Nad ranem on wypija hektolitry wody z sokiem, odzyskuje kolory. Ja tracę je obejmując muszlę klozetową. Siedzimy potem przy stole, za oknem ciemno i szaro, nie mówimy nic. Myślę, jaka szkoda, że to niestrawność, a nie ciąża. A potem leżąc w łóżku dziękuję losowi za to zatrucie.
Nie wierzę w to, że rano, po koncercie, będzie w stanie z uśmiechem na ustach wsiąść ze mną do pociągu. Mam wrażenie, że przez ten koncert nie wypali nasz wyjazd o którym marzę od miesiąca. Tylko we dwoje, daleko, w środku lasu. A tu trzeba wpisać do grafiku kolejny występ, to dobrze, że grają, to świetnie, ale nie mogą dwa dni wcześniej? Albo tydzień później?
Czasami mam wrażenie, że w południe weźmiemy ślub, a wieczorem on pójdzie grać koncert.
Wcale mi się to nie podoba. a najbardziej mi się nie podoba to, że w okrutnych żartach muszę mu proponować, że ja też założę zespół, bo wtedy będę miała zarezerwowany dla nas minimum jeden wieczór w tygodniu. Rozumiem, że The Kuflers. Rozumiem 22 P.M. Jakoś zniosłam Obiboków, chociaż uznałam, że trzy próby w tygodniu to już przegięcie, bo przecież jeszcze dwa treningi, to razem 5 wieczorów zajętych, a tydzień ma ich wiadomo ile. Każdy lubi spędzić trochę czasu samotnie, tak więc dla mnie zostaje de facto jeden wieczór w tygodniu. I tu pada kolejna propozycja, kolejni chłopcy doceniają grę mojego ukochanego i proponują, żeby zaczął dla nich walić w bębny. O nie. o nie. o nie!
Ale jeśli kiedykolwiek uznam, że czas bez niego to czas stracony, to to już będzie koniec mnie. Wtedy zniknę i pogrążę się w niebycie. A w związku z tym, że jestem skończoną jednostką, to nie potrzebuję nikogo „do szczęścia”. Chcę mieć towarzysza, przyjaciela, kochanka. Ale jak mi kiedyś mówiła O., nie będziesz nigdy szczęśliwa w związku, jeśli nie nauczysz się być szczęśliwą sama ze sobą.
No to się uczę. A jego kocham. Po prostu go kocham. I kiedy go nie ma obok, to tęsknię. Ale nie może być tak, że ta nieobecność przysłania mi świat.
*tolerancja to obojętność?