjazd!

A wczoraj.. Wczoraj uśpiliśmy dziecinę, zapatrzyliśmy się w niego, ja wtuliłam się w K. i wyraziłam chęć rozmnożenia się, co by dowiedzieć się jaki poziom cudowności może osiągnąć jego dziecko. To jest moje dziecko powiedział wskazując na Małego, a ja poczułam się najszczęśliwszą kobietą na świecie.