poniedziałek, grudzień 31, 2007

tydzień

Tydzień życia prawie normalnego. Za oknem las. Spokojnie. Zimno na zewnątrz bardzo i pięknie.
Wieczory długie, każdy pogrążony w lekturze. Wczoraj jeszcze ja nad Tyrmanda „Dziennikiem 1954”, On zaczytany w kryminale Christie. I to cudowne uczucie, że mogę po prostu czytać wiedząc, że on jest obok.

Herbata zielona, biała, earl grey. Cytrynówka.


Noc przed Sylwestrem w domu człowieka, którego nie znam, a on nie wie o moim istnieniu, z ludźmi, których w większości nie kojarzę nawet z twarzy, a kilku wręcz nie lubię, tę noc przed Sylwestrem, zamiast wyspać się porządnie rozmawiamy. Przeplatane pocałunkami i westchnieniami szczęścia długie rozmowy, myśli wypowiadane szeptem. Około czwartej zasypiamy.
Tak. To jest to. To jest właśnie to, o co chodzi.

niedziela, grudzień 23, 2007

czaruję

Szyby zaparowane.
Oprószona mąką gryzę suszone śliwki pachnące dymem. Wino czerwone piję z butelki i śpiewam.
Ach, gdyby tu był, nie udałoby nam się dotrzeć do sypialni.

lucky me

W piekarniku słoneczne i pachnące ciasto mandarynkowe, w lodówce mrozi się kruche na ciastka pistacjowe zawijane, śliczne i pyszne.
Wczoraj koncert The Kuflers bardzo udany i przyjemny.
We wtorek zaśniemy już razem.

Na wadze kolejny ubytek. W uszach dźwięczy kolejny komplement.
I tak miło słuchać, jak K. przedstawia mnie kolejnym znajomym mówiąc moja żona.

Lene Lovich słucham. Lucky number!


Etykiety:

piątek, grudzień 21, 2007

ooo jak mi dobrze!

O, jaka dzielna jestem. O jaka mądra. Ooo jaka rozsądna. Nawet się do niej uśmiechnęłam. Nawet zapisałam numer gg.
Czyżby coś mi drgnęło? A może jest to związane z radośnie przyjętym spadkiem wagi (52,5!), który tak bardzo poprawił mi nastrój? Może zyskana w ten prosty sposób krztyna pewności siebie pozwala mi na takie szaleństwo, jak pozytywne do tej osoby nastawienie? A nawet jeśli nie pozytywne par excellence to na pewno nie negatywne.
Zawsze czułam się w jej obecności przezroczysta. Malutka. W kąciku. A teraz sobie myślę, że jestem tak pełna barw i odcieni, że naprawdę nic tego nie zasłoni.

Gotować mi się chce. O jak mi się chce gotować. Czulent, łosoś w sosie karmelowym, kurczak w sosie pieprzowym, pilaw cynamonowy... tyle mam pomysłów. O jak mi się chce postać przy garach!

Balsam mam ze złotymi drobinkami, nawet żel do depilacji jest złoty. Złota ze mnie dziewczyna.


(tak, wyszedł chwilę temu. Dodaje mi skrzydeł ten pan)

środa, grudzień 19, 2007

o!

W piątek pójdę do fryzjera, a w sobotę na koncercie będę wyglądać tak, że wszyscy faceci będą się na mnie gapić jak te cielęta, aż K. z zazdrości strzeli komuś w cymbał.
Tak chcę!
Obcy mówią mi na ulicy, że mam fajne nogi, puszczają oko i uśmiechają się.
A ja chcę słyszeć to wszystko od niego, od niego, od niego!

Chcę i potrzebuję, żeby mnie przytulać, pieścić, głaskać, szeptać do ucha czułe bzdurki, prawić komplementy, klepać po pośladkach i dawać czekoladki nie tylko wtedy, kiedy o to poproszę!

(nie, okres mi się JESZCZE nie zbliża)

piosenka na dziś: między nami dobrze jest

Etykiety:

wtorek, grudzień 18, 2007

housekeeping monthly vs osa

Motek powiedział
No i do ślubu pojedziemy osą

A ja mam teraz taki obraz pod powiekami

Jego wąski krawat powiewający na wietrze, moje rozpuszczone włosy, oplatam go ramionami w pasie, a skuter mknie przez ulice Warszawy skąpanej w sierpniowym słońcu...

Achh..

Potem znajduję fragment poradnika dla pani domu, z 1955. Osa tu pasuje.



· Przygotuj obiad. Zaplanuj go wcześniej, nawet poprzedniego wieczora, tak by pyszna potrawa czekała na jego przyjście. W ten sposób dajesz mu znać, że myślałaś o nim i przejmujesz się jego potrzebami. Mężczyzna jest głodny, kiedy wraca do domu i perspektywa dobrego posiłku (zwłaszcza jego ulubionego dania) to część niezbędnego ciepłego powitania.

* Przygotuj się. Odpocznij 15 minut, byś była odświeżona na jego przyjście. Popraw makijaż, zawiąż wstążkę na włosach i wyglądaj promiennie. Pamiętaj, że on właśnie wraca z pracy, gdzie napatrzył się na zmęczonych ludzi.

* Bądź trochę bardziej radosna i trochę bardziej interesująca dla niego. Coś musi rozświetlić jego nudny dzień - to twój obowiązek.

* Posprzątaj. Przed jego przyjściem ogarnij wzrokiem główną część mieszkania.

* Pozbieraj podręczniki, zabawki, papiery itp. i odkurz stoły.

* W czasie zimnych miesięcy powinnaś rozpalić ogień w kominku, by on mógł się zrelaksować. Twój mąż poczuje, że jest w raju, w świątyni odpoczynku i porządku, co tobie również polepszy samopoczucie. Przecież dbanie o jego komfort przyniesie ci ogromną satysfakcję.

* Przygotuj dzieci. Przeznacz kilka minut, by umyć im ręce i buzie (jeśli są małe), uczesać włosy i, jeśli to konieczne, przebrać je. To małe skarby i on chce zobaczyć je w tej roli. Na czas jego przyjścia wyeliminuj hałas zmywarki, suszarki i odkurzacza. Zachęć dzieci, by były cicho.

* Uciesz się, że go widzisz.

* Powitaj go ciepłym uśmiechem i okaż szczerość w twoim pragnieniu ucieszenia go.

* Wysłuchaj go. Być może masz wiele ważnych rzeczy, o których chcesz mu opowiedzieć, ale moment jego przyjścia nie jest właściwy. Niech mówi pierwszy - pamiętaj, jego tematy konwersacji są ważniejsze niż twoje.

* Spraw, by ten wieczór był tylko dla niego. Nigdy nie narzekaj, gdy wróci do domu późno lub wychodzi na kolację lub w inne miejsce bez ciebie. Spróbuj zrozumieć, że żyje w świecie napięć i stresu.

* Twój cel: spróbuj sprawić, by dom był miejscem spokoju i porządku, gdzie twój mąż będzie mógł odświeżyć ciało i umysł.

* Nie witaj go narzekaniem i problemami.

* Spraw, by było mu wygodnie. Zaproponuj, by się oparł na wygodnym fotelu lub by położył się w sypialni. Przygotuj mu coś chłodnego lub ciepłego do picia.

* Ułóż dla niego poduszki i zaproponuj, że zdejmiesz mu buty. Mów cichym, kojącym i miłym głosem.

* Nie kwestionuj tego, co robi, nie podważaj jego sądów. Pamiętaj, to on jest panem domu i zawsze czyni swoją wolę sprawiedliwie i rozmyślnie. Nie masz prawa tego kwestionować.

* Dobra żona zawsze zna swoje miejsce.


Hmmm....
Jeszcze mi cegła na głowę nie spadła.
Myślę, że jedyny retro model, jaki nam odpowiada, to model skutera.


poniedziałek, grudzień 17, 2007

choroby chodzą parami

Pełna symbioza istnieje między mną, a Małym.
Nawet jak wymiotujemy, to w odstępie pół godziny.

Dni upływają nam na oglądaniu minimini. Bez zrozumienia.

sobota, grudzień 15, 2007

devo

Muzyka na dziś
Devo i Libertines. Trochę dziwny zestaw.

Bez przerwy myślę o temacie pracy. Notes i ołówek zawsze w zasięgu wzroku. Co pomyślę – zapisuję. Jeśli wpadnę na coś w środku nocy, zapisuje w telefonie komórkowym jako sms. Nawet nie muszę ruszać się spod kołdry.

Mały chory. Bałam się, że złapał rota wirusa, jak pięcioro dzieci z jego przedszkola. Na szczęście to tylko przeziębienie. Lekka gorączka, kaszel, katar.
Podanie mu syropu na kaszel jest niemożliwe. Podobnie z panadolem w syropie.
Mój żelazny uścisk, moja zawziętość w połączeniu z czułymi słowami nie działają. Wypluwa, krztusi się, płacze, pluje syropem na mnie i na podłogę.
Mami nie osiam mówił przez łzy, kiedy siłą wcisnęłam w niego inne lekarstwo przeciwgorączkowe.

Serce mi się rozpada na kawałki, kiedy w nocy kaszle tak, jakby miał wykasłać płuca. A potem myślę, że to tylko kaszel. Przejdzie mu.
W jakim stanie będzie moje serce, kiedy będzie 16 letnim chłopcem? Kiedy będzie chciał pójść na koncert, na imprezę? Kręcą mnie martensy Motka, a kiedy zakłada do nich wąskie levisy miękną mi kolana. Coś jednak czuję, że nie będę tak entuzjastycznie nastawiona, kiedy Mały zapragnie sam kompletować swoją garderobę.

O jak trudno jest być mamą małego mężczyzny. Cały zły świat czyha na niego, a ja mogę mu tylko dać kilka rad i wskazówek.
(Bo nie chcę budować do około niego klosza, nie chcę nigdy udawać, że nie dorasta.)

O jak już się o niego boję.

Długa kąpiel z pachnącym olejkiem.
Kawałki dorodnego mango jedzone palcami.
Szlafrok. Wino.
Zabawny film dla kobiet.

Miły, samotny wieczór. Odpoczywam.

Ale o ile milej było kilka godzin wcześniej, na tej samej kanapie.
Mały, Motek i ja.
Muzyka Kawa.
To jest takie cenne. I jednocześnie taki proste.

Wzrusza mnie myśl o tym, że kiedyś będziemy kupować bochenek chleba dla nas. Nie każdy sobie. Razem.

czwartek, grudzień 13, 2007

groszki i róże

Prosto z idealnie wyczerpującego treningu (jaka to satysfakcja, sparing z kolegą, dookoła nas reszta grupy, udaje mi się w końcu zrzucić go z siebie, jest zaskoczony, sala klaszcze ) biegłam przez miasto. W torbie pączek z różą i dwie nowe książki.
(Nie wiem, czy jest mi gorąco, czy zimno do szpiku kości.)
I poczułam takie piękno, takie szczęście.
I myślałam jaka to szkoda, że nie ma Motka ze mną.
A potem pomyślałam, że przecież jest. Cały czas jest.

Oglądam plan Z.G.
Dabm, dabm, dabm.

chano...

Głowa mi pęka od myślenia na temat tematu mojej pracy. Kol isza, kol isza... obawiam się, że mogę wpaść w jakieś genderowe klimaty. Chana mi chodzi po głowie.
Myślę, myślę, myślę.

O, jakie to trudne.

Wczoraj chwila zwątpienia, a może tak rzucę te studia?
Poczułam taką słabość, taką małość, taką bezsilność. Czas mi przecieka przez palce, stos papierów się powiększa, a ja uciekam od tego.
W myśli urządzam nasz dom.

22 grudnia Kufle grają koncert w klubie Radio Luxembourg. Zapraszam.

wtorek, grudzień 11, 2007

why d'Ya do it?

Kiedy miałyśmy po 7 lat, byłyśmy nierozłączne. Potem ona się przeprowadziła, zmieniła szkołę. Kontakt nam się urwał.
A dziś spotkałyśmy się po raz pierwszy od 15 lat. Chciałam, żeby nasze filiżanki z kawą nigdy się nie opróżniły, żebyśmy mogły tak siedzieć i rozmawiać bez końca...
Cudowna jest, nie mogłam się napatrzeć. Co chwila któraś z nas wykrzykiwała ja mam tak samo!, ja tak samo uważam!, nie żartuj, ja tez to uwielbiam! I kiedy w końcu się rozstawałyśmy myślałam z żalem, że gdyby była chłopakiem, to naturalne byłoby zapytać spotkamy się jeszcze? Ale przecież się spotkamy. Umówiłyśmy się na spacer do Muzeum Narodowego, na wycieczkę po Zamku Królewskim...

I zapomniałam przy niej o porannej sprzeczce, o tym, jak zabolało mnie oskarżenie, że jestem weekendową mamą, że to nie ja wychowuję Młodego. Zabolało mnie.
Czy ona nie rozumie, że gdyby mając mnie małą musiała studiować bądź pracować, to naprawdę nie byłaby w stanie spędzać ze mną całych dni tak, jak to było? Czy ona nie widzi tej różnicy? Czy powinno być mi przykro, że nie wyjdę za mąż za starszego o 19 lat przedsiębiorcę, którego dochód pozwoli mi na spokojne siedzenie w domu z dziećmi? Że chcę skończyć studia? Czy powinnam wyrzucać sobie to, że, jak połowa matek na świecie, będę pracować i to nie dla swej fantazji, tylko z czysto ekonomicznej potrzeby?

Nie jestem kopią swojej Matki. Jestem sobą. I nie uważam za wielki grzech tego, że jestem przekonana o tym, że świat mi się na głowę nie zawali, jeśli zamiast pozmywać posiedzę nad książką.

cygaro ci w tuches, churchill!

W Dużym Formacie pytania do ojców. A ja uświadamiam sobie, że jedynym mężczyzną na świecie który wie, gdzie są Młodego skarpetki i który wie, jakie zabawki aktualnie najbardziej go kręcą (ui-ui jest już nieco passé!) jest K.
K. Aba, Abuś.
Ostatnio Młody nie pozwalał na wyrzucenie do śmieci przepalonej żarówki. Płakał i protestował wołając, że Aba naprawi, Aba umie wszystko naprawić!

Tak. Aba.
A mamulka dalej nie napisała wypracowania o Churchillu, które nie da się ukryć, że jest na dwa tygodnie temu.
A może jednak mamulka rzuci te studia, które wymagają od niej wysiłku intelektualnego dalece większego, niż jej możliwości?
Mamulka zna się na prostych rzeczach.

Na przykład.
Młody nie znosi ani mycia zębów, ani obcinania paznokci u nóg. Klasyka.
Mamulka przed uśpieniem Młodego powiedziała:
No to co kochanie, obetniemy paznokcie, zrobimy szybkie ciach-ciach, a potem w nagrodę umyjemy zęby?

I słowo stało się ciałem.
Czyż takie wykorzystanie magicznej mocy słowa „nagroda” nie świadczy o ścisłej specjalizacji mamulkowego potencjału intelektualnego?

niedziela, grudzień 09, 2007

why is deceit so sweet?

A dlaczego ja nie mogę mówić, tak po prostu, tak z serca? Dlaczego ja ciągle muszę coś ukrywać? Nawet przed najbliższymi?

Czasami mam wrażenie, że na całym bożym świecie nie ma nikogo, kto by mnie rozumiał, tak zupełnie. Nawet Motek nie jest w stanie pojąć pewnych moich wątpliwości i zgryzot. Wcale nie musi, to prawda. Ale byłoby mi o niebo łatwiej, gdyby rozumiał.
No i chyba właśnie po to jest mi Bóg. Jemu wszystko mówię, ze wszystkiego się zwierzam. On mnie rozumie i przed nim nie muszę kombinować, kręcić, milczeć, oszukiwać. Nie osłabi, nie skrytykuje, nie wykpi. Da mi chizuk i to niby nic, a przecież wszystko.
Bardzo jestem szczęśliwa, że Go mam. Czasami się śmieję, że jestem małą dziewczynką, a On moim wymyślonym przyjacielem.
Wymyślony czy nie, dobrze mi robi na głowę.

W tej książce, którą ostatnio ze smakiem podczytywałam, „Bitter Sweets” motywem przewodnim jest kłamstwo. Ciągle ktoś kogoś oszukuje. Mąż żonę, ojciec córkę, syn rodziców. A każdy z nich oszukuje i unieszczęśliwia najbardziej siebie samego.
I niby ta książka to takie zwykłe, babskie czytadło po które sięgnęłam tylko po to, by mieć co czytać w samolocie (a później w metrze), a jednak zrobiła na mnie wrażenie.
Pod koniec wszyscy wyjawiają swoje sekrety, niektóre mają już ponad dwadzieścia lat. I nikt nikomu głowy nie urywa, nikt się nie obraża. Może nie jest od razu łatwo, ale jest lżej. Przecież są rodziną, znają się na wylot. Domyślali się. Każdy czegoś się domyślał. A teraz już wszystko jest powiedziane. I dalej pozostali rodziną.

J. powiedziała kiedyś coś, co mnie niesłychanie poruszyło. W rodzinie nie panują stosunki partnerskie, w rodzinie panują stosunki rodzinne.

Proste, prawda?
Ale dlaczego w mojej rodzinie to wszystko jest takie pokręcone? Dlaczego nie mogę teraz z Mamą snuć planów na temat mojej przyszłości? Dlaczego udajemy, że jej nie ma?
Dlaczego ciągle coś w tej rodzinie przed sobą udajemy, a ten trup w szafie raz na jakiś czas zaczyna strasznie śmierdzieć?

sobota, grudzień 08, 2007

mówię ci że...

Tilt - Mowie Ci Ze


dobry staroć nie jest zły

Etykiety:

całuski

Czasami wracam do archiwów. Grudzień ’05. Jeszcze za nim tęskniłam, jeszcze go kochałam.
Boże mój, jaka ja byłam głupia. Jaka jak byłam nieszczęśliwa.
Żal mi tej dziewczynki jaką byłam. Żal mi, że tak spieprzyła sobie tak fajne lata. Żal mi, że tyle musiała widzieć i słyszeć. 18-latka nie powinna ganiać nocą po mieście za pijanym facetem, żeby sprowadzić go do domu. To nie jest dobre zajęcie dla licealistki. To nie jest dobre życie. To nie było dobre życie.
Czasami nie chcę mieć córki.

Zamykam powieki i widzę las. Ściółka pełna igiełek. Zapach żywicy rozgrzanej słońcem. Może hamak? Może obiad jedzony w ogrodzie?
Ale z nimi. Już nie mogę się doczekać. Razem, razem, razem.


A teraz dłonie pachną mi przyprawami. Zmieliłam goździki, starłam nieco gałki muszkatołowej. Do tego cynamon i utłuczone dwa ziarnka ziela angielskiego. Dużo miodu. Dużo pracy. A pierniczki wyszły z tego jak marzenie. Sama nie wiem, jak ja to robię...

Przepis zupełnie nowy, chociaż książka wiele ma lat. Pierniczki mają uroczą nazwę.
Całuski.. Malwa, to dla Ciebie!


W garnku rozgrzać 50 dag miodu, do tego dwie pełne łyżki zmielonych korzeni, 60 dag masła. Na stolnicę wysypać kilogram mąki zmieszanej z 1,5 dag sody oczyszczonej. Zrobić w środku dołek i wlewać ostrożnie gorący miód, zagarniając mąkę końcem noża. ( mnie udało się to wszystko opanować za pomocą najdłuższego noża w domu, ale idealny byłby samurajski. Ten etap to prawdziwe wyzwanie). Następnie wbijać kolejno po jednym całym jajku, w sumie trzy, wsypać pół kilo cukru i zagnieść ciasto jak na kluski. (nie za bardzo wiem co to znaczy). Ciasto nie wygląda zachęcająco. Zdecydowanie nie. Żeby je ujarzmić trzeba dodać jeszcze trochę mąki, troszeczkę, na oko. Aha. Jeśli ciasto nieco postoi, to tężeje. Ale ja to zauważyłam dopiero pod koniec...
Z dobrze wyrobionego ciasta taczać kulki wielkości orzecha laskowego, układać na natłuszczonej blasze, lekko spłaszczać palcem, a potem piec do zrumienienia w 200stC. U mnie to było ok. 15 minut. Uwaga, one rosną! Naprawdę! Pierniczków wyszło milion. Są teraz w 5 litrowym garnku. A już trochę zjdałam... Są niemożliwie słodkie, chrupiące i naprawdę pyszne.
Ma się ten talent w rencach ;)

Etykiety:

piątek, grudzień 07, 2007

och!

Ochroniarz mówi, że występują cztery kapele z Wielkiej Brytanii. Wchodzimy, bierzemy po piwie. Zaczynają grać. Pani o pięknym głosie ma czekoladową skórę i turban na głowie. Melodia pachnie Karaibami. No tak. W Imperium Brytyjskim słońce nie zachodzi nigdy...

Zapiekanki pod PKiN, jak zawsze nam smakują. Trochę kręci mi się w głowie.
Beztrosko.
Szczęśliwie.

Warszawa jest taka piękna w grudniową, ciepłą noc.
Warszawa jest taka kolorowa.
Światełko tu, światełko tam. Coś się iskrzy, coś odbija w kałuży. Most. Przestrzeń. Powietrze.

środa, grudzień 05, 2007

spring collection

To brzmi niewiarygodnie, ale idziemy na randkę! Późną nocą, po uśpieniu Małego, pójdziemy trzymając się za ręce gdzie nas nogi poniosą. Może na piwo, a może nie, może na ciastko, a może na zapiekankę, może nad wodę, a może na wielką górę? Ach...wszystko jedno. Trzymać się za ręce i całować pod gwiazdami...
A poza tym...

...rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać.
Cierpię wielki głód rozmów z Motkiem.
On nie tylko sprawia, że się śmieję, on zmusza mnie do myślenia.

....

Właśnie skończyłam wypracowanie o agresji słownej, po hebrajsku. Powinnam napisać jeszcze wypracowanie po hebrajsku na temat dlaczego w Izraelu nie docenia się zasług Churchilla dla powstania Państwa. Oraz krótką notatkę nt. jakiegoś budynku w Warszawie i jego stylu architektonicznego, również po hebrajsku.
A prof. Jaruzelska powiedziała, że jeśli mam nie brać czynnego udziału w jej zajęciach, to lepiej żebym nie przychodziła, a jak się nie wysypiam, to żebym chodziła spać o północy. Albo ucinała sobie drzemki w ciągu dnia. Do tej pory nie przyznałam się jej, że mam dziecko. Ona uważa, że nie da się efektywnie studiować zajmując jednocześnie czymś innym, że trzeba wybrać, albo studia, albo praca. Albo dziecko...

Jutro na seminarium będziemy prezentowali nasze osiągnięcia w dziedzinie gromadzenia materiałów do pracy licencjackiej. Czy sidur i zbiór modlitw różnych wystarczą?

No i muszę umyć włosy, bo o 6 rano nie będzie mi się chciało.
I znów wyjdę z domu zanim Mały się obudzi. I znów zasnę w autobusie.

Ale co jest w tym wszystkim najlepsze, to mimo wszystko nawet mi przez myśl nie przejedzie, by na przykład rzucić studia. Studia...nie obowiązek, a przywilej, czyż nie?
Korzystam z niego póki mogę. Nie jest to może zdrowe, ale...pasjonujące.

wtorek, grudzień 04, 2007

איך בין אַ קלײנער דרײדל, געמאַכט בין איך פֿון בלײַ*

Jutro, a właściwie to dziś, chociaż to jutro według żydowskiego kalendarza, rozpocznie się Chanuka, Święto Świateł. Upamiętnia ono cud, który miał miejsce po zdobyciu, a raczej odbiciu, przez Machabeuszy Świątyni po powstaniu przeciwko hellenistycznej dynastii Seleukidów z Syrii. Chcieli oni, Machabeusze, jak najszybciej przywrócić porządek świątynny, zacząć składać ofiary itd. Chcieli zapalić menorę, ale znaleziono tylko jeden flakonik z koszerną oliwą. A do wyprodukowania kolejnych potrzeba było ośmiu dni. Stał się jednak cud i oliwy nie ubywało w czasie palenia do czasu, aż uzupełniono zapas.
Na pamiątkę tego wydarzenia przez osiem dni zapala się na chanukiji świeczki, począwszy od jednej dodając co zmierzch kolejną. Ostatniego wieczoru chanukija jest w pełnej krasie.
W związku z tym, że głównym bohaterem jest tu oliwa, w czasie Chanuki je się różne smażone rzeczy, a głównie latkes, czyli poczciwe placki ziemniaczane.
Dzieci grają w drejdla, czyli bączka, w polszczyźnie znane przez powiedzenie kręcić się jak fryga. Bo owa fryga to właśnie drejdl.


Chanuka to święto rodzinne, ciepłe, spokojne. Bardzo, bardzo je lubię i nie mogę doczekać się swojego parapetu, na którym postawię swoją zakurzoną chanukiję...


*Jestem małym drejdlem zrobionym z ołowiu – słowa tradycyjnej piosenki. Melodię zna każdy, kto oglądał South Park. „drejdl drejdl drejdl...”




a poza tym to:



niedziela, grudzień 02, 2007

niemena słuchamy

bez przerwy, bo numer jest kapitalny.
enjoy!


Czesław Niemen i Enigmatic - Zechcesz mnie zechcesz

Etykiety:

ach! śpiewać mi się chce!



Ależ było radośnie! Cały czas chciało mi się śmiać, cały czas wszystko wydawało mi się kolorowe i pozytywne. No i Babcia K. powiedziała mi coś takiego, że miałam ochotę całować ją po rękach. Pewnie jej się wydawało, że nie mówi niczego ważnego, ale to jedno zdanie zmieniło mi tak wiele. Na lepsze, na lepsze.
A do obiadu Beaujolais Nouveau, wino radosne jak mały szczeniaczek. Śliczny kolor ma i pozytywne jest bardzo. Przypomniało mi, że jeszcze chwilę, a będzie lato. Cudowna perspektywa.

Etykiety: