niedziela, wrzesień 30, 2007

Lola (chce zmieniać świat)

Dziś Powiśle. Niedzielny rodzinny obiad zjedliśmy w bufecie w Starym BUWie. Będzie mi lżej iść tam we wtorek... Dziś jeszcze powolutku, dziś Mały rzucał widelcami, a ja wmawiałam mu, że cukinia to ogórek, żeby tylko zjadł. Ukochany popijał colę, było nam spokojnie. Place zabaw, parki, ogrody. Kawa w Tarabuku, oglądaliśmy książki. Sobie chcę kupić Auto da Fe Canettiego, a wspólnie „Niesamowitą słowiańszczyznę” Janion. Tak naprawdę, to chciałabym kupić jeszcze tysiąc książek. Tysiąc tysiąców książek.

Zachwycam się teraz Buninem. Taki jest wyciszająco - melancholijno-refleksyjny. Odpoczywam po emocjach „Ziemi obiecanej”. Ach, to ci była lektura! Czytałam z wypiekami na twarzy. Jak zwykle kończąc starałam się czytać jak najwolniej, delektować się każdą stroną, każdym zdaniem, żeby jak najpóźniej dojść do ostatniego...

Jutro dzień intensywny, dzień trzech spotkań. Plan napięty, najpierw spotkanie dwóch przed chwilą licealistek i ich dzieci, potem kawa z J., tak się za nią stęskniłam!, a na koniec, wieczorne piwo z M., z Braciszkiem moim ukochanym, co nas kropla krwi nie łączy.

sobota, wrzesień 29, 2007

smutki

Cały dzień razem, cały dzień cudowny, pomimo dąsów na początku. ( ciągle się jeszcze nie otrząsnęłam po tamtym). Spacery, słońce, trzymanie się za ręce i pocałunki. Mały bawił się z A., synkiem przyjaciół.
A wieczorem, kiedy się rozstawaliśmy, S. zapytała mnie dlaczego zrobiłam się smutna. Zaskoczyła mnie, nie wiedziałam, że to tak widać. Wy idziecie razem do domu, a my? On tam, ja w drugą stronę. I tak ciągle.

I tak ciągle.

piątek, wrzesień 28, 2007

jest jak w niebie

Na zmianę ze Smiths’ami słucham Janerki. „Historia podwodna” bardzo mi pasuje. Bardzo.

Za oknem pięknie jest. Nie muszę zachwycać się Skaryszakiem, wystarczy mi mój Ursynów.



Obiektywnie stwierdzam, że nie jest ze mną łatwo. Czasami sama ze sobą nie mogę wytrzymać. Moja racjonalna połowa gotuje się ze wściekłości, kiedy do głosu dochodzi emocjonalna (ta od talerzy). Podobno to dlatego, że jestem spod znaku Bliźniąt. Niestety, nie wierzę w to zupełnie – nie mogę układem gwiazd usprawiedliwiać swojego złego charakteru.


Mam mnóstwo słoików z dżemem śliwkowym, dżem jabłko-kiwi już się skończył (sic!), więc muszę go znów robić. Jest chutney z dyni, w dwóch wersjach, z octem balsamicznym i z jabłkowym. W planach jeszcze coś. A za rok będę robiła wiśnie. W kompocie, w spirytusie...
Myślę o tym, żeby na naklejkach obok nazwy przetworu dopisywać nazwę zespołu i płyty, słuchanych w czasie gotowania. Chutney z dyni – Dezerter „Kolaboracja”. Ciekawe, czy to wpływa na smak.

czwartek, wrzesień 27, 2007

there is a light that never goes out

Ta cała awantura wyszła nam na dobre.
W sumie gdybym potłukła te talerze, co tak kusząco stały obok nas, nic by się wielkiego nie stało – kupilibyśmy nowe. A tego co zrobiłam nie żałuję.

Słucham sobie teraz Smiths’ów, myślę o tekstach do napisania, dawno nic nie wysłałam. Myślę o szkole, którą zacznę już we wtorek, o treningach krav maga których nie mogę się już doczekać. Znowu będę mogła bić po twarzy, skakać komuś po brzuchu i sprawdzać jak wysoko mogę kopnąć. Zdecydowanie wolę to od jogi.
Myślę sobie spokojna już zupełnie i zrelaksowana o Ukochanym. Po całym dniu nerwów, spięć, łez i złości wszystko ze mnie wyparowało.
On obiecał i ja obiecałam.
Kochany.





Take me out tonight
Where there's music and there's people
And they're young and alive
Driving in your car
I never never want to go home
Because I haven't got one
Anymore

Take me out tonight
Because I want to see people and I
Want to see life
Driving in your car
Oh, please don't drop me home
Because it's not my home, it's their
Home, and I'm welcome no more


And if a double-decker bus
Crashes into us
To die by your side
Is such a heavenly way to die
And if a ten-ton truck
Kills the both of us
To die by your side
Well, the pleasure - the privilege is mine


Take me out tonight
Take me anywhere, I don't care
I don't care, I don't care
And in the darkened underpass
I thought Oh God, my chance has come at last
(But then a strange fear gripped me and I
Just couldn't ask)


Take me out tonight
Oh, take me anywhere, I don't care
I don't care, I don't care
Driving in your car
I never never want to go home
Because I haven't got one, da ...
Oh, I haven't got one


And if a double-decker bus
Crashes into us
To die by your side
Is such a heavenly way to die
And if a ten-ton truck
Kills the both of us
To die by your side
Well, the pleasure - the privilege is mine


Oh, There Is A Light And It Never Goes Out
There Is A Light And It Never Goes Out
There Is A Light And It Never Goes Out
There Is A Light And It Never Goes Out

drapię

Fakt, że wieczór spędził na piciu alkoholu nie jest w gruncie rzeczy niczym złym, nie robi tego często. Robi to bardzo rzadko.
Ale miałam prawo się wkurwić za to, że pił ze swoją byłą, a nazajutrz rano dostał od niej (i odczytał przy mnie!) uroczego smsa z zapytaniem, czy ma równie dużego kaca jak ona. No szlag by to trafił! Ją!

Niedługo dojdę do etapu w którym wkurw będzie u mnie jednoznaczny z tłuczeniem talerzy, mało dziś brakowało. Ale mam nadzieję, że do tego czasu wszystko się zmieni.

Jestem bardzo, bardzo zła. Dziś nie mów do mnie kotku. Dziś drapię i gryzę.

środa, wrzesień 26, 2007

pudzian

Małemu zaczęły ciemnieć włoski. Lepił babki z piasku, a ja siedziałam wpatrzona w czubek jego głowy, w te pierwsze ciemne kosmyki. Dotykałam ich i sprawdzałam – są! Niektóre ciemno brązowe, prawie czarne. Cieszyłam się tym niesamowicie. Ciemne oczy i ciemne włosy. Wreszcie będzie do mnie podobny. Do nas.

__

siedzieliśmy z Lubym moim najukochańszym w restauracji. Weszła para. Dziewczę i emo – chłopiec. Spojrzeliśmy na nich oboje, a ja się skrzywiłam.

-nie podoba ci się on?
-nie.... wygląda jak spaghetti ugotowane...blee..
-ale jak to?
-no takie cienkie ramiona ma, zero mięśni, chude to takie. Mężczyzna powinien być mężczyzną. Tak jak ty, widać, że możesz upolować tę zwierzynę i przynieść mi do jaskini. Mnie to się podobają tacy mężczyźni prawdziwi, silni, no wiesz...
-wszystko jasne, moje wnętrze się nie liczy i jak przyjdzie Pudzian to mnie zostawisz.


Kochany mój. Taki Ukochany jak on to się raz w życiu zdarza. Jest jak ten znany bokser, co ja nie wiem, jak się nazywa, ale poza tym, że jest znanym bokserem to i ma doktorat z historii sztuki.

A ja taka głupiutka przy nim.

wtorek, wrzesień 25, 2007

nie mogę wytrzymać...jestem już zmęczona

Po kilku samotnych godzinach tam, gdzie mieszka moje serce, wyszłam ogołocona z wiary w siebie, wiary w cokolwiek.
Z każdego przedmiotu wychodziła w moją stronę przeszłość, nie byłam w stanie tego opanować. Przeszłość która chciałabym, by nigdy nie zaistniała. Przeszłość, której pamiątki są wszędzie.
Chciałam jakoś to opanować, przerwałam pracę, usiadłam przy stole i rozrysowałam trzy osie czasu. Zobaczyłam jak daleko jest od teraz do wtedy. Tak daleko, że nie jestem pewna który z chłopców przeze mnie wtedy płakał, który pisał wiersze, a który podarował bukiet polnych kwiatów. Wtedy stanowiło to dla mnie wartość, teraz gubię fakty i imiona. To było tak dawno, dawno temu.
Nie moja przeszłość jest ciągle bliska. Nie moje łzy, wiersze i kwiaty wydają mi się ciągle pamiętane i ważne. Strasznie mnie to męczy.


poniedziałek, wrzesień 24, 2007

ukochany duszy...

Odkładamy książeczkę, gaszę światło. Mały nakrywa się kołdrą, kokosi. Siadam koło łóżka i zaczynam nucić jakąś kołysankę. Czasami wybieram zmiresy, czasami nucę Jedid nefesz. Ciekawe, czy Młody pamięta tę melodię – śpiewałam to całą ciążę, śpiewałam w czasie porodu (to takie pierwotne i takie niespodziewane – nagle, rodząc swojego syna, poczułam, że muszę śpiewać, czułam, że mi to pomoże. I śpiewałam właśnie Jedid nefesz...)

Zawsze recytuję szeptem wierszyk, który dla mnie mówiła moja Mama. Znam go na pamięć od dzieciństwa. I co dzień wzrusza mnie to. Kiedyś ja tego słuchałam, teraz moje własne dzieciątko zamyka oczka słysząc te proste słowa.

Idzie niebo ciemną nocą,
Ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdki świecą i migocą,
aż wyjrzały ptaszki z gniazd.

Jak wyjrzały - zobaczyły
i nie chciały dalej spać,
kaprysiły, grymasiły,
żeby im po jednej dać!

- Gwiazdki nie są do zabawy,
tożby nocka była zła!
Ej! Usłyszy kot kulawy!
Cicho bądźcie!...A,a,a...

słodko gorzko

Włączam płytę The Smiths, the rain falls hard on a humdrum town... Ogarnia mnie fala ciepła... Z muzyką zawsze wiążą się wspomnienia. Głos Morrissey’a przywołuje tylko piękne.

Na wsi muzyką była nam cisza i oddech śpiącego obok nas, spokojniutkiego Synka.

Boże mój, jaka ja jestem szczęśliwa. Kiedy mam ich obu obok siebie.

Ale wróciliśmy z Małym.

Źle się czuję w domu. Przestałam czuć się tu jak u siebie, kiedy pierwszy raz się wyprowadziłam. Kocham to miejsce, bo kocham ludzi, którzy tu mieszkają. Ale to nie jest moje. Z poprzedniego życia został mi jeden talerz. To nie było dobre życie, ale ten talerz jest MÓJ.
Nie stanowię sama o sobie. Nie jestem niezależna. Nie jestem dorosła.

Mama robi dla mnie coś wspaniałego podejmując się opieki nad Małym po to, bym ja mogła studiować. Nie musi tego robić, chociaż wiem, że zrobiłabym to samo dla swojego dziecka.
Rodzice nie musieli mnie przyjąć z powrotem pod swój dach, kiedy z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku uciekłam od J. Nie musieli, ale zrobili to. Będę im wdzięczna do końca życia.
Ale truje mnie to milczenie, które muszę wybierać za każdym razem, kiedy słyszę słowa krytyki na swój temat. Nie mogę się odzywać, nie mogę krytykować – jak śmiałabym po tym, co zrobiłam rodzinie i po tym, co oni robią dla mnie?
Czuję się zakładnikiem ich pomocy dla mnie. Czuję, że całe życie będę musiała spłacać dług jaki zaciągnęłam, bo zawsze będę robiła coś nie tak.
Ale może przyjdzie taki czas, kiedy w awanturze nie usłyszę słów, które bolą mnie najbardziej ze wszystkich. „niczego się nie nauczyłaś, widocznie za mało dostałaś od życia po tyłku”.

Chciałabym mieć cały komplet swoich talerzy. Odetchnąć pełną piersią.

czwartek, wrzesień 20, 2007

hardtosay

Szykuję ubranie na wieczór. Zadanie poważne – wyglądać idealnie. Wychodzimy! Nie będzie marznięcia na Wielkiej Górze, nie będzie romantycznego spaceru, ale za to będzie wspólne, radosne picie piwa na koncercie. Rotofobia ma ochotę zagrać w Jadłodajni, a my mamy ochotę ich posłuchać. Pięknie!

__

Rano Mały odmówił założenia butów, łzy mu się lały jak groch po buzi i pokazywał bolące paluszki. Pieniądze na buty będą najwcześniej za tydzień. Czyli jeszcze tydzień Mały musi chodzić w za ciasnych. Chyba, że będzie lało i założymy kalosze.
Szlag mnie trafił i patrząc na żałosną minkę dziecka sama rozpłakałam się ze złości, tym bardziej, że akurat mieliśmy iść na pocztę. Napisałam pismo do komornika, wreszcie się zdecydowałam, uprzejmie donieść, licząc na skuteczność egzekucji, donieść komornikowi, który przez prawie rok nic nie zdziałał i 500 zł alimentów mam tylko na papierze. A ten, o którym staram się źle nie myśleć, chociaż dziś na słowo „egzekucja” aż się wzdrygnęłam, a zamiast zwyczajowego myślenia o nim po nazwisku myślałam per pieprzony złamas, organizuje sobie wystawy, popija wino na wernisażach, daje wykłady i jako logo na stronie ze swoją pieprzoną sztuką dał moje własne, prywatne oko! Co za chucpa.
Wściekła jestem, sama nie wiem, czy ja chcę, żeby interesował się Małym czy nie, nie chcę takiego taty dla syna, przecież jest z nami K. Wystarczy, że Mały ma beznadziejnego ojca, niech ma fajnego i dobrego tatę. Ale szlag mnie trafia, że te 500 zł naprawdę by nam pomogło, a Mały nie chodziłby w ciasnych butach. Upokarza mnie ta myśl. Upokarza mnie to pismo do komornika. Upokarza mnie czekanie na pismo z sądu i fakt, że bez zgody tego człowieka nie mogę Małemu nawet wyrobić paszportu.
I ta świadomość, że to moja wina. Że mogłam myśleć. Że mogłam te sześć lat temu pomyśleć.

Ale gdybym myślała, to nie miałabym syna.

środa, wrzesień 19, 2007

popatrz...

Cały wieczór Made in Poland, w kółko.
Powtarzam słówka z hebrajskiego. Napisałam kolejny tekst. Jutro niczego nie napiszę.
Jutro się zobaczymy. Jutro, jutro.

O 19 na placu zabaw zostaliśmy już tylko my oraz grupka gimnazjalistów.
Znak, że lato się skończyło. Jesień. Jesień...

Zeszłej jesieni my byliśmy tak. Teraz jesteśmy jeszcze bardziej.
Za rok?...


wtorek, wrzesień 18, 2007

rekin

Kupują dalej, tra la la la la la!
A ja piszę i piszę. Wysyłam kolejne.

Powinnam się uczyć. Hebrajski sobie przypomnieć, bo na dzień dzisiejszy umiem powiedzieć szabat szalom i Makabi Tel Awiw ( to taka drużyna piłkarska).

Czytam tę „Ziemię obiecaną”, aż dziw, że nie miałam tego w szkole. Czytam i się emocjonuję, Borowiecki ty świnio! Zachwycam się językiem tej powieści, humorem. Dziwię przedstawieniu Żydów. Stereotyp jak malowany, jak Żyd z pieniążkiem na obrazku.

baby glupiejo

Entuzjastyczna wiadomość, „bardzo mi się podobasz” nieco dwuznaczne, „tekst bierzemy”. Hurra! Dostałam też zamówienie na następne, w tym jedno bardzo konkretne. Cieszę się bardzo, bardzo. Piszę, dużo piszę. W głowie układam zdania, wymyślam tematy.
A jeśli mi zapłacą i wszystko pójdzie dobrze, to pojedziemy z Lubym na koncert Siouxsie.

Póki co zaczynam lekko się psuć. Trochę suczeję („chciałabym ci zakomunikować”), trochę zaczynam się mazać. Pociągam nosem i jestem trochę zła. Głównie na siebie, bo na niego przecież nie mam powodu. Zła na siebie, że nie jestem dla nie go taka wyrozumiała i w ogóle, no i że mi się pojawiają myśli typu „ta małpa mu nie wypominała, że się nie widują prawie, bo mieszkali razem, a poza tym to nigdy nawet nie jęknęła na słowo próba bo dla niej nie oznaczało to wieczoru bez niego, a wręcz przeciwnie”. No i właśnie, zbliża mi się okres, klasyka gatunku, baby wiosną biodrzeją, a to jesień prawie, ja głupieję. I znowu stanie się ten cud przemiany w krew. Ale do tej pory co jej napsuje to moje. Najgorsze, że zmęczę sobą też tego Bogu ducha winnego mojego Ukochanego. Potem w piątek się obudzę, między nogami będzie już krwawo, ale solidnie krew zaleje mnie dopiero wtedy, kiedy sobie uświadomię jaka ja głupia i ile niepotrzebnych słów powiedziałam. Ogólnie masakra.

niedziela, wrzesień 16, 2007

:-/

- jadłaś?
- Nie jadłam...
- No to ja też nie będę....

Czyli nie jemy po 19. Tragifarsa. Stanęłam dwa dni temu na wadze, po czasie rozpasania, nie umiarkowania w jedzeniu, czekolady u Bliklego i hektolitrów piwa, które jak wiadomo ma tyle kalorii co schabowy. A ja zawsze wybieram piwo. No i okazało się, że ważę 2 kg więcej, niż wynosi mój ideał. Dwa głupie worki mąki. A że ja głupsza niż pudel, to wpadłam w deprechę i postanowiłam odstawić słodycze, ograniczyć węglowodany oraz nie jeść po 19. Mama się trochę przyłącza, więc jak dwie głupie pilnujemy się nawzajem. Wczoraj ofuknęła mnie za dotknięcie paczki herbatników, a ja, o czasy!, podwinęłam ogon i schowałam ciastka.
Beznadzieja. A na dodatek ambicja mi nie pozwala na zrobienie sobie kanapki TERAZ, mimo, że ostatni posiłek jadłam o 17, potem się zaczytałam, zagapiłam i czas minął. Głodna jestem i wściekła, ale nie, uparło się babsko i nie je.
A najgorsze jest to, że ja wcale nie potrzebuję się odchudzać, zamęczać, liczyć kalorii itd. Ale będąc pulchnym dzieckiem i pulchną potem nastolatką cały czas czuję się pulchną i ociężałą. I cóż z tego, że moje BMI wynosi 19, że to jest kurna dolna granica normy. I cóż z tego, że mieszczę się w haendemowe dżinsy 28/30. Ale przecież przybyło mi na wadze, co nie?
A potem, jak już dojdę do tych 52 kilogramów, a odzyskam je!, znowu będę kupowała sobie kamyki, czekoladę u Bliklego, będę jadła wafle ryżowe paczka na raz i kajzerki z nutellą. No bo przecież grunt, to czuć się dobrze, cieszyć się jedzeniem i sobą...
Ale najpierw muszę trochę pożyć na rzodkiewce.
A Luby z błyskiem w oku opowiada, jak mu się podobają modelki z reklam Dove.


ekstaza w Pałacu Starej Książki

To ci było przeżycie.
Odstałam swoje w kolejce podobnych mi bibliofilów i po 45 minutach oraz uiszczeniu opłaty weszłam do antykwariatu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że takie przeżycie warte jest każdych pieniędzy. Korytarze, regały, zakamarki, ślepe zaułki – pełne książek, powietrze o tym specyficznym zapachu starego papieru. Książki, książki, książki... Weszłam w ten labirynt i przypomniała mi się borgesowska Biblioteka Babel. Przez chwilę widziałam tylko rzędy książek nie widząc napisów na grzbietach, nie odróżniając liter. Stanęłam w tłumie i dopiero po jakimś czasie mogłam zacząć poszukiwania.
Nie wiem, ile warte są książki które wyniosłam. Nie wiem, czy dokonałam najlepszych wyborów. Książki były już trochę przebrane, pomieszane. Nie mogłam połapać się w plątaninie korytarzy, gubiłam się. Ale mam Budrewicza i Samozwaniec, mam kilka wydań Literatury na Świecie i słownik wyrazów bliskoznacznych. Mam historię literatury skandynawskiej i podręcznik do hebrajskiego po francusku. Mam Kacenelsona i Bunina. Alejchema i Szekspira. Mam kilka winyli i Korczaka.
Jedyne czego nie mam, to miejsca na książki.
W poniedziałek kupię sobie półki, a we wtorek pójdę tam raz jeszcze.

Et hop!

sobota, wrzesień 15, 2007

dynia słodka jest

Makaron z sosem z dyni. Bardzo smaczne. Bardzo.
Napisałam właśnie dwa teksty. Teraz szukam jakiegoś niezwykle wymyślnego pseudonimu. Takiego, pod którym nikt mnie nie rozpozna.

W piątek w spacerze towarzyszył nam W. Zabrał ze sobą Jawę, chcąc zrobić przyjemność Młodemu. A potem wtargał ją na Wielką Górę, Młody wepchał wózek, a ja rozglądałam się wkoło i tęskniłam za Lubym. W. miał na sobie skórzaną kurtkę. W Polsce są takie trzy. Jego, jego siostry i Lubego. A ja strasznie, strasznie tęskniłam.
I tęsknię.

piątek, wrzesień 14, 2007

praca praca

Siedzę nad kartką papieru i nie wiem, co pisać. Muszę napisać tekst do pracy. Po dwóch miesiącach zadzwoniła spanikowana pani, zachwycona poprzednimi tekstami, ona chce ze mną koniecznie współpracować, nastąpiła pomyłka, nikt się ze mną nie skontaktował, ona chce to naprawić!
No to naprawiła, a ja siedzę i myślę.

Jeszcze dwa tygodnie wakacji. Planowany wypad pod miasto, rodzinny. Planowany na za miesiąc wyjazd do Berlina, na koncert. Jeśli będą pieniądze. Tym gorliwiej usiłuję wykrzesać z siebie jakieś sensowne zdania.

A w niedzielę idę polować. Na ksiażki. Planuję wielkie łowy, czuję głód nowych książek!

środa, wrzesień 12, 2007

5768

poniedziałek, wrzesień 10, 2007

Łódź Martwa





Etykiety:

Łódź Żywa



Etykiety:

Łódź Fabryczna



Księży Młyn



Etykiety:

niedziela, wrzesień 09, 2007

ziemia obiecana

Kotek, Zachodni - powiedział Luby podnosząc się. Otworzyłam oczy, poczułam, że cała zdrętwiałam. Nasza podróż dobiegła końca.

___

Łódź. Pod powiekami ciągle mam obrazy, w pamięci zapachy i dźwięki.
Przyjechaliśmy przed południem w piątek, wróciliśmy w nocy z soboty na niedzielę.
Widzieliśmy całkiem sporo, zrobiliśmy ładne parę kilometrów, ale wrócimy tam, wrócimy na pewno.

Zaczęliśmy od cmentarza żydowskiego na Brackiej. Niby podobny do warszawskiego, ale jednak inny. Widać wyraźnie, że inna była społeczność łódzka. Więcej ‘nowoczesnych’ macew. Więcej polskiego, czasami rosyjski. Gigantyczne mauzoleum Poznańskiego, wzruszające mogiłki dzieci. Bliżej bramy dorodna grusza, wygrzewające się w słońcu kotki.
Zamknięto nas na cmentarzu, ale szczęśliwie odnalazł się stróż i z uśmiechem otworzył bramę. A my ruszyliśmy dalej.
Spacer po części Bałut, jajka sprzedawane na mendle, gofry z bitą śmietaną, gwiazdy Dawida malowane na murach.
W Polsce żeby obrazić kibiców przeciwnej drużyny mówi się np. Widzew – żydzew. A w Holandii wyzywają się od nazioli. Poland – Holland, daleko jednym do drugich...

Z zachwytem zwiedziliśmy Księży Młyn. Iście pozytywistyczne założenie – osiedle dla robotników, szkoła i szpital z jednej strony ulicy, z drugiej ogromna przędzalnia, a obok tego wspaniała rezydencja fabrykanta. Zwiedziliśmy prawie całość, weszliśmy do willi Herbsta. Zrobiliśmy całą masę zdjęć, mam nadzieję, że udało nam się przynajmniej na kilku uchwycić atmosferę tego miejsca...

Spacerowaliśmy potem uliczkami, zaglądaliśmy w podwórka. Udało nam się odnaleźć synagogę na ul. Rewolucji 1905, zamkniętą tego dnia. Ja wspięłam się na parapet, wyższy ode mnie o 20 cm Luby zaglądał z łatwością przez kraty. Za nami, na podwórku, ścigały się na rowerach dzieciaki, ujadał pies, suszyło się pranie.
Synagoga przetrwała wojnę dlatego, że zrobiono z niej skład soli....

A potem wydarzyło się najważniejsze.
Weszliśmy w kolejną już bramę, spojrzałam na framugę drzwi na klatkę schodową i serce się we mnie zatrzymało na chwilę. Wyblakły, ale istniejący ślad po mezuzie. Przypadłam do niego, dotknęłam delikatnie bojąc się, że go zniszczę, że popękana farba odpadnie zupełnie i ten ostatni znak tego, kto mieszkał w tym domu zniknie.
Zaczęło lekko mżyć, a ja drżałam na całym ciele, łzy cisnęły mi się do oczu. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego wzruszenia. Nie czułam się tak nawet dotykając Kotelu.
W sam środek Szabatu, w samym sercu miasta, kiedy chodziłam w dżinsach, w trampkach i z plecakiem, za rękę z Ukochanym, poczułam swoją duszę.

I z całej tej wycieczki to było najpiękniejsze i najważniejsze.

Etykiety:

środa, wrzesień 05, 2007

pada!

Dżem z jabłek i kiwi, obłędny ma kolor, pesteczkami kiwi poprzetykany.
Oglądam plan Łodzi. Odnalazłam cmentarz żydowski. Mam nadzieję, że uda nam się tam dotrzeć. Jestem spragniona wszelkich judaików.
Zatapiam palce w cudownej brodzie Ukochanego i myślę sobie, i mówię do Boga aleś to wymyślił mądrze!
Świetlicki porzucony. Za bardzo lubię jego wiersze i teksty piosenek, żeby znielubić go za prozę. Teraz coś, dla odmiany, o Żydach.

HP vs 12

Poszłam wczoraj do kina na ostatni seans. Poszłam nie dość, że sama, to jeszcze na Harry’ego Pottera. Objadłam się migdałami w czekoladzie do nieprzytomności, opiłam kawą i calutki film uśmiechałam się do siebie. Oczywiście, ekranizacja gorsza od książki ( „HP i Zakon Feniksa” jest ekstra!), ale i tak klimat fajny, ładnie wszystko wygląda i tajemniczo.
No i naprawdę, naprawdę było mi super.

A potem przestało.

__

Po „Pizzeria Kamikadze” Kereta (świetne!) zaczęłam „Dwanaście” Świetlickiego. Bardzo mnie to nie przekonuje, nie wciąga i nie interesuje. Chyba zarzucę tę lekturę.

poniedziałek, wrzesień 03, 2007

siouxsie and the banshees

Ledwo zmieniłam radio, a pomyślałam o Siouxsie. I po dwóch miesiącach przerwy włączyłam „Israel”.
Jedną z moich cech jest to, że mój organizm reaguje na muzykę.
A przy tym robi mi się na zmianę zimno i gorąco. Uwielbiam ją, uwielbiam.




Etykiety:

japanese erotic soundtrack*

Mój niewieści organizm dziś się zbuntował, zimno, nieprzytomnie, mdło. Gorąca herbata i już ani grosza na Legię, a o zawartości praskiej lodówki staram się nie myśleć.
W piątek jedziemy, najprawdopodobniej, do Łodzi. Nigdy tam nie byłam, to brzmi jak żart, ja córa Tuwima, ale dopiero teraz poznam to miasto. Ja, zakochana w „Ziemi obiecanej”! Będziemy spać na podłodze w mieszkaniu Młodego i mojej siostry ciotecznej, prawdopodobnie do tego czasu znów zacznę ciepło myśleć o piciu wina nad rzeką. Gorzej, że w Łodzi rzeki nie ma.

Zmieniłam radio na jazz. Miles Davis, Sonny Rollins i John Coltrane – to oni mi teraz grają.


Pół roku temu w necie zamieściłam ogłoszenie, wczoraj były dwa telefony. Modlę się, żeby tylko jedna osoba się zdecydowała na to, żebym została belfrem...


___

* Zgraliśmy takie coś od M. i S. Nudne jak flaki z olejem. Pani jedna mówi po japońsku i wzdycha, ale całość brzmi mało erotic. Muzyka w tle jest usypiająca. Dziwni ci Japończycy.

niedziela, wrzesień 02, 2007

zoo. czuli zuu

Ten po lewej jest mój pierworodny. A ten po prawej to jego kumpel najlepszy.



Nawet jedząc gofry prowadzimy dyskusje na zaawansowane intelektualnie tematy.




Najlepszy fighter na dzielnicy.



szana

rok temu napisałam:

Spotkanie u Malwy wspaniałe. Szymek jednak istnieje. Teraz czekamy, aż swiat ujrzy Suri Cruise.No i niestety, mam zdecydowanie większe trudnosci z nauką do poniedziałkowej poprawki niż przed spotkaniem. Oczy pewnego pana...Ach.

Teraz będę czekała jak głupia na telefon ;)

____

Stanął w drzwiach, dokładnie rok po tym, jak się poznaliśmy. Chyba się zmienił, zmężniał, wydoroślał. A ja ciągle patrzę na niego z zachwytem, ciągle chcę czerpać garściami z jego optymizmu, sposobu w jaki patrzy na świat, bezpretensjonalności, spokoju.

Właśnie zakończył się nasz rodzinny weekend, tak długo na niego czekaliśmy.
Jestem zmęczona, okropnie zmęczona, ale chciałabym jeszcze i jeszcze.

Impreza, wieczór i noc w czasie których wszystko robiliśmy z rozmachem, bez opamiętania, cały czas mówiąc do siebie, ciągle, potok słów nieprzebrany. Niefrasobliwie i nonszalancko mieszaliśmy alkohole, wymienialiśmy pomysły, pocałunki, uśmiechy.
Rano pozbieraliśmy się, bladzi i wymęczeni, ruszyliśmy z Małym w świat. Drugiego dnia znów wycieczka, tym razem zoo. Luby nosił Małego na barana, ja chodziłam za rękę z malutkim A., jedliśmy gofry, wystawialiśmy twarze do słońca, bawiliśmy się.

Mnóstwo emocji, mnóstwo miłości, siniaki i malutki krwiak pod okiem, pomysły nowe i zaskakujące – chociaż najbardziej zaskakujące i zachwycające jest to, że nie musimy mówić sobie niczego, bo czytamy w swoich myślach. Zaczynam zdanie, on je kończy, śmiejemy się z siebie i do siebie, trafił swój na swego.