czwartek, listopad 29, 2007

uuuu jaki ze mnie fighter....uuu....

Nie wiem, czy mój partner na treningu to partner świetny czy sadystyczny. Teoretycznie asekuruje mnie kiedy padam na ziemię. Teoretycznie markuje ciosy. Tłumaczy mi wszystko i już nawet przestał się na mnie złościć i patrzeć z ironicznym uśmiechem.
Ale dziś ćwiczyliśmy ścianę. Uczyłam się co zrobić, kiedy zły złoczyńca chce mnie pchnąć na ścianę, twarzą do niej, żeby potem na przykład mnie zgwałcić. (Swoją drogą mój partner wyraził wątpliwość po co ktoś chciałby mnie rzucać na ścianę i dopiero jak spojrzałam wymownie to zrozumiał.)
No więc uczyłam się tego, ale i on się uczył. Więc jak go pchnęłam na tę ścianę, złapałam go za włosy itd., to odwinął się i oczywiście jego łokieć wylądował tak, że rozcięła mi się dolna warga. Strasznie się wkurzyłam, że kurna nie będzie żaden koleś mnie tak traktował, no obudził się we mnie taki jazgoczący, gryzący po łydkach ratlerek ( bo rottweiler to ze mnie być nie może...). Efekt jest taki, że po ćwiczeniu pt walimy głową przeciwnika w ścianę, a to akurat była moja głowa, ledwo się ruszam, mam usztywniony kark, nasmarowałam się amolem i ogólnie rzecz biorąc jest marnie. Bardzo mnie boli.

Aha, no i nauczyłam się co zrobić jak ktoś będzie chciał mnie, leżącą, kopnąć w twarz.
Tego to już ja sama nie jestem sobie w stanie wyobrazić, no naprawdę nie wiem kiedy i kto by chciał to zrobić i uszkodzić moją buzię, ale jeśli będzie chciał, to znaczy, że to będzie jakiś straszny drań. Na następnych zajęciach przećwiczę przewracanie na ziemię tego domniemanego złego złoczyńcy. No i powinno być okej. Jak wiadomo, kiedy się leży nie widać różnicy wzrostu partnerów.


Reasumując. Boli mnie cholernie i nawet rozważałam odwiedziny u lekarza. Ale myślę, że wystarczy, jak mnie Motek wymasuje. A po tym treningu jestem jak nowo narodzona. Bardzo mi to dobrze robi. Bardzo.

Swoją drogą. Ktoś taki jak ja prawdopodobnie nigdy nie będzie miał okazji wykorzystać tych technik. Po pierwsze nie zapuszczam się w niebezpieczne okolice, po drugie w nocy poruszam się po mieście tylko w asyście Motka, który jak wiadomo, jest mistrzem świata wszystkiego, po trzecie noszę spódnice i pantofle, a nie dajmy na to szalik Legii/Polonii, arafatkę, dredy, znaczek jedna rasa ludzka rasa, no słowem zero prowokacji w stosunku do palantów, a po czwarte po alko nie jestem agresywna tylko w nastroju miłosnym. Czuję się absolutnie bezpieczna.
No i jak mimo wszystko jakiś zły złoczyńca będzie mi chciał zrobić kuku, to może będę już na tyle wyćwiczona, że nie spanikuję tylko dam mu w cymbał.
No. Od razu się człowiek czuje lepiej.

środa, listopad 28, 2007

balagan

Nie lubię, jak ja nie lubię siebie takiej.
To jest straszne, co się czasami ze mną dzieje. To jest straszne, że czuję się tak bardzo nieszczęśliwa i sama, czuję, że powinnam schować się w szafie i płakać, nic nikomu nie mówić, nie zawracać sobą głowy.
Rano wyłączyłam budzik, uznałam, że moje samopoczucie psychiczne jest wystarczającym powodem, by nie iść na uczelnię.
I dlatego mogłam odebrać Małego z przedszkola i to było takie niesamowite widzieć jak siedzi wśród innych dzieci i słucha jak pani czyta bajkę. I poczułam, że jest już takim dużym chłopcem. Mój synek.

Nie mogę doczekać się soboty. Znów całe dwa dni razem, w trójkę. Znów będę mogła pić herbatę przytulając się do Motka i nie patrzeć na zegarek. Boże jak ja to kocham.

Oczy mam ciągle zaczerwienione, zapuchnięte powieki. Nie wyglądam dobrze.

bardzo śmieszne

(pokory.cierpliwosci)

wtorek, listopad 27, 2007

the last beat of my heart

Kiedy wyjeżdżam, tęsknię za Małym i za Motkiem.
Wróciłam.
Szłam po schodach, a Mały stał w otartych drzwiach z wyciągniętymi rączkami i wznosił okrzyki radości. Wzięłam go na ręce i wycałowałam, a potem usiadłam, posadziłam go na kolanach przodem do siebie i patrzyłam na tę ukochaną buzię. On śmiał się, powtarzał mama, mama, mama! A nagle wykrzyknął OSIAM!
czyli kocham...

(wiem, że to straszliwy banał, że wszyscy to wiedzą, że to takie oczywiste, ale takie chwile rekompensują wszystkie trudy macierzyństwa, one przy czymś takim stają się małe i śmieszne. Dla takiego osiam, pełnego uczucia, silnego, najszczerszego, dla takiego osiam warto żyć. )

Potem, kiedy ja niemalże zalałam się łzami wzruszenia, Mały dodał i abi osiam. I zrobiło mi się strasznie dziwnie i strasznie smutno, chociaż nie po raz pierwszy to powiedział.
On chyba też za nim tęskni, nie tylko ja, co wieczór pochlipująca w poduszkę, Mały chyba już jest na dobre przywiązany do Aby, do swojego Aby.

Spotkaliśmy się z Motkiem na kawę, na trochę więcej niż szybką kawę. Siedział daleko, tak daleko, byłam zupełnie zdezorientowana.
Kawa się skończyła, kubki wystygły. Obiecuję Małemu, że zobaczy Abę za kilka dni, spędzimy wspólny weekend. Strasznie dawno nie spędzaliśmy razem czasu. My może spotkamy się wcześniej, a może nie. Ma swoje życie, swoje pasje, nie będę przecież chodziła na próby jego licznych zespołów, nie mam czasu chodzić z nim na treningi. On nie ma czasu przyjeżdżać do mnie co wieczór. Przypominam sobie jak w zeszłym roku chodziliśmy na Wielką Górę albo na piwo do Jokera. Teraz szybka kawa i każde idzie w swoją stronę.

Ja tęsknię. Mały tęskni. Motek tęskni. I nic. Tak sobie będziemy tęsknić, chyba się powinniśmy do tego stanu przyzwyczaić.

piątek, listopad 23, 2007

peek-a-boo




Tego też się uczę. Na razie w dość skromnym wymiarze, ale bardzo mi się to podoba i może od przyszłego roku zacznę intensywniejsze treningi? Do teraz czuję w kościach wczorajszy trening – nie chciałam, żeby się kończył. Żeby nie było – moja kondycja pozostawia wiele do życzenia, ogólna zwinność, gibkość itd. też, ale nadrabiam to zacięciem. Raczej nigdy nie będzie ze mnie jakiś wielki fighter, postrach dzielnicy itd., to by było wręcz śmieszne, mam często problemy z zapamiętywaniem co gdzie i jak w danej technice, ale nie o to chodzi, bo cała agresja i złość, które we mnie siedzą i gromadzą się przez cały tydzień – po treningu znikają zupełnie.
No i to było super, kiedy mój partner po sparingu przybił mi piątkę z uznaniem. Byłam z siebie niesamowicie dumna!

passenger

Nie znoszę kupowania ubrań. Kiedy już będziemy bogaci zatrudnię stylistkę – ja jej będę mówiła czego potrzebuję, dokładnie jej opiszę, dam kasę i nich sama się męczy. Chodzenie po sklepach to koszmar.
Jedyne co lubię kupować (z działu stroje i akcesoria) to torebki. Nie ma problemu, że rozmiar nie ten, albo że źle leży. Torebki są ekstra.

Ze zbioru naszych dialogów romantycznych i romantycznych inaczej:

- wiesz co kochanie? Na zaręczyny wcale nie musisz mi dawać pierścionka ( bezczelna jestem, nie?), może być torebka fajna.
- Furla? ( szybko się uczy ten mój Motek)
- No na przykład.
- A nie może być płyta?


( mój Ukochany jeśli daje prezent, to w 9 przypadkach na 10 jest to płyta. I jakoś tak już jest, że zawsze super trafia. Furla robi torebki drogie i piękne. A tzw. oficjalne zaręczyny to jeszcze zjawisko mi nie znane. Ekshibicjonistyczna część mnie liczy na dużą publiczność ;) )

Zapisałam Małego do prywatnego przedszkola, na ok.3-4 godziny dziennie. Budżet domowy to zniesie, przedszkole jest w bloku obok, a ja liczę na to, że Młody trochę się rozkręci z mówieniem. Wczoraj coś międlił w buzi. Pytam go co jesz skarbie? Muuuu. Co ty jesz? Muuuuu. Dłuższą chwilę zajęło mi załapanie, że dziecina objada się krówkami ;)
Wszystko dobrze, wypełniłam dokumenty, w polu ‘ojciec’ wpisałam nie dotyczy, bo za bardzo nie wiedziałam, co właściwie powinnam. Mam nadzieję, że nie uznają, że próbuję im wmówić swoje niepokalane poczęcie.
Młody idzie w poniedziałek. Niestety, to nie ja go odprowadzę i to nie ja będę stała pod oknem nasłuchując, czy nie płacze. Ja będę tam, gdzie ostatnio tak często bywam, czyli w Belgii. Ale nie będę jadła czekoladek ani goudy. 2,5 kg to już trochę za dużo...

Powtórzę i tu, że Motek - מותק - to po hebrajsku to samo, co po angielsku sweetie, darling, love. Motek pochodzi od rdzenia m-t-k oznaczającego słodycz. A mój Motek to sama słodycz jest.

Po prostu smutno. Po prostu.
(wracałam z psem z metra, gdzie zniknął on, mój Ukochany, i całą drogę płakałam z tęsknoty za nim i żalu. I złość jest we mnie wielka na los i na bezsilność swoją. Nic nie mogę zrobić, niczego nie mogę zmienić. Nie wiem, po prostu nie wiem. Czekać. Czekać. Marzyć.)
(chcę do domu)

( ile jeszcze musimy na niego czekać?)
( wyszedł z łazienki, a wilgotny ręcznik położył na krześle, zamiast go rozwiesić do wyschnięcia, chciałam mu zwrócić uwagę, ale milczałam ciesząc się tym, że wyszedł z łazienki z wilgotnym ręcznikiem. Wyszedł z łazienki z wilgotnym ręcznikiem. Wziął prysznic, umył zęby, ubrał się. A ja mogłam stać pod drzwiami i chwytać każdy dźwięk i cieszyć się nim. I to są moje małe święta, moje małe cuda, kiedy możemy udawać, że tak jest zawsze, że tak jest normalnie, wychodzi z łazienki z wilgotnym ręcznikiem, a ja patrzę krytycznym okiem na to, że go nie rozwiesza. I tak kiedyś będzie codziennie. Będzie, prawda? Będzie tak. Będzie... )


___

Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć
Zamiast dmuchać na zimne
Na gorącym się sparzyć
Z deszczu pobiec pod rynnę
Trzeba marzyć

Gdy spadają jak liście
Kartki dat z kalendarzy
Kiedy szaro i mgliście
Trzeba marzyć
W chłodnej, pustej godzinie
Na swój los się odważyć
Nim twe szczęście cię minie
Trzeba marzyć

W rytmie wietrznej tęsknoty
Wraca fala do plaży
Ty pamiętaj wciąż o tym
Trzeba marzyć
Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć


Jonasz Kofta

środa, listopad 21, 2007

oj zimno

Bardzo było dobrze i pięknie, a potem to było nawet pouczająco i wzruszająco (aż się chce napisać: wzruszliwie ).
A teraz jest mi zimno, grubo, boli mnie głowa i czuję się źle.
Dzisiejsze usypianie niedobre. To wszystko wyglądało jak takie nagranie, które pokazują w Superniani, że tak źle jest i jej przybycie jest konieczne. Może powinnam zaprosić Supernianię i ona powie mi co mam robić?
Dziś zrezygnowana i zmęczona powiedziałam Małemu, że nie mam siły się z nim szarpać, położyłam się na swoim łóżku, owinęłam kołdrą i zasnęłam. A kiedy się obudziłam on sam spał, na swoim łóżeczku i owinięty w kołdrę.
Supernianiu, supernianiu, naucz mnie być supermamą.

Na spacerze zmartwił się dziurami w chodniku, wykopki robią synu, ale przyjdą panowie z wąsami, z czapkami na bakier, będą palić papierosy i naprawiać chodnik mówiłam odpływając myślami gdzieś w dal. On kiwał główką i mówił aha spoglądając na stertę płyt, wszystko rozumie ten mój syn, tylko przechodzień spojrzał na mnie i popukał się w głowę.

W czasie reklam przed bajką mnóstwo zabawek brzydkich, drogich i w złym guście. Mały pieje z zachwytu i woła daj daj daj! Zapomnij, nie ma mowy mój drogi oznajmiam, a Babcia wtrąca no ja to mu zawsze mówię, że może kiedyś kupimy...

Czasami mam wrażenie, że traktuję Małego jakby był dorosły, jakby wszystko rozumiał. Ale on ma takie spojrzenie, że nie mogę się powstrzymać.

A Mama pyta mnie jak się właściwie nazywa ten gatunek muzyki, której ciągle słuchasz? No powiedzmy, że nowa fala mamo. A co, podoba ci się? Nie, no chyba żartujesz, to się nie może podobać.
No tak, jakaś dziwna jestem.

wtorek, listopad 20, 2007

candyman

Jazda metrem mnie męczy. Światło sztuczne i nędzny widok za oknem. Zazwyczaj kiedy wracam ze szkoły, wybieram autobus. I zdarza mi się zamknąć oczy, odlecieć gdzieś na chwilę. A dziś zasnęłam. Po prostu zasnęłam. Oparłam czoło o zimną szybę i spałam. Dobrze, że mnie nie ukradli. Obudził mnie ostry zakręt – na chwilę przed moim przystankiem.

A potem, w domu, zjadłam obiad i położyłam się na chwilę. Otworzyłam oczy po godzinie, za oknem było już czarno zupełnie.

No i red bull. jakoś działam.

Wczoraj usypianie Małego było straszne. Po dziesiątej bajce miałam już taki wstręt do czytania na głos, że myślałam, że wyrzucę wszystkie książeczki w cholerę. Odmówiłam czytania, a w efekcie przez następne 40 minut Mały leżał i gapił się sufit. Milcząc wyniośle. Zasnął około 23:00 a mnie szlag trafiał.

Dziś było inaczej. W kąpieli wpadł w histerię, że nie pozwalam mu na kąpiel z autkiem. Autko jest na sznurek i ma z pół metra długości. No więc potem histeria przy ubieraniu, pieluszka nie, piżamka nie, on chce do babci. A figę, mamusia jest. Nie, on do babci, i w ryk. Ale ja wykazałam się siłą spokoju i opanowania. Zamknęłam się z nim w pokoju, zaryglowałam drzwi, przeczekałam ryk kucając przed nim, żeby nasze twarze były na tym samym poziomie, żeby zmniejszyć dystans, czekałam aż się uspokoi i prosiłam, żeby łaskawie zgodził się na pieluszkę w misie, bo w autka to sorry koleś ale nie mam, piżamka też nie jest fuu i nie marudź. No i ani razu nawet się nie zirytowałam, to chyba ten red bull, dodał mi skrzydeł i w ogóle, pełen zachwyt, taka byłam spokojna. A potem piciu, łóżko, bajka o proroku Samuelu, całus w czółko i spał.
Ale jestem zadowolona. Ciekawe jak jutro będzie.

poniedziałek, listopad 19, 2007

tribal

Zła jestem i wyjadam czekoladki z bombonierki Małego. Bombom mówi na nią.
Zła jestem, bo psiakrew kolejny termin wyznaczono na 27 lutego, a sędzia zachowywała się, jakby miała do mnie pretensje, że nie go nie przyprowadziłam, że nie utrzymuję z nim kontaktu i nie wiem gdzie jest. No bo, kurna, nie mam pojęcia gdzie jest ten palant, poza tym, że dziś o 18:00 w fundacji Szalom ma wykład na którym założę się, że stawi się cały legion cipek zapatrzonych w niego ( coś takiego jak ja kiedy miałam te szitowe 16 lat i byłam głupia i naiwna jak stąd do Słomnik). Ale przecież nie będę do cholery biegała za nim po mieście i prosiła, żeby przychodził do sądu. O nie.

Na pocieszenie robię sobie pieczone jabłko, takie samo jak robiłam dla nas tego pięknego wieczoru, piliśmy białe wino, jedliśmy pieczone jabłka, a potem spędziliśmy 12 cudownych godzin w łóżku. Godziny przed i po też były wspaniałe.

Więc w zasadzie jest na plusie. Bardzo, bardzo dużym plusie.

niedziela, listopad 18, 2007

prawda nad prawdami

Mój Luby jest idealny, a kto tak nie uważa ma w cymbał.

piątek, listopad 16, 2007

tfu!

Zastanawiam się na ile uczciwe i etyczne jest finansowanie przez MSWiA oraz Urząd Miasta Stołecznego Warszawy programu, w skład którego wchodzą wykłady osoby poszukiwanej przez policję, z wyrokami, notorycznie olewającej swoje obowiązki ( typu stawianie się na rozprawach).
Modlę się o zwrotkę. W przyszłym tygodniu idę do sądu, hen hen daleko od domu, i jeśli wysoki sąd dostanie ją, a on jak zwykle się nie stawi, to mam szansę już niebawem stać się jedynym opiekunem prawnym Małego.
I będzie miał moje nazwisko. I wyrobię mu paszport. I już nie będę musiała nigdy myśleć o tym człowieku, przynajmniej do momentu, kiedy Mały doliczy się, że poznałam jego tatę po jego narodzinach.

( rozmawiamy z Motkiem przez telefon, a on mówi gdzie ty chadzasz z naszym dzieckiem? )
( naszym naszym naszym)
(nie jego )

umajn weumajn

czwartek, listopad 15, 2007

baby boom

Szukam foremek do ciastek. Ładnych, wesołych foremek.
Szukam inspiracji.
A jutro z Lamolem kochanym się spotkam, o jak miło.
A pojutrze założę fartuszek. I coś mnie tknęło, żeby zapytać Motka czy ma ochotę na spaghetti z pomidorami, chilli i anchois. Czyli na słynne alla putanesca, typowe danie na romantyczny wieczór przy świecach, makaron z afrodyzjakami, cudo. A Motek powiedział niee litości bleee anchois fuuu. No więc ustaliłam z nim na co ma ochotę, niestety nie będzie to czulent, Motek jest niepocieszony, ale chili con carne też jest w porządku.

A i K. są już rodzicami, Zbyszek się urodził i to jest bardzo pozytywne. Ciągle o tym myślę i ciągle im zazdroszczę. Jak cholera zazdroszczę A., bo K. w czasie porodu trzymał ją za rękę. I tak bym chciała, tak bym bardzo znów chciała...jeszcze jeden raz, jeszcze jeden raz w życiu to poczuć. Głaskać brzuch, czuć jak malutka stópka wciska się pod żebra, a potem zobaczyć te niewidzące ślepia, i znów zalać się łzami szczęścia, całować zawiniątko, płakać w czasie pierwszych szczepień... tak bym chciała. I tak bym chciała przeżyć to z Lubym, tak bym chciała dać mu siebie i w ten sposób. Tak bym chciała, żeby po świecie chodził człowiek będący w połowie nim, a w połowie mną. Należy mu się to szczęście, jakim jest trzymanie w ramionach nowonarodzonego dziecka. Po prostu mu się należy.

A Mały mówi słodkim głosikiem mami osiam i abi osiam.
Mamę kocham i Abę kocham.

sklepy

wtorek, listopad 13, 2007

bitter sweets

Zmęczona
Bardzo zmęczona
Nieco rozczarowana, ale czy mam powód?

Dwa wieczory czytania w łóżku. Nie mogłam oderwać się od „Mój Michael” Amosa Oza, czytałam jakby pierwszy raz. Herbata, książka, nocna lampka... znajduję tyle przyjemności w najprostszych rzeczach!

Sklepy odwiedzam, sklepy cynamonowe, za ladą dziewczyny plotkują w jidysz, szef w przykurzonym chałacie, obgryzione ołówki. Pięknie.


Myślę o zmianie tematu pracy licencjackiej. Zamiast modlitw kobiet modlitwy związane z dziećmi. Myślę, myślę, muszę to przemyśleć.

Jestem przytyta i stęskniona.

Na menforum.pl mój nowy tekst, napisany w stanie skrajnego zmęczenia, wysłany o 1 w nocy, przez sen niemalże. Jego akceptacja to mój wielki sukces. Wróżę sobie wielką przyszłość.
Tekst jak zwykle dość bzdurny.

Czytam Bitter Sweets. Z dużą, rosnącą wręcz przyjemnością.


co ja wypisuję
zmęczona jestem
zmęczona

niedziela, listopad 11, 2007

wpadki chodzą po ludziach

Mały strasznie kudłaty się zrobił.
Mama kazała mi go ostrzyc przed moim jutrzejszym wyjazdem, bo idzie z nim do ludzi i chce, żeby godnie się prezentował.

Luby: ale jak on ma iść do ludzi to może ty mu tych włosów nie obcinaj?
Godna podziwu szczerość.
Potem było jeszcze lepiej.

Plotkujemy z Mamą, a ja wygłaszam komentarz
Ja: No to się nie mogło udać, ten facet jest beznadziejny, on nosi jakiś kretyński rzemyk na nadgarstku, ile on ma lat? dorosły mężczyzna z takimi ozdobami nie może być poważny...
Luby: ...widziałaś co mój tata ostatnio nosi? Przywiózł sobie z Tanzanii taki rzemyk na nadgarstek...

Zapaść się pod ziemię to za mało ;)

Bardziej niż na spacer po Antwerpii, już jutro, czekam na wieczór za tydzień, kolację przy świecach i gry oraz zabawy towarzyskie. Już obmyślam co napiszę na swoich karteczkach.

piątek, listopad 09, 2007

a w niedzielę poszło dziewczę po zielę

Kilka chwil z M. Nie jest moją przyjaciółką, nie zwierzamy się sobie z najintymniejszych spraw. Ale czuję, że jest mi co raz bliższa. Z utęsknieniem czekam kolejnego spotkania, kiedy pijąc herbatę będę mogła na nią patrzeć i słuchać jej. Odpoczywam w jej towarzystwie tak bardzo. Jest dla mnie cała łagodnością, miękkością, ciepłem.
Umawiamy się, może już za tydzień nam się uda. Mój synek będzie głaskał po policzku jej córeczkę, zaciekawiony i wzruszony, że jest taka malutka, mniejsza od niego. Niemalże wstrzymuje oddech kiedy ona patrzy na niego. Dziś pokazywał jej książeczkę, opowiadał gdzie Misia ma domek, gdzie mieszka kotek, a tu słoń ma dużo dodi, dodi! Słoń w kąpieli...

__

Wołałam z kuchni do Taty tato, tato! Mały rzucił się w te pędy do dziadkowego pokoju powtarzają za mną tato, tato! Dziadek poprawił go ja nie jestem tata, ja jestem Jasio.
Acha, pokiwał główką Mały, Jasio nie tata, Aba tata!

__
Blondie. Debbie to super babka.


czwartek, listopad 08, 2007

siny dym

Miało być tak pięknie (chociaż starałam się o tym nie myśleć i nie nastawiać się na cuda i czary i zapach i smak jego skóry), miało być tak spokojnie i bez patrzenia na zegarek tak dobrze miało być
Ale wyszło jak zwykle i może za miesiąc a może nie, tak czekam, może jednak alla putanesca? Tak czekam tak czekam

Jesień chandra łzy kap kap kap

środa, listopad 07, 2007

obłoki me

Herbata na dobry sen, pachnie ładnie.
Ładnie pani pachnie, herbato.
A ja chciałabym pachnieć wanilią plus paczuli, ale zamiast wydawać pieniądze na wody toaletowe, wydaję na książki. A pieniędzy wszak malutko.
Dziś, w oczekiwaniu na autobus numer sto dziewięćdziesiąt pięć, kupiłam w księgarni pana Głowackiego dwie książki, spośród których nie mogę ustalić która jest mi większym prezentem.
Nowa antologia osobista Jorge Luis Borgesa, zbiór którego tak długo szukam, odkąd odkryłam, że Alef jest już właściwie nieosiągalny. Zaraz po zapłaceniu zaczęłam czytać Nieśmiertelnego. Drugi raz w życiu sama, bo kiedy miałam pierwszy z tym opowiadaniem kontakt, czytał mi je jak bajkę na dobranoc J., a ja byłam znudzona, a ja mówiłam przestań, nie mogę tego znieść, nie dręcz mnie, nie mogę tego słuchać, a ja miałam wtedy osiemnaście lat i nie chciałam zasypiać, nie chciałam bajki na dobranoc o Homerze co zapomniał, ja chciałam sama zapomnieć o tym, co dookoła nas było. I teraz znów to czytałam, tym razem sama, dzielna i dorosła, już mi nie tłumaczy świata, a przecież on to robił od prawej do lewej, czyli zupełnie na opak, myślałam, że się nauczę, nauczyłam się, ale świat ciągle nam szedł w drugą stronę. I poszedł, i on sobie poszedł, i ja sobie poszłam, a Borges został, Homer ciągle zapomina kim był, jest czysty i to jest dobre. To było tak dawno, że stało się jak jedno z opowiadań, nie mogę tylko przypomnieć sobie tytułu tego zbioru, a może go jeszcze wcale nie ma? Opowiadanie skończone, zamknięte, zapieczętowane.
I Mój Michael Amosa Oza, nowe tłumaczenie, jakie to symboliczne, przecież stare tłumaczenie włożyłam do torebki wyprowadzając się, czytałam w łóżku, jak zwykle, Chana Gonen taka mi była bliska, a on mówił, że jestem histeryczką, a potem było jak na filmie, ja wszystko widziałam w zwolnionym tempie i słowa i zapach i tak było gorąco w tym pokoju, pamiętam, ciemna noc, kanapki z pomidorami zrobił dla mnie i nikt już nigdy ich nie zjadł. I wszystko od nowa, nowe wydania, nowe tłumaczenia, nowe książki, nowe życie, autobus sto dziewięćdziesiąt pięć przyjechał, a potem zadzwonił Ukochany i to już jest ostatnie opowiadanie. Praca zbiorowa, wydanie pierwsze, kolejnych się nie przewiduje.

wtorek, listopad 06, 2007

today I'm split in two

Meliskę sobie popijam i przeszukuję szuflady, gdzieś była jakaś zapomniana paczka fajek, może nie wywietrzały do końca.
Tak mi się marzy pierdolnąć drzwiami i mieć wszystko z głowy, tak mi się chce uciec od tego wszystkiego. Skoro już jestem takim tchórzem i konformistką to czemu nie?
Nie chce mi się z nimi dyskutować, kłócić, nie chcę cichych dni i pretensji. Chcę mieć święty spokój. I dla świętego spokoju powiedziałam jeśli uważacie, że to wam poprawi komfort życia i że poprawi to komfort życia Małego, to sobie go chrzcijcie, wisi mi to, sami sobie to róbcie, organizujcie i obiecujcie komu chcecie i co chcecie. Kładźcie pieniążki na tacę i pijcie na zdrowie wnuka. Ja się w to nie mieszam, nie obchodzi mnie to, czystszy się od tego chrztu nie zrobi ani grzeczniejszy, brzydszy i kulawy też nie.
I dla świętego spokoju mojego oni teraz myślą kiedy, kto na chrzestnych, w kościele czy w cerkwi. I cieszą się i myślą, że nieco zmądrzałam.
A ja siedzę i nie piszę wypracowania do Szoszany, nie robię ćwiczeń ze strony 41 i 42, nie przepisuję zdań, nie pracuję tylko płaczę, popijam meliskę i szukam fajek.
Czuję się podle, wstrętnie i plugawie.
Luby pyta kiedy ostatni raz rozmawiałam z nimi. Tak szczerze i w ogóle? Będzie z sześć lat. I każe mi z nimi usiąść przy stole i powiedzieć wszystko, co czuję. A ja zamykam się w sobie, brzuch mnie boli z nerwów, płaczę, popijam meliskę i szukam fajek.

poniedziałek, listopad 05, 2007

uniwersytet warszawski

Jest wiele powodów dla których lubię swoją szkołę. Znów trafiłam na miejsce nie do końca poważne. W liceum był mój ukochany pan od historii, który rozkochał mnie w Charlemagne i w sobie, wpadał na szafę i mówił „przepraszam”, a gdy po maturze otrzymał ode mnie bukiecik konwalii ucałował mnie w policzki z zawstydzonym uśmiechem. Był też nasz wychowawca który mówił, że może z nami pojechać na wycieczkę, ale tylko do Dżeninu i miałam u niego poprawkę oraz liczne zagrożenia. Bardzo się lubiliśmy.
Kiedy poszłam na studia myślałam, że teraz to już będzie nudno i poważnie.
Ale nie!
Nasz zakład składa się z trzech pomieszczeń w amfiladzie. Sala numer jeden, sala numer dwa i pomieszczenie będące połączeniem biblioteki zakładowej, pokoju wykładowców i tzw. kanciapy, noszące jednak dumne miano sali multimedialnej, a to z racji obecności jednego starego komputera. Żeby dostać się do niej trzeba przejść przez dwie wcześniejsze, a przy nie sprzyjających wiatrach trzeba przejść jeszcze dwie klatki schodowe i długaśny korytarz.
Kiedyś w czasie wykładu nasz ukochany dr Tomal powiedział, że zostawi nas na chwilę i pójdzie do ksera, ale żeby zaoszczędzić na czasie i nie przeszkadzać studentom w innych salach, skorzysta z drogi pożarowej, a my mamy udawać, że tego nie widzimy. Po czym wyszedł przez okno i tą samą drogą po chwili wrócił. Była to jedna z tych chwil kiedy poczułam, że każdy hebraista jest mi bratem.

Dziś wysłałam smsa do D. z pytaniem gdzie i o której mamy jutro pierwszy wykład, bo miały być jakieś zmiany. Otrzymałam odpowiedź o treści „9 rano, sala 2, mamy wchodzić drogą pożarową”.
Czyli jutro pięć studentek trzeciego roku hebraistyki będzie dziarsko wdrapywać się do sali wykładowej przez okno by móc spokojnie wziąć udział w seminarium dotyczącym epigrafiki hebrajskiej.
Czyż ta szkoła nie jest wspaniała?

swimming horses


“The Scream” to fajna płyta. Ale to przy “Twice Upon a Time: The Singles” powiedziałam uau, Siouxsie, jesteś super! Uwielbiam ten zespół, a gdybym była mężczyzną to na piersi wytatuowałabym sobie oczy Zuźki. ( Kochanie, jeśli to czytasz: ani mi się waż!).

Znów nam się udało. Wieczór, noc i dzień prawie cały – razem. Małego usypialiśmy przy pomocy płyty Anny German ( p.o. kołysanki) oraz książki „Windsurfing w tydzień” (p.o. bajki, niestety to było za mało, nad ranem Mały usiadł na łóżku i przytomnym głosem zażądał czytania prawdziwej bajki). Potem prawie wyspani ruszyliśmy na spacer nad Wisłę. Wózek jest oblepiony błotem jak na prawdziwy wóz terenowy przystało, pod powiekami mam cudowne krajobrazy (co tam Alpy, co tam Belgia! Nigdzie takiego brzegu Wisły, dzikiego, z widokiem na Siekierki nie ma!).

I siedzieć w dziadkowych dresach z puszką piwa w ręce, jakie to może być romantyczne! I szeptać sobie słodkości do ucha ciemną nocą, jakie to może być uzdrawiające dla zmęczonej, zestresowanej głowy mojej...

piątek, listopad 02, 2007

jigsaw feeling

Fajnie jest, kiedy rano mogę pić kawę siedząc w piżamie na kolanach Ukochanego, drapać go za uchem i patrzeć jak Mały pije kakao. O rany, jak fajnie. Mogłabym tak całe życie.

W niedzielę znów tak będę robiła, jak się cieszę, już nie mogę się doczekać.

A teraz sobie czytam. Bajka na dobranoc była o Mojżeszku. Mały widząc koszyk na Nilu wskazuje go i mówi ‘dzidzia!’.

A w niedzielę muszę wrócić do domu jak najpóźniej, to może nie uda się Dziadkowi zabrać Małego do kościółka. W czasie porannych mszy dla dzieci zamierzam szykować się z chłopakami na spacer po lesie. W lesie doskonale czuć obecność Boga. Mój Tata pewno uważa, że w czasie porannych mszy dla dzieci Bóg jest tylko w kościele, ale na szczęście mamy swój rozum i nie dajemy sobie wmówić, że Bóg jest malutki i słabiutki oraz ma słaby zasięg. Kiedy Mały był pierwszy raz na mszy, nie chciał zdjąć czapki. Nawet jeśli nie był to świadomy protest w imieniu mamy – mój chłopak!

p.s absolutnie nie mam nic przeciwko chodzeniu do kościoła oraz wszelkim praktykom religijnym. Muzułmanki niech noszą chusty, katolicy krzyże, żydzi kipy. Ja tylko reaguję wściekłością na próby narzucania mi swojego sposobu życia, na podważanie mojego autorytetu matki i na okazywanie mi braku szacunku. Bardzo, bardzo tego nie lubię i nie lubię ludzi, którzy to robią.

Szabat szalom.

Z naciskiem na szalom

Pokój
Peace
Salam


One day I'm feeling total
the next I'm split in two