środa, październik 31, 2007

the scream

1. Na Okęciu z głośników słychać „Voyage, voyage”, a mnie się chce głośno śmiać. Trochę się niepokoję, dawno nie leciałam samolotem, ale co tam, emocje biorą górę. Lot do Brukseli z przesiadką w Zurychu, fajnie jest. W drodze powrotnej potykam się o siatki pełne czekoladek, pralinek i ciastek. Belgia i Szwajcaria, wiadomo co to oznacza dla chocolate addict!

2. Antwerpia fajna. Miasto niewielkie, wiele ulic jednokierunkowych, co znacznie utrudnia jazdę samochodem. Szczególnie w nocy, bez mapy, przy fatalnym oznakowaniu ulic, na Starym Mieście i bez znajomości niderlandzkiego. Ale dajemy radę. Za dnia też jest ekstra, bruk, wąskie uliczki, kamień, katedry, doki, czekoladki, Stella Artois i gouda. Ekstra sklepy z płytami, gdyby tam wpuścić mojego Ukochanego z pełnym portfelem, to takie zakupy mogłyby zakończyć się rozwodem albo przynajmniej długotrwałą separacją. Ale Siglo XX ( zespół belgijski!) ani Lene Levich nie mają, na pocieszenie kupuję sobie Siouxsie and the Banshees The Scream z bonusami.

3. Praca głównie w dzielnicy żydowskiej. Na ulicach chasydzi, kobiety w perukach pchające wózki, rozglądam się i oczom nie wierzę, samolot wylądował w Mea Szearim? Koszerne piekarnie, rzeźnicy, księgarnie żydowskie, a w jednej z licznych koszernych restauracji falafel sprzedaje niereligijny Izraelczyk. Rozmawiam głównie po hebrajsku. W pracy angielski i francuski, ale zdarzyło mi się kilka razy pomagać hebrajskim właśnie, cuda cuda. Pełen zachwyt.

4. W drodze powrotnej trochę napięcia, oczywiście. Tata wypytuje o plany i widzę, że wierci się z niezadowolenia na wieść, że nie obejmują one ślubu w kościele. a dla rodziny? Pyta. Tłumaczę, że nie mam zamiaru robić sobie z Boga żartów i żadnego przedstawienia w kościele robić nie będę. Przyznaje mi rację, ale potem zaczyna mówić rzeczy przy których żałuję, że nie mogę wysiąść z samolotu.

Dopóki mieszkasz w domu, Franek będzie zabierany do kościoła przez dziadków, bez względu na moje zdanie do momentu, kiedy on sam nie zaprotestuje. A jeśli po mojej wyprowadzce będę odsuwała go od kościoła (albo raczej Kościoła) to Franek straci dziadków.


Słucham i jest mi zimno.

Etykiety:

niedziela, październik 28, 2007

שלום בית

Za godzinę jedziemy na lotnisko. Ale mam jeszcze chwilę na kilka refleksji. Temat na dziś to szalom bajs, żydowska zasada utrzymywania harmonii i pokoju w rodzinie, między małżonkami. Szalom bajs to nakaz – przypomnienie o tym, że należy się szanować, dbać nawzajem o swoje dobre samopoczucie, szukać pokojowych rozwiązań w konfliktach.


Tak więc myśląc o szalom bajs zaniechałam wszelkich praktyk religijnych (aż zapomniałam o nich) wiedząc, że zburzyłyby spokój mojej katolickiej rodziny. Nie chciałam generować konfliktów więc nie chodzę do synagogi nawet w święta. Moja religijność jest mocno wewnętrzna i jedyny mój ‘wyskok’ to nie ochrzczenie syna. Kłuje ich to w oczy, ale nie walczą. Byłam im wdzięczna za to, że okazują szacunek moim wyborom, że nie podważają mojego autorytetu jako matki. Że też utrzymują szalom bajs. Aż do dziś.

Powiedział do mojego syna „pierwszy raz będziesz u bozi, wiesz?” i zabrał go do kościoła. Nie pytając mnie o zdanie, w ogóle zachowując się jakbym nie istniała, a mój syn był biedną sierotką. I ta biedna sierotka jest teraz na mszy dla dzieci, pewno nawet dobrze się bawi, ale czy rozumie, że pierwszy raz jest u bozi, tak jak powiedział Dziadek? Bo widocznie bozia Dziadka ma mały zasięg i trzeba do niej chodzić. Mój Bóg jest wszędzie i wszędzie odbieram Go tak samo mocno. I wiem, że mój syn tak samo. Bo często opowiadam mu o Bogu, o tym, że go kocha i że się nim opiekuje. I jest mi teraz bardzo, bardzo smutno za to, jak mnie potraktowano.
Ale nic nie mówię.
(no jak bym śmiała, przecież utrzymują mnie i dziecko, pozwalają na studia, a że ja jestem trochę nienormalna to przecież wiemy nie od dziś, ale my uchronimy przed tobą twoje dziecko i wychowamy je po swojemu)

sobota, październik 27, 2007

voyage voyage!

Oczy doszły już do siebie, teraz dostałam antybiotyk na gardło. (ból uniemożliwiający sen, jedzenie, przełykanie, myślenie...). Nieśpiesznie wyjmuję ubrania z szafy, jutro o tej porze będę już w Belgii. Pan de Wit potwierdził rezerwację, bilety już dawno naszykowane. A ja popijam kawę i wydaje mi się, że zaraz przyjdzie Luby, że jutro wybierzemy się w trójkę na spacer, że będziemy zbierać kasztany. Co z tego, że za kilka dni się zobaczymy – ten dystans jaki nas będzie dzielił, świadomość, że nie mogę w ciągu 40 minut dotrzeć prosto w jego mocne ramiona sprawia, że już tęsknię, że ta tęsknota jest wręcz irracjonalnie silna.

Nie mam reisefieber, zapomniałam kupić film do aparatu ( który biorę, oczywiście), słucham muzyki. Lene Lovich mi śpiewa, szalona kobieta. Nie rusza mnie Billie Holiday, nie rusza Ella Fitzgerald. Te damy mnie nieco nudzą. Ale szalona Siouxsie Sioux, czarowna Lene Lovich i chyba wymyślona (bo coś takiego nie może być prawdą!) Nina Hagen – kręcą mnie.


piątek, październik 26, 2007

רעיה הרניק

Kolejny wiersz. Spodobał mi się tak bardzo, że ośmieliłam się go przetłumaczyć. Autorka napisała go w czasie wojny w ’70 roku. Opublikowała po śmierci swojego syna w Libanie.
(zamieszczam w oryginale tylko pierwszą część, tłumaczenie jest całości)



אני לא אקריב
בכורי לעולה.
לא אני.

בַּלֵילוֹת אלוהים ואני
עורכים חשבונות
מה מגיע למי.

אני יודעת ומכירה
תודה.
אבל לא את בני
ולא
לעולה.


___

1.

Nie przyniosę
Swego pierworodnego na ofiarę
Nie ja.

Nocami Bóg i ja
Obliczamy
Co komu przysługuje.

Wiem i jestem wdzięczna
Dzięki Ci.
Ale nie mój syn
Nie na ofiarę.

2.

Już nie 1942
Już nie Treblinka
Nie jak owce wiedzione na rzeź
Teraz dumnie
Teraz jak w Masadzie
Teraz, jak owce na ofiarowanie.

3.

Bóg
Buduje w swym miłosierdziu
Jerozolimę.
( każdego dnia po posiłku)
I każdy kamień, który zbudował
w swym miłosierdziu
w Jerozolimie
nasiąknięty jest krwią i łzami.
Ofiaruję Bogu
W jego miłosierdziu
Jerozolimę
I wezmę
Swego syna
W zamian.

Etykiety:

środa, październik 24, 2007

ta zabawa nie jest dla dziewczynek

Przez tydzień będę okularnicą i trochę jest to dla mnie przykre. Ale jednocześnie jest to element kuracji jakiej poddane są moje oczy. Teraz załzawione, czerwone i zaropiałe, paskudne po prostu – a biorąc pod uwagę to, że uważam je za jedyną naprawdę ładną część siebie (no oczy mam bez zarzutu, nie zaprzeczę, Mistrz Kung Fu mi kiedyś powiedział jaram się nimi, a to na pewno znaczy coś dobrego ) cała ta sytuacja sprawia, że zamieniłam się w brzydkie kaczątko. Chodzę skrajem ulicy i ogólnie marnie się czuję. No, ale podobno już za trzy dni moje oczęta mają odzyskać swój zwykły blask, a za tydzień znów założę soczewki i nikt nie będzie wiedział, że bez nich mogę nie trafić lejąc wodę z czajnika do kubka.

Kupiłam sobie książki dwie. „Państwo żydowskie” Teodora Herzla oraz „Tryumf śmierci. Antropologia żałoby” di Nola. Pierwsza książka to podstawowy podręcznik do przedmiotu „Historia syjonizmu i Izraela”, wiadomo. Syjonizmem nigdy specjalnie się nie interesowałam, ale wykłady okazały się naprawdę ciekawe. No cóż, w końcu prowadzi je nasz cudowny dr Tomal. Wstaję więc dzielnie i przybywam na 8 rano, żeby dowiedzieć się, że na przykład w latach ’20 XX wieku powstawały w Erec Israel prywatne fabryki, będące głównymi źródłami dochodu całego jiszuwu ( od ‘j-sz-w’ siedzieć, osiadać, mieszkać – czyli osadnictwo żydowskie sprzed powstania Państwa Izrael). Zawsze wydawało mi się, że głównym filarem była praca kolektywna, kibuce itd. A tu proszę. Prywatne fabryki!
Druga książka jest nabytkiem wynikającym z moich ostatnich przemyśleń na temat śmierci i żałoby. Po tej kolacji – stypie po pogrzebie Wujka dużo myślałam o całej tej obrzędowości. Wspominałam czuwanie przy otwartej trumnie mojej prawosławnej Prababci. Cała rodzina siedziała z nią w jednym pokoju, jedliśmy, rozmawialiśmy. Każdy też żegnał się z Nią całując jej zimną, bielutką dłoń. Malutką byłam wtedy dziewczynką, może czteroletnią, ale pamiętam to doskonale. Naprawdę piękne pożegnanie ukochanego członka rodziny.
Tak więc poczytam teraz trochę o tym, jak wygląda żałoba, opłakiwanie i wszelkie te sprawy związane ze śmiercią w różnych tradycjach, religiach i kulturach. Poczytam jak tylko znajdę czas.
Bo teraz czytam tekst na seminarium licencjackie nt Akedy (ofiarowania Icchaka) oraz jej odbicia w literaturze i poezji izraelskiej. Przeczytałam dziś około dwudziestu izraelskich wierszy dotyczących tej historii, bezpośrednio bądź przez nawiązanie. Niesamowite, że tyle się o tym pisze. Ale z drugiej strony – Akeda jest sama w sobie czymś niezwykłym.

A czy ktoś pisze o córce Jeftego? Jej ojciec dopełnił przysięgi i zabił ją. Bóg nie zesłał anioła i nie uratowano jej, tak jak to stało się w przypadku Icchaka...

wtorek, październik 23, 2007

haolam katan czyli świat jest mały

Bardzo dużo kawy, sympatyczne rozmowy z kelnerem po hebrajsku ( okazał się być kolegą Lubego, haolam katan!), stuk stuk w klawiaturę. Dzień nad wyraz pożyteczny. Jeszcze kilka godzin potrwa.

Małe zachciewajki.
Na przykład, żeby mnie oko nie bolało i żeby nie okazało się to zapaleniem spojówki.
Albo, żebym nie czuła, że wyjazd zakończy się awanturą lub chociaż małą kłótnią, taką jakie sobie z Tatą urządzamy raz na jakiś czas. (wtedy, kiedy ja tracę cierpliwość i zaczynam mu odpowiadać, bo ostatnio na przykład się zamknęłam i nie skomentowałam jego uwagi, po odejściu od urny wyborczej, że ty jesteś znana w tej rodzinie z podejmowania złych decyzji i myślałam, że komuś strzelę, bo kurwa mać niech przestanie wypominać mi moją przeszłość i czy to, że nie usunęłam ciąży jak mi radził to też zła decyzja? )

poniedziałek, październik 22, 2007

antwerpen

Po spotkaniu z M., bardzo miłym, pełnym śmiechu i wspomnień, wracałam do domu z myślą, że jakie to szczęście, że trafiłam na Ukochanego. Patrzę na innych mężczyzn, swoich byłych albo i nie, i zachodzę w głowę jak to możliwe, żeby coś nas połączyło. Patrzę na Ukochanego i wydaje mi się to takie naturalne.

__

Szukam przepisu na pasztet sojowy. Co prawda kiedyś obiecałam sobie, że nigdy go nie zrobię, ale jeśli mam ochotę na pasztet, to przecież tylko taki wchodzi w grę. (Bo ten Drosedu drobiowy jest paskudny.) A ochotę mam. Wyrzucam więc z głowy myśli głupie i nie zastanawiam się z jakiego przepisu korzystała ona i co zrobić, żeby mój był lepszy.

Konkurs sobie, kurna, wymyśliłam.

(ale odkąd powiedział, że ona ciągle i wszystko gotowała, poczułam, że o nie, będę w tym lepsza! I robię te dżemy których mi się nie chce jeść, wypiekam musli, które po pierwszym razie mi się znudziło, zaczytuję się w książkach kucharskich. Ale przynajmniej wiem, że przy czulencie mnie nie przebije, bo jest wegetarianką. I dobrze jej tak. Chudej małpiatce.)

jesień mnie dopadła na dobre

Zrobiłam sobie syrop z cebuli, w połączeniu z kanapkami z czosnkiem jest to niezła broń, a biorąc pod uwagę fakt, że wieczorem spotykam się z byłym – Ukochany może być więcej niż spokojny.
Pan doktor przypisał mi tabletki w kształcie serduszek. Czułam się nieco niepoważnie przyjmując pierwszą, ale to jednak nie są byle jakie tabletki. Cały dzień ledwo stoję i kręci mi się w głowie, realizuję dokładny scenariusz z ‘łagodnych skutków ubocznych’ odczuwanych w pierwszym okresie zażywania tego leku.

__

z dialogów postkoitalnych

- no i jak się miewa mój ulubiony penis?
- zmęczony ale szczęśliwy!

niedziela, październik 21, 2007

raport

Spotkanie w Kulturalnej...hmm...Mieszane uczucia. Dużo dymu, trochę znajomych, nastrój intelektualnego lansu. Wydawało mi się, że przyszliśmy dla Kereta, ale zostaliśmy na całym spotkaniu dla Jossiego Avniego. Prowadzący nie spisali się najlepiej. Większość zadawanych pytań była oględnie mówiąc niemądra. Tak naprawdę nie umiem powiedzieć, co prowadzący chcieli osiągnąć.
No, ale Keret okazał się zabawny nie tylko na piśmie (z wyglądu trochę jak Tymański, gruby i loczkowany ;) ), a Avni fajny, błyskotliwy, otwarty. O Judit Katzir się nie wypowiem, bo tak naprawdę nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

___

Śmiejemy się z Ukochanym, że Mały będzie bardzo samodzielnym chłopcem, bo ma leniwą mamę. W Kalimbie siedzieliśmy na kawie, a on zachciał kabla gumowego. Mamulce nie chciało się ruszać tyłka z krzesła, więc dała dziecinie monetę oraz szczegółowo poinstruowała. Pójdziesz do pani za ladę, podasz jej pieniążek i pokażesz co chcesz, a potem przyniesiesz mamie pieniądze, które da ci pani. Mały plan wykonał prawie idealnie, ponieważ musieliśmy podpowiadać pani, że chcemy tylko jednego kabla. Mały przyjąłby tyle, ile by dostał ;)

__

Weekend. Ach. Cudownie było budzić się w nocy, z gorąca, by po jednej stronie zobaczyć uśmiechającego się przez sen Małego, a po drugiej spokojnego, emanującego ciepłem Ukochanego. Całowałam ich śpiące twarze i myślałam o tym, jak mi z nimi dobrze.
Cóż z tego, że rano, kiedy bardzo się spieszyliśmy, niemalże udusiłam ze złości obydwu, jednego za mazgajstwo, a drugiego za udawanie, że wcale zaraz nie musimy wychodzić, jeszcze sobie poleżę. Cóż z tego. To też było fajne. Podenerwować się na nich, a potem biec przez zasypane złotymi liśćmi alejki, patrzeć jak miesza się para wychodząca z naszych ust.
I tak czuję fajnie tę naszą nową rodzinę. Nową, jeszcze nieokrzepłą, jeszcze nieśmiałą, nieuporządkowaną. Ale, czujemy to wszyscy, ona jest.

Etykiety:

.mood for love.



Było bardziej i więcej, niż na tym zdjęciu. Bardziej i więcej o Niego.

piątek, październik 19, 2007

ola chola

Plany weekendowe wielce obiecujące, dlatego teraz aspiryna, witamina ce, rutinoscorbin, miód i czosnek. Sięgam po broń ciężkiego kalibru – połączenie medycyny ludowej z nowoczesną.
Muszę być zdrowa i pełna sił.
( a poza tym muszę być na tyle sprawna intelektualnie, by napisać po hebrajsku wypracowanie o postsyjonizmie, dalej nie wiem co to jest, przeczytać esej o Akedzie i kilka innych rzeczy, w trzech językach )
( do kupienia, poza butami i spodniami, nowe tłumaczenie „Michael szeli” Amosa Oza, znów spotkam się z Chaną Gonen tak bliską) (a w Antwerpen Siglo XX może znajdę?)
( i jeszcze „Mocą przepasały swe biodra” Belli Szwarcman – Czarnoty bym chciała. I jeszcze kilka rzeczy)
(zdrowieć muszę, bo kiedy nie jestem zdrowa, to nie piszę. A nie piszę to nie zarabiam)
(nie zarabiam - nie kupuję)

(zakupy zakupy ksiażki książki książki...)

środa, październik 17, 2007

kawał chłopa nagle mi się objawił

Niedługo będzie słodko sobie lulał. A jak lula, to nie widać, jaki z niego fajny chłopak jest. Wszystko, co mnie męczy, co mi psuje nastrój – przy nim zupełnie znika. Nie myślę o niczym kiedy on się śmieje. Niemożliwe poczucie humoru ma – nie wiedziałam, że dwu i pół letni chłopiec może mieć takie poczucie humoru! A on nic tylko ciągle się zgrywa, chichocze, mruży oczka.
Znalazł mikrofon w szafce wujka, wyciągnął go i śpiewał. Stał na środku pokoju i śpiewał. Potem przytargał gitarę, defila, którego znalazł Aba, i zaczął grać. Grał, śpiewał, śmiał się. To dziecko jest już skazane na muzykę. I literaturę. Po takich rodzicach nie może być inaczej żartujemy często z Lubym.

___

Jutro spotkanie z Keretem, między innymi, w Cafe Kulturalna.
A dziś jestem chora. Różne mam dolegliwości, zaczęło się od wczorajszego płakania w słuchawkę. Mój dzielny Ukochany, znosił to z godnością.
Na katar zawsze dobrze mi robił seks.
Seksu mi się chce.

anarchia!

Zmęczona, zrezygnowana, smutna, smutna, smutna...

Rozpadam się na myśl, o tym, że jedyne co mogę tak naprawdę, to myśleć.
Sama decyduję o czym i kiedy myślę. Całe przestrzenie wolności – myśli!

I tylko to.

(Oparł głowę na moich kolanach, ja z okularami na nosie i mokrymi włosami kreśliłam ołówkiem słowa po hebrajsku, czytałam szeptem. Był tak blisko, bliziutko. Nie musieliśmy nic mówić i na krótko udało mi się zapomnieć, że to tylko moment, to tylko kilka chwil. Że za chwilę pocałuje mnie na pożegnanie.)

Udaję się na imigrację wewnętrzną.
________

Słucham Dezertera


Anarchia w samym środku mojej głowy
Mój mózg pracuje niezależnie
I nikt mi nie może zakazać myślenia
Anarchia w głowie to początek wyzwolenia.

poniedziałek, październik 15, 2007

di goldene pave

Mój organizm strajkuje, moje hormony szaleją. Może to dlatego, że znowu czuję się jak zakochana nastolatka?
Dostałam okres na pięć dni przed terminem, co przy braniu pigułek jest nieco niepokojące. W związku z tym patrzę w lustro i widzę, że jestem dramatycznie brzydka i tragicznie gruba. W kąpieli dotykam palcem wewnętrznej strony uda i cofam go z obrzydzeniem. Postanawiam przestać jeść pieczywo. Przestać przyjmować węglowodany w drugiej połowie dnia. Pić do kawy odtłuszczone mleko i zrezygnować ze słodyczy.
Czuję się ze sobą tragicznie, chociaż gdzieś z tyłu głowy telepie mi się myśl, że to wina hormonów, że to jest bezpodstawne, że wcale nie jestem gruba i mogę jeść te bezy, co tak kusząco wyglądają i pachną stojąc na stole.

A potem otwieram konto na goldenline.pl i czytam wiadomość zawierającą numer telefonu i stwierdzenie „boska jesteś!”. Uśmiecham się do siebie, do zdjęcia swojego sprzed roku (z imprezy na której poznałam Ukochanego!), uśmiecham się do swojego wypukłego, miękkiego brzuszka, o którym On mówi, że tak bardzo go lubi, a potem odpisuję, że przykro mi bardzo, ale nie pójdę z tobą na kawę, mąż i dziecko wystarczająco mnie absorbują.
I zachwycają. Tacy są cudowni. I przecież mogę pić normalne mleko do kawy, bo nie przestaną mnie kochać, jeśli przytyję.


Czytałam Małemu na dobranoc bajkę o Józefie. Co jakiś czas zadawałam mu pytania, na przykład „pokaż płaszcz Józefa”, „a gdzie jest owieczka i jej mama?”. A kiedy zapytałam „gdzie są snopki”, po przeczytaniu o pierwszym spośród józefowych snów, Mały pokazał je na obrazku. Dopiero potem zastanowiłam się – skąd on to wiedział? Przecież nigdy wcześniej nie było mowy o snopkach. Nie ma tego w innych książeczkach! I oczywiście mało nie pękłam z dumy, my little genius, urodzony tego samego dnia co Einstein :)

sobota, październik 13, 2007

boom pam słucham

Zwrot ku muzyce nieco bardziej pozytywnej.
Bo może jutro, może jutro wieczorem...kto wie? Nic nie mówię, nie chcę kusić losu!

אני הכפתור ואת הפרח
חתן וכלה
אני השער ולך המפתח
חתול וחתולה

Jestem guzikiem, a ty jesteś kwiatem
Pan młody i młoda panna.
Jestem bramą, a ty masz do niej klucz
Kot i kotka...


piątek, październik 12, 2007

osioń czyli osioł, nowe słowo Małego

M. nagrywa Smithsów na dvd, tak wiec odkładam koncert na bok; obejrzymy go razem, później, razem, tak jak chcieliśmy.
Popijam grzańca z żółtkiem i przyprawami, pyszny, słodki, oblepia mi usta. Samotnie tę słodycz zlizuję z warg.

„Flowers of Romance” ciąg dalszy. Hipnotyzuje mnie ta płyta.
Ale zamglenie, zaćmienie, zaczarowanie przydarzyło się kilka chwil temu wcześniej.
Uśpiłam Malutkiego, obcałowałam jego twarzyczkę najczystszą, najpiękniejszą, najmilszą, i sięgnęłam po sidur. Tak dawno tego nie robiłam. Dotknęłam go, przerzucałam strony. Znalazłam maariw leSzabat. Znalazłam Szmone Esre. I zmówiłam. Tę modlitwę modlitw.
I tak mi było dobrze, tak spokojnie, tak inaczej.
To jest bardzo cenne. Bardzo.
To należy do mnie.

jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora....

No więc mój plan na wieczór wygląda następująco: 5 gr na Legię i koncert The Smith’s w TVP Kultura.
Jutro wieczorem będę się uczyć. A pojutrze po południu idę na kawę z jedynym chłopakiem na świecie, który mnie zostawił (bezczelny!), ale to było z 8 lat temu i już nie jestem obrażona. Potem też będę się uczyć, chyba, że mój Umiłowany będzie miał wolną chwilę. Ale to zależy tylko i wyłącznie od układu gwiazd na niebie, kierunku wiatru i odczynu sików najbliższego słowika.


zakwasy mam, fajnie. boli mnie nawet kiedy kroję chleb.

czwartek, październik 11, 2007

four enclosed walls

Nie umiem się zdecydować, czego chcę słuchać. Czegoś, co mnie ukoi i skieruje na bardziej pozytywne przestrzenie, czy czegoś co odpowiada mojemu nastrojowi?

Mój partner na treningu był tak mną zirytowany, że chciał mnie chyba zabić. Nie trenujemy na bosaka i na matach, tak jak kiedyś. Trenujemy na zwykłej posadzce i w butach. Jego kopnięcia bolały. Bolało też, kiedy wykręcał mi rękę i przewracał mnie na ziemię. Ale to fajny ból. Prowadzący wyjaśnił w połowie zajęć, że to w zasadzie nie ma wiele wspólnego z krav maga, to, czego się tu uczycie to street fighting. Trochę to śmiesznie brzmi, my w dresach, po rozgrzewce, wielcy fighterzy - studenciki.
Ale ja lubię się tak spocić, namachać, powtarzać w kółko sekwencję pięść – łokieć – głowa – kolano i teraz ty mnie pięścią – łokciem – głową – kolanem.

__

Wypełniłam zgłoszenie na staż. Tak sobie, a co mi szkodzi, wyślę, znaczek jest tani. Nie wierzę, żeby mnie gdziekolwiek przyjęli, ale jeśli przyjmą to będzie fajnie.

__

Imprezy nie będzie. Ukochany idzie na inną, wysyłany w delegację. Mogłabym iść z nim, ale jego akredytacja nie obejmuje osoby towarzyszącej. Mogę zapłacić za bilet wstępu, jedyne 80 zł, co to dla mnie, znanej potentatki, ale irytuje mnie myśl, że mam płacić za możliwość spędzenia wieczoru z Lubym. O łaskawy Losie, dzięki Ci za pozwolenie! Pokornie się kłaniam.
Biorąc jednak pod uwagę fakt, że najbliższy wspólny wieczór najwcześniej za tydzień – najbliższe wspólne cokolwiek! – pokombinujemy, rozmienimy kasę na drobne i pójdę. No pójdę. Nie chcę bez niego wtedy, kiedy mogę z nim.

__

zdecydowałam się, „Flowers of Romance”, Public Image Ltd.

środa, październik 10, 2007

zagrajcie mi

Słucham Kapeli ze Wsi Warszawa, z płyty „Wykorzenienie”. Słucham i słucham. Transowo, ludowo. DJ Feel-X i białe głosy.

Poza tym smutki, irytacje, senność i dużo niezadowolenia z siebie.

Dużo do zrobienia, mało czasu.
A ja ciągle nie nacieszyłam się jeszcze Nim.
I nie mam kiedy się nacieszyć. Świat nam staje w poprzek drogi.
( marzę o tej lampie, której światło będzie i dla Niego, i dla mnie. Będziemy robić każde coś innego, ale światło będzie wspólne )

poniedziałek, październik 08, 2007

...hitchaliti lilmod...

Uau! Jeden z moich tekstów dostał od czytelników maksymalną ocenę! Jeśli to zrobił jakiś mój znajomy, to mam nadzieję, że nigdy się o tym nie dowiem ;)

A poza tym szkoła, szkoła. Czytam na jutro tekst pochodzący z czasopisma „Ruch Biblijny i Liturgiczny” nt napisu w tunelu w Siloe. Jedna z bardziej odjazdowych starożytnych inskrypcji – za czasów króla Ezechiasza ( 715 – 686 r. p.n.e. ) kopano tunel w Jerozolimie, zaczynając z dwóch stron na raz. I kopali tak dzielnie, aż spotkali się w połowie drogi. A fakt ten uwiecznili na ścianie i tak powstała owa inskrypcja. Dla mnie bomba.

Idziemy na imprezę. Przebieraną, pod hasłem „ekscentryczni milionerzy”. Nie mam pojęcia jak się ubrać.

niedziela, październik 07, 2007

mood for love

Unoszę się kilka centymetrów nad ziemią.
Cudowny weekend, rodzinny, spokojny. Bez patrzenia na zegarek. ( tak lubimy najbardziej)
Patrzyłam na niego i z każdą chwilą kochałam go jeszcze bardziej. Patrzyłam, jak idzie w deszcz, późnym wieczorem do sklepu, bo Mały chciał pić kakao. Słyszałam jak śmiali się razem, sami w pokoju, układając klocki. Słuchałam jego szeptów. Oddychałam jego zapachem.

______________________

Bywało też zabawnie.

W nocy, w środku odbywania stosunków małżeńskich, Luby stwierdził, że musi iść coś zjeść. Tak ma. No i poszedł, a po kwadransie poszłam za nim, żeby mu uczynić wymówki, że zostawia mnie samą w takiej sytuacji. No bo co to jest, cholera jasna.
Weszłam więc do kuchni, mrużąc oczy od światła, i zastałam go jedzącego kanapkę z żółtym serem. No kurde. A on spojrzał na mnie poważnie i powiedział bardzo się intensywnie zastanawiam i chciałbym, żebyś mi odpowiedziała na dwa pytania, bo mnie bardzo nurtują. Pomyślałam oho poważna sprawa, może się wreszcie oświadczy i spod żółtego sera wyjmie pierścionek. A Wybranek mojego serca i właściciel lepszych nóg w tym teamie, powiedział kotku, dlaczego właściwie muzułmanie nie mogą pić alkoholu i dlaczego Arabowie nie lubią się z Żydami?



Cholerni z nas intelektualiści.
Szczęśliwie udało mi się wyciągnąć go z tej kuchni. Bardzo się nie natrudziłam ;)

Etykiety:

piątek, październik 05, 2007

simchas tojre

Śpiewam, ciągle śpiewam. Wszystko dzięki M., która powiedziała, że powinnam.
Sprawia mi to niesamowicie dużo przyjemności.
Słucham dużo muzyki. Odkurzyłam płytę Świetlików.

Skończyło się Simches Tojre, zaczął Szabes.

Zrobiłam pachnące musli z przepisu J. Płatki owsiane, wiórki kokosowe, siemię lniane, pestki słonecznika, trochę kakao, cynamon, gałka muszkatołowa i garam masala. A do tego olej i miód, słone orzeszki i rodzynki. Kiedy to wypiekałam, w domu unosił się cudowny, cudowny zapach.

„mój” portal ruszył, http://www.menforum.pl - są już trzy moje teksty, śmieję się sama z siebie. Podoba mi się ta praca, mogę udawać kogoś, kim nie jestem. Mogę pisać, a pisać w końcu kocham. I chociaż ciągle nie jest to moje pisanie takie, jak bym chciała, ale uczę się, uczę.

środa, październik 03, 2007

kadima!

spać

Co roku jest tak samo – przez pierwsze dni po szkole przychodzę i padam na łóżko. Dziś zasnęłam razem z Małym gwarantując sobie tym samym, że będzie się bawił do 23, a ja nie przygotuję tekstów na jutro. Bo szkoła ruszyła już pełną parą, dr Tomal co prawda wchodzi do sali przez okno, ale pod pachą ma plik kserówek z tekstem o postsyjonizmie, (oczywiście po hebrajsku, jesteśmy już na rama dalet...ekhm... ), cokolwiek ten termin oznacza.

Włączyłam sobie Siekierę, na dobrą naukę. Mój sekretarzyk został dziś przeniesiony z mojego pokoju do salonu. Tak więc nie będę już się uczyć przy kuchennym stole, jak przez ostatnie dwa lata, a przy nim. Trochę mi z tym dziwnie. Raz, że stały element mojego pokoju z niego zniknął i że mój pokój już w zasadzie nie jest moim, bo poza łóżkiem, szafą z ubraniami i półkami pełnymi książek nie ma tam już mnie – to bardziej pokój Małego. Dwa, że tak naprawdę, to ostatni raz uczyłam się przy tym sekretarzyku przed pierwszym wyprowadzeniem się z domu, czyli około cztery lata temu.
Porządkując szuflady znalazłam dziś w zapomnianym notesie zdjęcie grupy ludzi i dopiero po chwili wpatrywania się dostrzegłam, że odwrócona postać to ojciec Małego. W innej z szuflad leży jego nieważny dawno paszport. Trzymam go nie wiem sama po co. Chyba dla Małego, jako materialny dowód na istnienie tego człowieka. Jest jego zdjęcie, młodego, przystojnego, przestraszonego, może smutnego. (Wolę takiego ojca pokazać Małemu niż tego, którego znam.)

A Mały... Jeszcze nie śpi. Na jutro muszę przeczytać dwa teksty po hebrajsku, przygotować słownictwo, przejrzeć ćwiczenia. Uświadomiłam sobie dziś, że lekko nie będzie. Znowu przyjdzie mi wysiadywać po nocach. A wstawanie o szóstej... Może wejdzie mi w nawyk.
Jutro po zajęciach trening krav magi. Na początku studiów, po pierwszym treningu rano chcąc wstać z łóżka – spadłam. Miałam zakwasy w takich miejscach, co do których nie spodziewałam się, że są tam mięśnie. Spakowałam do torby ubrania na zmianę i ręcznik. Już nie mogę się doczekać.

wtorek, październik 02, 2007

lekcja śpiewu

O szóstej zadzwonił budzik, a ja nie wiedząc co czynię wyłączyłam go i od razu wstałam. A potem zachwiałam się i przypomniałam sobie poprzedni wieczór. Boliii....tu i ówdzie...
Za oknem było ciemno, a ja pomimo prysznica wciąż nieprzytomna tłukłam się po kuchni w poszukiwaniu czegoś, co przypomina Alka Seltzer. W końcu mamrocząc od nosem glukoza...witamina ce....glukoza.... wcisnęłam do szklanki wody pół cytryny i wsypałam łyżeczkę cukru.
Po tak krzepiącym śniadaniu, wyszłam z domu, w kolczykach i bluzce od Lubego, a spódnicy od Teściowej In Spe i pobiegłam do szkoły.
I całą drogę uśmiechałam się do siebie, sama nie wiem czy bardziej na wspomnienie wieczoru (Braciszek cudowny jak zwykle, jego dziewczyna zachwycająca, a mój Ukochany achhh ), czy na myśl o szkole, o studiach, o dziewczynach z roku za którymi stęskniłam się okrutnie.
Plan zakłada ok. 3 godzinne okienko, więc spędziłyśmy ten czas wylegując się u J., popijając kawę i dojadając śniadania. Liczę na nową świecką tradycję.
No i wciąż się uśmiecham.