czwartek, sierpień 30, 2007

love is in the air

Uwielbiam spędzać czas z Małym. Z dnia na dzień jest nam co raz fajniej. Dziś, pomimo zgrzytów, kłótni o cudze autko i marnego obiadu – było wspaniale. Myślę o tym, że za miesiąc będę zostawiała go na kilka godzin dziennie.

Myślę o tym, że tak naprawdę, to strasznie dużo przegapiłam. Spędziłam z nim pierwsze 6 miesięcy, non stop razem. Odkąd skończył 5 dni, całe dnie spędzaliśmy sami, we dwoje. Jego ojciec pojawiał się wieczorami, kąpał go i tyle. Mały był usypiany i kończył się nasz wspólny dzień. Potem zamieszkałam w domu rodzinnym i na co dzień była z nami moja Mama. A odkąd zaczęłam studiować, to ona się nim praktycznie zajmuje. To ona wprowadzała pierwsze zupki, mięsko, ona widziała pierwsze próby raczkowania, chodzenia. Mnie przy tym nie było i zupełnie nagle uświadomiłam to sobie. Czuję jak wielką jest to dla mnie stratą. A najgorsze jest to, że przy drugim dziecku pewnie będę musiała po 16 tygodniach macierzyńskiego pójść do pracy. I zostawić kruszynkę z obcą kobietą.


Patrzę na Małego, słucham nowych słów, zachwycam się nim. Do tej pory na potwierdzenie kiwał główką, teraz zaczyna mówić „tać” czyli tak. Na pytanie czy jest zmęczony odpowiada zgodnie z prawdą. Wie już, co to znaczy. Wie, co to znaczy ból i pokazuje kiedy boli go brzuszek. To niesamowita zmiana, jeszcze do niedawna płakał, a ja nie wiedziałam dlaczego. Nie wiedziałam, co go boli, główka, brzuch, może ucho. A teraz on mi mówi, pokazuje. To naprawdę wspaniałe.
Nie miałam pojęcia, że miłość do dziecka jest czymś takim. I zastanawiam się, jak to jest kochać więcej niż jedno dziecko. Gdzie w człowieku ta miłość się mieści?

____


Czasami robię ładne obiady.


Etykiety:

środa, sierpień 29, 2007

zmiany

Zostałam uratowana, dwie tabletki furaginy i życie zyskało nową, lepszą jakość.

John Coltrane cały wieczór mi gra. Płyta „A Love Supreme”, świetna. Sam początek „Acknowledgement” jest czymś tak niezwykle pięknym i...hmm... rasowym, z czym w muzyce nie miałam chyba nigdy wcześniej do czynienia.

Dżem śliwkowy zrobiłam, już nie ma dwóch słoików. Na liście oczekujących: dżem jabłko-kiwi, chutnej z dyni oraz znów dżem ze śliwek. Uwielbiam dżem ze śliwek. Dodaję cynamon, gożdziki i sok z cytryny. Pyszne.

W piaskownicy spotkałam kolegę z zeszłego roku – Tatę Karolinki. Okazał się być Tatą Karolinki i Łukaszka, malutkiego, co już chodzi. Bardzo byłam zdziwiona. Dla mnie mgnienie oka, a u niego taka zmiana. Od razu mi się luźniej pod sercem zrobiło, dalej, dalej, plemniki Lubego!
Nasza czarnooka, ciemnowłosa córka powinna urodzić się zaraz, choćby jutro, bo pęknę z tęsknoty za nią!


K.: nie myśl tak o Zosi, bo urodzi nam się synek...

(Tylko kiedy to będzie...Podejrzewam, że drugie dziecko urodzę wtedy, kiedy współczesna Polka rodzi pierwsze, czyli jako 30-latka...)

Z Małym robimy domek przed snem. Siada przodem do mnie, na kolanach, zarzuca nam kocyk na głowę i robi się namiot. On chichocze i woła „dabm! dabm!”, dotykamy się nosami i jest cudownie. Mamy swój dach i swoje ściany, jesteśmy tylko my. Aż mnie skręca z miłości do tego szkraba.

wtorek, sierpień 28, 2007

honeymoon....

Zajmuję się głównie tym, że mnie boli. Wypijam hektolitry soku żurawinowego, bardzo dobrego zresztą. Piję wodę gazowaną z mlekiem, obrzydliwe. Piję też wodę z sokiem z cytryny. A do tego łykam urosept i czekam, aż znowu siusianie stanie się czynnością relaksująca, a nie koszmarem. Bardzo nie lubię być kobietą, w takich momentach. Bardzo bardzo.

niedziela, sierpień 26, 2007

jom riszon

Ciężki dzień. Nie dość, że okres, to jeszcze dopadło mnie i sama myśl o pójściu do toalety mnie boli. Łykam tabletki garściami, popijam sokiem żurawinowym i mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Bo jeśli nie, to będę musiała zacząć pić wodę gazowaną zmieszaną z mlekiem (działa to obrzydlistwo...) co będzie bardzo trudnym doświadczeniem.
Na pocieszenie plany kulinarne. Jutro dżem z węgierek, pojutrze konfitura z czerwonej cebuli. Ależ będzie pachniało w domu...

Zainspirowana przez Malwę też dorzuciłam radio. Długo zastanawiałam się jaką muzykę wybrać, stanęło na Siouxsie and the Banshees i pochodnych. Siouxsie uwielbiam. Chociaż teraz słucham głównie jazzu. W piątkową noc, z Kubą, grał nam Ellington. Teraz tylko dla mnie gra Sonny Rollins.

Im bardziej tęsknie, tym więcej jazzu słucham.

sobota, sierpień 25, 2007

25 gr na Legię, krupnik w wersji mini

Udało się. Było pięknie.
Mniej eksploracji, więcej refleksji. Dużo chodzenia po chaszczach, krzakach, ścieżynkami i przez płot wysoki. Nogi mam podrapane, w siniakach. Ubrałam się jak na romantyczną randkę, jakbym zapomniała jaki jest nasz romantyzm. Nasz romantyzm jest siekierkowsko-urbanistyczny, miasto – masa – maszyna, most gdański i sypiące się mury.

Wdrapaliśmy się na kopiec PW, potem siedzieliśmy na nadwiślańskiej plaży. Noc czarna, długie rozmowy. O judaizmie głównie. Trochę o wyborach i moralności. O poszukiwaniach moich. O tym, co to dla nas oznacza. Jak spokojnie.

Późną nocą docieramy do domu, może to druga, może nie. Ciemno jest i pięknie.
Wymieniamy się taką ilością czułości i ciepła, ile tylko w sobie mamy. Czuję pod skórą, że to, co dzieje się między nami jest szczególne. Wyjątkowe. Spojrzenie, którego nie da się udawać.
Słowa, których nie można wyuczyć się na pamięć.

Etykiety:

piątek, sierpień 24, 2007

relaks




wróciłam do siebie

Obudziłam się rano i pomyślałam O Boże, ale dałam czadu. Niemożliwa jestem. Szczęśliwie moje wczorajsze łzy słono gorzkie zamieniły się w krew, o cuda nad cudami.
Znów więc jestem sobą, uśmiecham się do świata, czuła i spokojna. Ukochany zasługuje na medal. Dziś mamy się nie dość, że spotkać, to wyjść razem. A ja zrelaksowana myślę sobie, że jeśli znowu nic z tego nie wyjdzie, to przecież żadna tragedia.
Jak to dobrze znowu być sobą. Nalepię knedli ze śliwkami, węgierki piękne i słodkie.

czwartek, sierpień 23, 2007

kypba

Szlag mnie trafi. No trafi mnie jak nic. Ja się nie nadaję, już nawet nie jestem smutna, nawet nie jestem melancholijna, mnie trafia już, zaczyna się we mnie gotować. Co dzień rano wstaję z myślą ‘zobaczymy się dziś czy nie?’. prawie co dzień zasypiam z myślą ‘może jutro się uda’. Szlag mnie trafia, bo wiem, że on pracuje a nie opierdala się, więc nie mogę zadzwonić i pogadać, usłyszeć go, nacieszyć się jego głosem, uspokoić się. Szlag mnie trafia, bo to tak już będzie, a będzie gorzej kiedy zacznie się rok akademicki i ja będę zajęta. Ja już nie mówię o takich głupotach jak seks, o tym już zapomniałam. Ale wczoraj kiedy szłam późnym wieczorem przez Chmielną, padał lekki deszcz, było ciepło, dookoła ludzie śmiali się do siebie siedząc przy kawiarnianych stolikach, a ja miałam ochotę rozwalić te stoliki, potłuc szkło, porozlewać piwo i zabronić im uśmiechu. Jak oni mają czelność trzymać się za ręce, kiedy ja muszę kombinować, żeby posiedzieć obok ukochanego nie mogąc nawet z nim porozmawiać, bo pracuje?

jestem ZŁA!!!!

A najbardziej jestem zła na tę biurwę, której nie chciało się ułożyć listy przyjęć do żłobka zgodnie z zasadami. Szlag mnie trafia, kiedy moje koleżanki z forum ‘samotne matki’ mówią, że w ich miastach ich dzieci były na pierwszych miejscach list przyjęć, dostawały zniżki etc. Szlag mnie trafia, bo moglibyśmy już od jesieni mieszkać razem i widziałabym go przynajmniej w nocy i rano. Ile ja bym dała za pewność, że go zobaczę!

Idę na spacer. Pierdolę. A jutro dostanę okres i wszystko jasne.

v!

Udało się! Victoria! Mały zjadł obiad, który ugotowałam, klepał się po brzuchu jedząc dokładkę i zmartwił się widząc pustą patelnię!!! To pierwszy normalny obiad od wielu dni... Ostatnio jadł mało i beznadziejnie, ogórki, suche buły i keczup, jakieś owoce. Pulpety olał, placek cukiniowy oddał, w galaretce mlecznej na śniadanie ( mleko gorące + żelatyna + owoce, rodzynki, co tam wpadnie) pogmerał łyżeczką i też oddał. A dziś świderki kolorowe z cukinią zjadł!
Obiad za mniej niż 10 zł:
Na oliwie (ok. 6 łyżek) zrumienić posiekaną drobniutko małą cebulę, na to wrzucić posiekane drobniutko dwa ząbki czosnku, dwie łyżki siekanego rozmarynu, łyżkę siekanej natki i smażyć. Do tego dodać trzy małe cukinie, pokrojone w drobne słupki ( 4 cm x 5 mm) i smażyć aż zmiękną. Kłaść na ugotowany makaron, posypać parmezanem i uwaga, uwaga... wmówić dziecku, że to zielone to ogórek ;)

Ale zwycięstwo jest moje, zaraz idę do sklepu po piwo ( teraz obowiązuje Obołon pszeniczny )! Ha!


Wczoraj, za radą Malwy mojej nieocenionej, zamiast kolejny wieczór pochlipywać z tęsknoty, pojechałam do Ukochanego. Nie mam w sobie tego romantyzmu i/lub tupetu, więc nie zrobiłam mu niespodzianki, tylko zapytałam grzecznie, czy mogę przyjechać. Ukochany się zgodził łaskawie, a ja ubrana w sukienkę w kwiatki i różowy sweterek poleciałam na skrzydłach szczęścia. Potem siedziałam cichutko w kąciku redakcji i patrzyłam cielęcym wzrokiem jak miłość mego życia klnie na komputer pracując. No nie mogę, cudowny jest. Cudowny.

A potem wsiadłam do metra, koło północy, jadłam ciastka i czytałam gazetę. Kątem oka dostrzegłam, że jakiś nieciekawy gość przygląda mi się intensywnie. Niby nic, ale kiedy wysiadł na mojej stacji, a potem przez dwa rozwidlenia wybierał moje – nieco się zaniepokoiłam. Facet lazł za mną, ciemno było i groźnie, a ja oczami wyobraźni ujrzałam swoje zgwałcone i poćwiartowane szczątki w kontenerze na śmieci pod moim domem. O nie! powiedziałam w duchu i zadzwoniłam do Ukochanego. Pomyślałam, że jeśli będę rozmawiać przez telefon to przecie mnie nie dopadnie. Ale jak tylko Luby odebrał to zrobiło mi się głupio, że zabieram mu czas kiedy pracuje ciężko, powiedziałam kilka głupot, on się zdziwił i zakończyłam rozmowę. Ten wielki facet dalej szedł za mną, więc niewiele myśląc zadzwoniłam do mamy, w końcu to głupio dać się złapać 5 min od domu. Mama usłyszawszy, że idę, chciała się rozłączyć, ale wytłumaczyłam jej, że mam interes w tej rozmowie, a ona powiedziała „och!” i chyba jej kobieca intuicja podpowiedziała, że mam niezłego stracha.Dopadłam w końcu do klatki, a gość poszedł dalej. Nawet jeśli to Bogu ducha winny mój własny sąsiad, to sposób, w jaki na mnie patrzył w metrze był naprawdę niesmaczny. Fuuu jak mawia Młody.

Etykiety:

wtorek, sierpień 21, 2007

acuwim

Miał być koncert, sukienka w kwiatki, spacer nocny przez Warszawę, słodkie praskie sny... Ale nam nie wyszło, znowu nam nie wyszło. Jeśli mnie pamięć nie myli, to w tym miesiącu wyszliśmy gdzieś razem, we dwoje, raz. Jeden, jedyny raz. Trochę więcej było wyjść w trójkę...

A mnie się tak marzy zwykła, szczeniacka randka. Spacer za rękę, wino malujące rumieńce, rozmowy bez słów, zaplątanie myśli.

A jeszcze bardziej, najbardziej na świecie marzy mi się wspólne śniadanie, co dzień. Przy jednym stole, całą rodziną. Talerz z kanapkami, kto pierwszy ten lepszy, kajzerka dla Małego, niech ma, bułka z ziarenkami dla mnie, a dla Lubego chleb razowy. Twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, taki jak lubimy.

Czekam, z utęsknieniem czekam do tego naszego życia.

tak długo szukam

Nad sidurem spędzam ostatnio więcej czasu, niż zwykle. Przygotowuję się, duchowo i technicznie do pisania pracy licencjackiej ( na temat modlitw Żydówek ).
Zapisałam się do grupy dyskusyjnej związanej z polskim ruchem masorti. Tworzy się coś takiego, a ja obserwuję z boku. Stęskniona jestem, straszliwie stęskniona.
Mezuza leży na półce, głaszczę ją czule. Sidury rządkiem, sfarim kadoszim, megilat Ester, hagada. W szufladzie chanukija zakurzona. Pan jeden wie, jak bardzo za tym wszystkim tęsknie. Jak tęsknię za Amidą w ciszy szeptaną, za Szma chwytające za serce, za błogosławieństwami mruczanymi co chwilę, przez cały dzień.
Uciekło to wszystko ode mnie, ja od tego uciekłam.
Nie mogę teraz, w moim tu i teraz nawet spróbować tego dotknąć.

Ukochany trochę rozumie, a trochę nie wie, na czym to polega. A moja dusza wyje z tęsknoty za tym światłem, które ją napełniało.

Marzy mi się dom, w którym będę mogła do tego wrócić. Powiesić sziwisi na ścianie. Marzy mi się dom, w którym będę mogła żyć tak, jak powinna bas Noach.

poniedziałek, sierpień 20, 2007

o!

plotkuję na gg

W.: on cię kocha bardziej niż płyty


___

opaniejezu! jak pięknie powiedziane!
dla niewtajemniczonych: wybranek mojego serca gotów jest odżywiać się zupkami chińskimi byle tylko móc kupować płyty, płyty, ciągle nowe płyty...

ochel

Zrobiłam te pulpety w sosie koperkowym. Naprawdę dobre. Delikatne, aromatyczne. Ukochany musiał iść do pracy zanim były gotowe. A Mały? Pogmerał widelcem w talerzu, zjadł trzy kluski wcześniej skąpane w keczupie (wyjmuje sam z lodówki i używa do WSZYSTKIEGO) i odniósł talerz do kuchni.
Jutro mu zrobię galaretkę mleczną z owocami, żeby miał na środowe śniadanie, kiedy to mamulki nie będzie w domu, bo śniadanie będzie jadła z Abą. Galaretka mleczna, samo zdrowie, a do tego przyjemność. Niech tylko spróbuje nie zjeść.

Szukam pracy. Szukam. Nie wiem gdzie szukać. Ale kombinuję. Potrzebuję pracy, pracy, pieniędzy potrzebuję. Prześladują mnie buty. Na jesień wczesną jakieś trzeba kupić, potem trzewiczki, potem coś na śniegi, a za chwilę i tak wiosna wiec nowe adidaski, a potem sandałki. Buty, buty. Stópki rosną, rosną i litości nie mają. Teraz ma rozmiar 26. Dojdzie do 46? Ile to par butów jeszcze, zanim będzie można kupić takie, co ponosi więcej, niż jeden sezon?

niedziela, sierpień 19, 2007

pitom

Ukochany w Bydgoszczy, tym razem. Daleko, daleko ode mnie. Zrobię mu na jutrzejszy obiad pulpeciki w sosie. Pyszne, aż strach.

Skończyłam „Nagle w głębi lasu”. Na początku byłam rozczarowana. Do tej pory wszystko, co Oza, poruszało mnie do głębi. A teraz...jakoś tak nijako. Mam jednak przeczucie, że przyda nam się ta książka jako punkt wyjścia do poważnych rozmów z dziećmi. Porusza pewne kwestie, problemy w sposób przystępny, metafory są czytelne, sytuacje klarowne.

Mam też przeczucie, że Mały może zostać szczególnie uważnym czytelnikiem tej książki o wyobcowaniu – jako syn Żyda, syn nieślubny, syn alkoholika, dziecko nie chrzczone, dziecko o drugim imieniu brzmiącym w uszach niektórych prowokacyjnie. Czy koledzy na podwórku uznają, że mogą mu dopiec tym, że mąż mamy nie jest jego ojcem? Czy ktoś jeszcze kiedyś powie o nim per bękart?
Mam nadzieję, że ten mój skarbek będzie wiedział, że jest dzieckiem miłości, nie ważne, że złej. Że jest dzieckiem oczekiwanym z drżeniem o niego i tęsknotą. Że jest chłopcem kochanym przez wiele osób. Że jest chłopcem, który nie musi czuć się upokorzony tym, kim jest jego ojciec, bo nie ma to wpływu na jego samego.

Mam nadzieję, że wcześnie nauczy się, że opinia osób, na których mu nie zależy, nie jest taka istotna. Mam nadzieję, że będzie zawsze szedł z podniesionym czołem.

mawet

John Coltrane gra mi bez przerwy. Słucham go, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzimy razem z Ukochanym, nie rozmawiając, nie myśląc o czasie, który spokojnie sobie płynie...obok nas.
Cudowny dzień, razem, w trójkę. Spotkanie z przyjaciółmi, chłopcy bawili się razem, myśmy pili pszeniczne piwo. Słońce, a w nim błyszczały moje nowe kolczyki, prezent od K. Jak to wspaniale, kiedy wybranek serca ma świetny gust.

Wczorajszy wieczór przyniósł mi kilka refleksji. Brałam udział w dwóch stypach, które mając początek w nastroju jak najbardziej poważnym kończyły się jak najradośniej – szczególnie spotkanie po pogrzebie Marcina, kiedy to jego przyjaciele zaczęli bawić się, opowiadać historie z przeżytych z nim lat, wspominać, śmiać się tak jak on śmiał się całe życie, bawił i żył, właśnie tak, jak żył.
Jako malutka dziewczynka uczestniczyłam w czuwaniu przed pogrzebem mojej prawosławnej prababci – w pokoju ustawiono otwartą trumnę, przy suto zastawionym stole siedziała rodzina, a przy wyjściu każdy całował nieboszczkę w dłoń. Pamiętam jej zimną, miękką dłoń doskonale. Miałam może cztery lata, ale obcowanie ze śmiercią nie wydało mi się ani trochę straszne. Na twarz prababci malował się taki spokój, taka cisza, że był to widok niemalże kojący. I tak kiedy o tym myślę, kiedy zastanawiam się o tym, co stanie się z nami po śmierci, przypomina mi się jej przeczysta twarz. I nie boję się zupełnie. Strach przed śmiercią nie jest dla mnie strachem przed moim odejściem. Najbardziej boję się śmierci najbliższych z pobudek zupełnie egoistycznych – co będzie wtedy ze mną?

piątek, sierpień 17, 2007

bajs ojlom

Dziś pogrzeb, nie poszliśmy z Małym. Rada Rodzinna uznała, że cmentarz to nie jest miejsce dla rozbrykanych dwulatków. Czyli szczęśliwie ominęła nas msza, która mogłaby być jego pierwszą. W synagodze był, wystarczy mieszania.
Żal mi jednak tam nieobecności – chciałam pożegnać M.

Teraz głupi dylemat. Idę na kolację w Boathouse, pardon, na stypę. W co się ubrać? Czerwone buty to chyba przesada, a to jedyne jakie mam na obcasie. ( Amerykańska kuzynka na pogrzeb stawiła się w szpilkach w lamparcie cętki. Trochę zazdroszczę tego, że nie boi się nosić czegoś tak tandetnego. Z drugiej strony – ona nie odróżni Białoszewskiego od Baczyńskiego )

No właśnie, w co się ubrać?
Taki dylemacik. M. patrzy na mnie z góry i puka się w czoło.

czwartek, sierpień 16, 2007

jamim lewanim

Wiatr wieje niesamowity. Wróciłam ze spaceru z psem ogarnięta irracjonalnym lękiem. Przed czym?

Dzień upalny. Byliśmy w domu sami. Mały stanął przed płytami i zaczął śpiewać. Znaczy się – chciał, żeby coś włączyć. Wybrałam The Ukrainians. Skrzywił się przy pierwszych taktach, nie chciał słuchać. W końcu stanęło na The Ramones. Od razu zaczął tańczyć, wygłupiać się. Rozsadza go energia, dosłownie widzę w nim nieustającą pracę niezliczonych atomów, jak w niewyobrażalnie krótkich cząstkach sekund uderzają o siebie, bez przerwy, bez przerwy w ruchu. Cały jest wiecznym ruchem. Nawet teraz, kiedy śpi, jego gałki oczne poruszają się pod powiekami. Co mu się śni?

Chodziliśmy po domu w samej bieliźnie, chlapaliśmy się zimną wodą, muzyka nam grała. Jak nam jest dobrze razem, we dwoje. Stanowimy jedną całość.
Brakuje nam K. Aba...Aba...woła Malutki na widok gitary. Aba...Aba...tak do nas pasuje. Przyjęliśmy go do naszej świątyni, do naszej miłości, do naszego dabm. A on wybrał właśnie nas. I teraz on jest naszym dabm. My jesteśmy jego.

środa, sierpień 15, 2007

hajom

Dziewczynka w piaskownicy niemrawo poklepuje wiaderko

Ona: babka nie chce mi wyjść
Ja: musisz mocniej poklepać
Ona: ja klepię czy śpiewam?

Bezczelna gówniara

wtorek, sierpień 14, 2007

matka nie boska

Do końca tygodnia przewidziano dwie delegacje. Dzisiejsze kilka godzin naładowało mi akumulatory. Za tydzień może uda nam się wyrwać na wieczór – Moskwa gra w HRC.

A ja sobie marzę.
Chciałabym być taką fajną, zorganizowaną mamą. Co wstaje przed swoją latoroślą, wypija kawę, robi dziecinie śniadanie typu kanapki z buzią wyciętą w serze żółtym i wąsami ze szczypiorku. Taką mamą, co to jeszcze przed południem wychodzi z dzieciną na spacer, potem robią razem zakupy, a w domu gotują pełnowartościowy obiad. Fajna mama wychodzi potem na drugi spacer, czasami odwiedza galerię, zoo albo twórcze i edukacyjne warsztaty dla przedszkolaków i młodszych dzieci. Potem mama sprząta, a dziecko maluje bądź rysuje. Jedzą zdrową kolację, dziecko popija ciepłe mleko, a po krótkiej lekturze bajeczki idzie lulu. Potem zorganizowana mama ma czas na lekturę, zaplanowanie obiadu na jutro, nacieszenie się mężem.

A taka mama jak ja?
Nie wstaje przed 9 rano, chyba, że dziecina ściskając misia w jednej ręce, ściąga z niej kołdrę drugą, zawodząc am...am... Co dzień przez sen smaruje kanapki tym samym dżemem i serkiem, które dziecina pokornie zjada. Bardzo długo pije kawę, czyta gazetę, a na spacer wychodzą nie wcześniej, niż o 13. Myśl o obiedzie dla dziecka wywołuje w niej panikę, bo łososia w sosie karmelowym chętnie zjadłaby sama, ale synek wymaga drobiowych pulpecików z koperkiem, domowych zup, naleśników z mięsnym farszem i innych zdrowych, pełnowartościowych dań. Ale nie za często takiej mamie wychodzą cuda kuchni dziecięcej.
Mama denerwuje się o byle co, jest niekonsekwentna, nie zabiera dzieciny na wycieczki do muzeów i nie kupiła mu farbek.

Masakra. Beznadziejna matka ze mnie.

poniedziałek, sierpień 13, 2007

aua

Nie lubię siebie w takie dni. Zirytowana, niecierpliwa, trzaskająca drzwiami, szturchająca psa. O byle co denerwowałam się na Małego, o byle co dostał w tyłek, o byle co podnosiłam na niego głos. A kiedy w końcu rozpłakałam się ze złości na siebie, siedząc na krześle w kuchni, przyszedł do mnie, wdrapał się na kolana, przytulił mnie mocno i tak trwał. Nie wiedząc, co się dzieje z mamu, dlaczego mamu płacze, dotykał moich łez i minkę miał smutną. Jakby zapomniał, że krzyczałam na niego, że wyrywałam zabawki z ręki, że odpychałam od siebie cały dzień.
Chciałam wyjść z domu, dla jego dobra, żeby nie być dla niego tak okropną, wyjść, ochłonąć i wrócić z uśmiechem, bo przecież jemu należy się najpromienniejszy uśmiech świata, za to, że jest. Nie zasłużył na to, żeby mamu była taka zniecierpliwiona, zdenerwowana, roztrzęsiona.
Z pomocą przyszedł K., wyciągnął wieczorem z domu, pozwolił odetchnąć, dojść do porządku ze sobą.
Za chwilę położę się w łóżku, a przed tym sprawdzę, czy najpiękniejsze nóżki nie są zimne, czy jego kołdra się nie zsunęła. A koło szóstej rano przyjdzie do mnie, wsunie się pod kołdrę, szepnie mamu i zaśnie, wtulony.
I muszę, muszę jutro od rana być uśmiechnięta, cierpliwa, słodka i ciepła jak Cukrowa Wróżka.

niedziela, sierpień 12, 2007

racjonalnie

Tak mocno skupiłam się na metafizycznym wątku swojego snu, że nie przyjmowałam bardziej racjonalnych znaczeń. Na szczęście opowiedziałam go A., najbardziej racjonalnej osobie jaką znam, a ona chyba trafiła w sedno.
Według niej nieboszczyk jest symbolem jakiejś części mojego życia, która się kończy, umiera właśnie.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Ostatnio znalazłam kilka swoich zdjęć legitymacyjnych. Ja 14 – letnia, 18 – letnia, 20 – letnia i z teraz. Co dwa lata, dokładnie. Wydawało mi się, że przed chwilą skończyłam 18 lat, patrzyłam na swoją buźkę dziecięcą, na siebie tak młodziutką. Na najnowszej fotografii nie ma już śladu po tym dziecku. Zdziwiło mnie to, bo przyzwyczaiłam się do tego, że wyglądam dużo młodziej, niż mam lat. Ale nie wyglądam już na nastolatkę.
Mój syn ma już ponad dwa lata, a ja chyba dopiero teraz zaczęłam uświadamiać sobie to, że moje dzieciństwo bezpowrotnie minęło.
Z drugiej strony, czy nie skończyło się kiedy miałam 18 lat, kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego? Czy teraz, kiedy znów tu jestem, nie próbowałam nadrobić tego czasu nie bacząc na to, że to wszystko dawno minęło?
Myślę, dużo o tym myślę.

sobota, sierpień 11, 2007

a tu tu

Kąpiel, namaszczenia, herbata i nektarynki dwie. Uwielbiam nektarynki. Doszłam do siebie po spacerze, stopy już tak nie bolą. Ukochany już dawno poszedł w dal. Zobaczę go może we wtorek. Jest mi z tym strasznie, strasznie źle.
Tyle mam mu do powiedzenia, tyle rozmów poważnych, tyle słów zbieram w sobie. I wszystko we mnie tkwi. Nie chcę zajmować go tym wszystkim kiedy jesteśmy razem. Widzę jaki jest zmęczony, jak stresuje go praca. Staram się robić tak, żeby przy mnie odpoczywał. Kontemplujemy nasze tu i teraz. Wyrwane światu, wyżebrane.
Czuję straszną pustkę. Zanim poszedł do tej pracy spędzaliśmy mnóstwo czasu razem i nie odczuwałam tak bardzo tego, że nie mieszkamy wspólnie. Czasami coś ugotowaliśmy, często chodziliśmy na spacery z Młodym, usypialiśmy go razem i wychodził tak późno, że ja odprowadzałam go do drzwi, a potem od razu szłam kąpać się i spać. A teraz?
Do tego wszystkiego tęsknię i brakuje mi J. Rozmów z nią, poważnych i babskich, plotek, żartów, śmiechów chichów. Hektolitrów maili, smsów. Nie wiem, kiedy to wszystko wróci. Ledwo przyzwyczaiłam się do tego, że po świecie chodzi tak bliska mi kobieta – los nam uniemożliwił korzystanie z tej bliskości. Smutno mi z tym bardzo.

Stare Bielany

Umieram ze zmęczenia (położyć się przy nim i zasnąć...), stopy mam obolałe. Stare Bielany i „Zdobycz robotnicza” nasze, zaułki, uliczki, skwery. Zmoczeni deszczem, odurzeni powietrzem, zakochani.
Stęskniłam się za takimi wyprawami. Za jedzeniem kanapek na murku. Za odkrywaniem nowych lądów w naszej ukochanej Warszawie. ( jeszcze nie do końca poznanej – jeszcze tyle miejsc chcemy obejrzeć. Następnym razem AWF, perła modernizmu)

Etykiety:

piątek, sierpień 10, 2007

dlaczego?

Ciągle o tym myślę. Dlaczego śmierć człowieka, który chorował przez 9 lat przyśniła mi się kilkanaście godzin wcześniej? Czy coś takiego może być przypadkiem? Dlaczego akurat mnie się to przyśniło, przecież nawet nie byliśmy zaprzyjaźnieni, nie łączyły nas więzy krwi.
W nocy nie mogłam spać, bez przerwy myślałam o tym, co się wydarzyło.
Czy to jest znak od Boga? Dlaczego nie umiem go rozszyfrować?

czwartek, sierpień 09, 2007

Umarł.

M. to mąż jednej z moich licznych ciotek. Od lat choruje na białaczkę, wielu lat. Ostatnio nawet było lepiej.
Dziś śniło mi się, że umarł. Nie wiem skąd ten pomysł, skąd taki sen. Zupełnie o nim nie myślę.
Po południu do Taty zadzwoniła ciocia. M. jest umierający.
A mi jest zimno.

uuu

Chłopie, ależ ja Ciebie kocham!!!

środa, sierpień 08, 2007

pupa

Kilka godzin w tą czy w tą– jeśli jemu to nie robi to i mnie tym bardziej.
Bardzo jestem dumna z siebie, że zamilkłam i nie wygłosiłam tych kilku zjadliwych, żmijowatych uwag, które cisnęły mi się na język, kiedy zadzwonił. Uznałam, że byłyby niesprawiedliwie przykre i niewspółmiernie do winy okrutne, a przede wszystkim postawiłyby go w trudnej sytuacji. Dlatego zamilkłam, wybrałam wersję ckliwą tj. uroniłam kilka łez żalu i zrobiłam sobie prysznic z Pedrosem dla wyciszenia i relaksu.
A kiedy przyjdzie zupy już nie będzie, kotlety mu odgrzeję, a ja będę piękna, pachnąca, zadowolona z siebie i nie zauważy, że przez ostatnie godziny chciało mi się głównie płakać.

wtorek, sierpień 07, 2007

schnę

Kolejny dzień. Jakoś nie umiem się przyzwyczaić do tęsknoty. Bez przerwy o nim myślę. Ubierając się zastanawiam, czy spodobałaby mu się ta sukienka. W sklepie rezygnuję z kupna sosu BBQ myśląc, że przecież on go nie lubi. Jakoś zapominam, że ja tak i owszem.
Znowu się nie widzieliśmy, praca pochłania go bez reszty. Może jutro?... Dziś już kończy ten projekt. Jednocześnie nie mam sumienia wymagać od niego, żeby jeździł po pracy do mnie, skoro bliżej ma do mamy, u której chwilowo mieszka. A ode mnie tam - ponad godzina drogi.
Tak bym chciała czekać na niego z obiadem, upiec mu coś, co lubi, niech to będą nawet hamantaszen, o które mnie prosi od zakończenia Purim. Mogę je piec ciągle, byle tylko po pracy przyjeżdżał do domu, gdzie ja będę czekać. Stęskniona do szpiku kości.

Obiecujemy sobie sobotni długi spacer w trójkę – taki jak lubimy. Może tym razem Bielany?
Mam nadzieję, że nic nie stanie nam na przeszkodzie. Potwornie tęsknię. Za spacerami, za wspólnym usypianiem Młodego, za chodzeniem na stację po piwo, za Wielką Górą.

poniedziałek, sierpień 06, 2007

małżeństwo

Bardzo proszę wszystkich czytelników tego nędznego bloga o wpisywanie w komentarzach swojej definicji małżeństwa – czym różni się od wieloletniego związku, czym różni się od mieszkania razem po prostu. A jeśli nie różni się niczym, to dlaczego.
Ostatnio zapowietrzyłam się, zacietrzewiłam i...zamilkłam. Muszę sobie w głowie to poukładać. Czym jest małżeństwo.

niedziela, sierpień 05, 2007

tskn

Bolje da nosim kratku kosu... nucę stęskniona. Pekinska Patka mi gra, Ukochany zostawił płyty i pojechał. Nie mam nawet jego kubka, żeby z niego kawę pić. Nie mam poduszki nim pachnącej, nie pozbieram jego włosów w pościeli, nie otulę się jego bluzą, nie zasnę w jego koszulce....

sobota, sierpień 04, 2007

multikulti

Kolega jedzie na wakacje do Iranu. Powiedziałam o tym K.
-no i poprosiłam go, żeby mi przywiózł jakieś irańskie słodycze
-ty chyba niemądra jesteś! Niech przywiezie materiały propagandowe, portrety władcy, kukłę Busha i inne rzeczy, z których słynie ten kraj!

/a swoją drogą, to na mojej klatce schodowej, liczącej 10 mieszkań, mamy niezły miks: student iranistyki, obywatelka Syrii i ja, uważana przez wielu za żydówkę. A lekarka K. jest Palestynką./

No a teraz K. jest co raz dalej i dalej. Pojechał w delegację. Po tylu naszych żartach na temat tego, co w delegacji się robi, czuję się mocno nieswojo.
No dobra, przecież mu ufam bo jest mężczyzną typu super, a nie jakimś frajerem, tak jak ten frajer, co w wolnych chwilach mnie zdradzał. Ale, nie da się ukryć, że jest do tego wszystkiego cholernie atrakcyjny i gdybym była jakąś tam panną to nic, tylko bym kombinowała jakby tu go ucapić.

zimno mi słodyczy chcęęęę królestwo za marcepana!

Dlaczego kurna jak Mały zasnął to sąsiad zaczął wiercić? Brico srico.
Oglądam na stronie ikea półki. Muszę nabyć dwie półki na książki, bo mi zabrakło miejsca i upycham nowości nieelegancko i wbrew zasadom. Książki muszą być posegregowane tematycznie, a w działach – według rozmiaru. Porządek w książkach musi być.
Budyń sobie zrobiłam czekoladowy, dodam wiśnie i sok, będzie pysznie. Zimno za oknem, po domu chodzę w skarpetkach i za krótkich spodniach. Staram się nie myśleć o tym, co zawsze sobie powtarzam ( „kobieta nawet przy garach powinna wyglądać tak, jakby szła do ludzi amen” ). Ale jest mi tak zimno, że zajmuje mnie głównie myślenie co by tu na siebie jeszcze włożyć i czy gdzieś nie zachowała się resztka czegoś słodkiego.

Ćwierć-znajomi z przeszłości pojawiają się nagle.

piątek, sierpień 03, 2007

noc

Męczę się szybko i łatwo. Zasypiam w trzy minuty, po wciśnięciu ‘wyślij’ w telefonie, wraz z ostatnim smsem, pocałunkiem na dobranoc. Snuję się po domu, powoli mi się myśli, zupa cytrynowa była pyszna, ale ją zepsułam pod koniec gotowania i pewno nikt jej nie zje. A taka ona ładna.
Coltrane mi gra, przeglądam kupioną dziś książkę (dzięki O.!). „Leksykon rzeczy minionych i przemijających.”, czytam definicje, tużurek, ałun, peniuar, dalekopis... Tak naprawdę większość tych rzeczy kojarzę z życia bądź literatury, wiem czym są, ałunu ciągle nawet używam – ale czy moje dzieci będą wiedziały, co to jest np. klajster? Chociaż, jakby na to nie patrzeć, ode mnie to zależy...
Kiedy byliśmy dziećmi mieliśmy ulubioną piosenkę. Taką sobie przyśpiewkę, której nauczył nas Tata. W każdej podróży śpiewaliśmy to na trzy głosy, w kółko, a Mama śmiała się z nas i do nas. Tekst pamiętam do dziś i tylko czekam, kiedy nauczę tego Małego. Mój Tata nauczył się śpiewać tą pioseneczkę od swojej Babci. A ona małą dziewczynką była w drugiej połowie XIX w.
Tekst jest...hmm...nieco makabryczny:

Wpadł pies do jatki i urwał mięsa ćwierć, a kucharz, kucharz głupi, zarąbał psa na śmierć. A kucharz mądry, co w sercu litość miał, wziął psa zakopał i taki napis dał: wpadł pies do jatki i...

Takie oto słowa wyśpiewywaliśmy radośnie z Młodym. Niewątpliwie mają one walor edukacyjny – kolejne pokolenia powinny zadać pytanie: ale co to właściwie była ta jatka?

__

Wino czerwone, domowe. Bardzo dobre i malujące rumieńce na twarzy.
Nie lubię, kiedy nie widzimy się cały dzień. Nie lubię, kiedy kładąc się do łóżka nie słyszę zaraz do ciebie przyjdę. Nie lubię budzić się i nie widzieć jego ukochanej twarzy.

czwartek, sierpień 02, 2007

ona

Pojawiła się w naszym domu jakieś 10 lat temu. Na początku pojawiała się na dwa, trzy tygodnie, raz w roku. Potem jej wizyty stały się częstsze. Od około roku jest z nami cały czas. Opuszcza nasz dom czasami na chwilę, pozwala od siebie odpocząć, ale zawsze wraca. A kiedy jest, zamyka się z Tatą w jego pokoju. Są tam we dwoje.
Wielu już próbowało pomóc nam w skutecznym usunięciu jej z naszego życia. Niszczy nas, zabiera nam ojca, psuje atmosferę, sprawia, że nie wracamy do domu chętnie. To przez nią tak rzadkie są wspólne posiłki, niedzielne spacery, czyli wszystko to, co jest normalne w normalnej rodzinie.
Uczymy się z nią żyć, cały czas. Uczymy się nie mieć do niego pretensji za jej obecność. Uczymy się wyrozumiałości, cierpliwości i ciepła. Ja się uczę. Czasami się buntuję. Czasami myślę, że on tylko ją wymyślił, chociaż doskonale wiem, że tak nie jest i że muszę się z tym pogodzić. I to mnie po prostu rozwala. Totalnie. Nienawidzę jej, choroby afektywnej dwubiegunowej.

środa, sierpień 01, 2007

pamięć

Spacer rodzinny pod pomnik Powstańców, stawiamy świeczki, Mały dzielnie dzierży malutką flagę. Wyczytana w GW refleksja – zastanawiamy się jak długo jeszcze 1 sierpnia o 17:00 wyć będą syreny. Chciałbym, żeby zawsze mówi K.
Spotykamy potem B. z ekipą, wracają z uroczystości powstańczych, idą na imprezę. Warszawskie piosenki w Aurorze, chodźcie z nami! Z żalem odmawiamy, z przyjemnością patrzymy na biało – czerwone wstążeczki wpięte w harringtonki.

__

Wczoraj decyzja – robimy. Wynik właściwie spodziewany, odetchnięcie ulgi, ale...gdzieś w głębi serca, w kąciku oka pojawia się żal. Jeszcze nie teraz, czyli tak, jaki jest plan. Jeszcze nie teraz, jeszcze tyle czasu musi minąć, zanim dotknę malutkiej rączki, która w połowie będzie Nim, a w połowie mną.

Na ulicy dwie dziewczyny. Jedna krzyczy na drugą „Zośka, przeginasz pałę!”. Zerkamy zaskoczeni, myślisz, że ktoś tak będzie mówił do Zosi? pyta K. W pierwszej chwili nie rozumiem, o czym mówi. Za moment dociera do mnie sens jego wypowiedzi i ciepło otula mnie jak kaszmirowy szal.