Udało się! Victoria! Mały zjadł obiad, który ugotowałam, klepał się po brzuchu jedząc dokładkę i zmartwił się widząc pustą patelnię!!! To pierwszy normalny obiad od wielu dni... Ostatnio jadł mało i beznadziejnie, ogórki, suche buły i keczup, jakieś owoce. Pulpety olał, placek cukiniowy oddał, w galaretce mlecznej na śniadanie (
mleko gorące + żelatyna + owoce, rodzynki, co tam wpadnie) pogmerał łyżeczką i też oddał. A dziś
świderki kolorowe z cukinią zjadł!
Obiad za mniej niż 10 zł:
Na oliwie (ok. 6 łyżek) zrumienić posiekaną drobniutko
małą cebulę, na to wrzucić posiekane drobniutko
dwa ząbki czosnku,
dwie łyżki siekanego rozmarynu,
łyżkę siekanej natki i smażyć. Do tego dodać
trzy małe cukinie, pokrojone w drobne słupki ( 4 cm x 5 mm) i smażyć aż zmiękną. Kłaść na ugotowany makaron, posypać
parmezanem i uwaga, uwaga... wmówić dziecku, że to zielone to ogórek ;)
Ale zwycięstwo jest moje, zaraz idę do sklepu po piwo ( teraz obowiązuje Obołon pszeniczny )! Ha!
Wczoraj, za radą Malwy mojej nieocenionej, zamiast kolejny wieczór pochlipywać z tęsknoty, pojechałam do Ukochanego. Nie mam w sobie tego romantyzmu i/lub tupetu, więc nie zrobiłam mu niespodzianki, tylko zapytałam grzecznie, czy mogę przyjechać. Ukochany się zgodził łaskawie, a ja ubrana w sukienkę w kwiatki i różowy sweterek poleciałam na skrzydłach szczęścia. Potem siedziałam cichutko w kąciku redakcji i patrzyłam cielęcym wzrokiem jak miłość mego życia klnie na komputer pracując. No nie mogę, cudowny jest. Cudowny.
A potem wsiadłam do metra, koło północy, jadłam ciastka i czytałam gazetę. Kątem oka dostrzegłam, że jakiś nieciekawy gość przygląda mi się intensywnie. Niby nic, ale kiedy wysiadł na mojej stacji, a potem przez dwa rozwidlenia wybierał moje – nieco się zaniepokoiłam. Facet lazł za mną, ciemno było i groźnie, a ja oczami wyobraźni ujrzałam swoje zgwałcone i poćwiartowane szczątki w kontenerze na śmieci pod moim domem.
O nie! powiedziałam w duchu i zadzwoniłam do Ukochanego. Pomyślałam, że jeśli będę rozmawiać przez telefon to przecie mnie nie dopadnie. Ale jak tylko Luby odebrał to zrobiło mi się głupio, że zabieram mu czas kiedy pracuje ciężko, powiedziałam kilka głupot, on się zdziwił i zakończyłam rozmowę. Ten wielki facet dalej szedł za mną, więc niewiele myśląc zadzwoniłam do mamy, w końcu to głupio dać się złapać 5 min od domu. Mama usłyszawszy, że idę, chciała się rozłączyć, ale wytłumaczyłam jej, że mam interes w tej rozmowie, a ona powiedziała „och!” i chyba jej kobieca intuicja podpowiedziała, że mam niezłego stracha.Dopadłam w końcu do klatki, a gość poszedł dalej. Nawet jeśli to Bogu ducha winny mój własny sąsiad, to sposób, w jaki na mnie patrzył w metrze był naprawdę niesmaczny. Fuuu jak mawia Młody.
Etykiety: kuchnia