czwartek, styczeń 31, 2008

pif paf!

Odpoczywam. Zaraz sobie włączę "Pitbulla" i będzie cudownie. Nie wciągnęły mnie „Gotowe na wszystko”, „Prisonbreak” to dla mnie obce pojęcie, ale „Pitbull” to jest coś! Przyznam się w tajemnicy, że pociągają mnie mężczyźni w typie Despero... Niestety, za mądry to on nie jest, więc pewno bym się z takim męczyła. ;) Szczęśliwie mój wybranek wszystkie strategiczne narządy i mięśnie ma imponujące.

Skończyłam czytać HP. Mogę spokojnie oddać się przygotowywaniu B.A.

Dziś na obiad: ciastka z żurawiną i nerkowcami.

środa, styczeń 30, 2008

I do

Trzy godziny pracy w BUWie, potem końcówka w Jadłodajni. Kuriozalny wybór – rozłożyłyśmy notatki, słowniki hebrajskie, brudnopisy na stoliku stojącym dokładnie pośrodku klubu, było głośno, ciemno i pełno dymu. Ale jakoś się udało...
Potem przyszedł K., zostaliśmy we dwoje. Piwo, spacer, zapiekanki pod PKiN.
Tęsknota.

A teraz jestem trochę zła, trochę zirytowana, a przede wszystkim zmobilizowana do działania, do mówienia, i do zmian, przede wszystkim.

Za bardzo kocham tego faceta, żeby nic nie zrobić.

___

Piosenka na dziś ( to nie żart)(Ty wiesz)




A dla równowagi...

And when I get out, theres no doubt Ill be sex offensive to you


poniedziałek, styczeń 28, 2008

jestem drzewo, jestem ptak

Właściwie tylko jeden jasny punkt.
(coś mówiłam, pewno o tym planie naszym, mówiłam i nie zauważyłam, że jego ramiona oplatają mnie w talii, że przyciąga mnie do siebie, że wtula twarz w to miejsce, między barkiem a szyją, że

)
gorzkie refleksje po dyżurze
znowu źle się czuję boli mnie głowa

_____

Haviva Ner David ma konkurencję w osobie J. K. Rowling...

niedziela, styczeń 27, 2008

Zostałam uleczona. Niemałą rolę w tym procesie odegrały: olejek herbaciany ( toda Agnieszqa!), cebula oraz czosnek. Olejek był wszędzie, a jego zapach, dla mnie dość przyjemny, kojarzy się różnie. Z mchem czy czymś takim.

W nocy przyszedł mój Ukochany. Ja już byłam po namaszczeniach, z watą nasączoną olejkiem czekającą w kieszeni szlafroka.

Zbliżył twarz do mojej
- hmmm...pachniesz czymś....
obniżył nos w stronę szyi
- pachniesz dziwnie...
obniżył się jeszcze, aż jego twarz zrównała się z moimi piersiami
- wiem...pachniesz starą piwnicą!
- kochanie, to cię kosztuje 22 róże!
- 22? Dlaczego? Ale stare piwnice są fajne, wiesz, można tam znaleźć...
- ja mam 22 lata, a te róże mają być po 10 zeta sztuka!
- ....stare winyle...to są takie róże??

______


Tak więc teraz oczekuję bukietu, a żeby sobie umilić ten czas, a przy tym rozruszać czymś moje znudzone do nieprzytomności dziecko (co myśmy robili zanim poszedł do przedszkola??) upiekliśmy ciastka.






sobota, styczeń 26, 2008

you can get it if you really want...




20 dni.

Myślę pozytywnie.

Etykiety:

.

Samotność jest wtedy, kiedy każdy tramwaj jest dobry.

(jeśli głębiej się zastanowić, to teraz nie mam dokąd pójść, nie mam gdzie się schować )

piątek, styczeń 25, 2008

fasolka

Kąpiel z olejkiem z drzewa herbacianego, na twarzy maseczka z białej glinki.
Zanurzam się w gorącej wodzie i myślę. I knuję...
Pomysł mam. Muszę jeszcze pokombinować, ale podoba mi się.

I dłonie składam na wypukłym brzuchu i wspominam jak pierwszy raz zobaczyłam Małego. Sierpniowa wideo-konferencja, pamiętam co miałam na sobie tego dnia. Błękitną sukienkę w kolorowe grochy, do kolan i bez rękawów. Pod nią bluzka czarna z rękawami do nadgarstków i spódnica czarna do kostek. J. bardzo lubił ten zestaw. ( czy to dziś ważne?)
No i na ekranie pojawiło się coś, szumy, trzaski, kropeczka, fasoleczka. Patrzyłam, patrzyłam, a lekarz coś tam daleko sobie mówił, że serce, że bije, a tu rączki widać. Potem wstałam, ubrałam się, dygnęłam i wyszłam. Na korytarzu usiadłam i rozpłakałam się jak mała dziewczynka. J. się trochę speszył, trochę przestraszył, pytał, czy wszystko w porządku z dzieckiem, a ja płakałam i płakałam. Potem odebrał zdjęcia i stwierdził, że nic na nich nie widzi, a ja dotykałam zarysu tej fasolki i wtedy po raz pierwszy poczułam naprawdę, że pod moim sercem rośnie nowy człowiek.
Potem poszliśmy na gorącą czekoladę, dla uczczenia tej chwili. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Nie wiem, czy w ogóle rozmawialiśmy. Może tylko mówiliśmy coś do siebie.


Odkąd mam Małego zastanawiam się, jak to jest mieć więcej niż jedno dziecko. Jak się je kocha.
A dziś, leżąc w kąpieli z olejkiem z drzewa herbacianego, z maseczką z białej glinki na twarzy, złożywszy dłonie na wypukłym brzuchu poczułam, że już wiem. Że już wiem, jak się je kocha. Jak je pokocham. Drugie. Pierwsze. To pierwszo-drugie dziecko.
O, jak ja już bym chciała je mieć.

tea tree oil in my head. in my ear.

Nie jest łatwo być mną. A może to droga do świętości?
Usunęła to zdjęcie, co tak w oczy kłuło. W jego miejsce – niby neutralne.
Usprawiedliwiam się. Jestem chora, stęskniona, a jutro moje łzy przemienią się w krew. To naturalne, że wszystko odbieram przeciwko sobie.


To wszystko były kłamstwa. Wydawało mi się przez chwilę, że w nie wierzę, ale teraz... Teraz już w nic nie wierzę.
Daję sobie jeszcze ok.4 lat. Chyba, że ślub mi pomoże na głowę. Bardzo na to liczę.

____________________________

Dziś widzę siebie tak:



______________________________

Z tego wszystkiego zapomniałam poprosić go o herbatę z cytryną.

środa, styczeń 23, 2008

ola chola.

Wczoraj biegał i bawił się jak nakręcony, dziś znów gorączka. Żeby było mu raźniej – ja sama się rozchorowałam. Cały dzień spałam, a teraz jestem wściekła. Napisałam w terminie dwa wypracowania, nie oddałam ich dziś, a M. i Sz. jeśli nie oddam ich jutro raczej nie uwierzą w moje przeziębienie. Sz. już zapowiedziała, że wstawi mi 2 na semestr. Dlatego jutro o 9 rano muszę być w szkole, co wydaje mi się jakimś ponurym żartem.
Wywalą mnie ze studiów i będą mieli rację.
Nie wiem, co się ze mną stało. Nigdy nie chorowałam, teraz ciągle coś mi jest. Zawalam studia. To jest jakiś koszmar.

Głowa mi pęka. Chcę spać. K. pojechał do Z. Może wpadnie jutro, na godzinkę, ale będzie miał czas na tyle późno, że może się okazać, że będę już spała i nie ma po co przyjeżdżać. Cała nadzieja w sobotnim popołudniu. Herbata z cytryną w jego wykonaniu mi się marzy.

wtorek, styczeń 22, 2008

slodko

Już wiem, co mi zepsuło nastrój wczoraj wieczorem! Kupiłam sobie czekoladki, co by sobie nimi umilać naukę. Okazały się za słodkie na to, żeby zjeść na raz więcej niż jedną! Upadł mój plan radosnego pochrupywania sobie słodyczy w czasie pisania pracy do Tomala...

Dziś mam jednak tak gigantyczny katar, że nie czuję już żadnego smaku. Czekoladki się zatem nie zmarnują.


Zbliżają się Walentynki. Dwa lata temu jeszcze nie kapowałam kiedy dokładnie są. Kiedy 13 lutego M. wręczył mi pakuneczek zawierający belgijskie pralinki w puszce w kształcie serca, mówiąc tajemniczym głosem „otwórz jutro”, to ze szczerym zdumieniem zapytałam dlaczego do cholery nie mogę dziś? Nazajutrz padliśmy sobie w ramiona, a kilka męczących miesięcy później stwierdziłam, że czas zakończyć ten związek, bo coś, co zaczyna się w Walentynki dobrze nie rokuje.

W zeszłym roku doszłyśmy z Mamą do wniosku, że ten dzień jest nasz, i wieczorem zajadałyśmy się smażonymi w cieście naleśnikowym Bounty, popijałyśmy różowe wino i oglądałyśmy „Czasem słońce, czasem deszcz”.
Na te Walentynki planuję tort Pawłowej przybrany kiwi. Obejrzymy sobie z Mamą jakiś fajny, babski film i będziemy się cieszyć. Oczywiście nie zamierzam wypraszać K. z domu na ten czas, co to to nie. Nie wiem tylko, czy on zniesie taką imprezę ;)

poniedziałek, styczeń 21, 2008

sowlanut hi adiszut?

Nad ranem on wypija hektolitry wody z sokiem, odzyskuje kolory. Ja tracę je obejmując muszlę klozetową. Siedzimy potem przy stole, za oknem ciemno i szaro, nie mówimy nic. Myślę, jaka szkoda, że to niestrawność, a nie ciąża. A potem leżąc w łóżku dziękuję losowi za to zatrucie.

Nie wierzę w to, że rano, po koncercie, będzie w stanie z uśmiechem na ustach wsiąść ze mną do pociągu. Mam wrażenie, że przez ten koncert nie wypali nasz wyjazd o którym marzę od miesiąca. Tylko we dwoje, daleko, w środku lasu. A tu trzeba wpisać do grafiku kolejny występ, to dobrze, że grają, to świetnie, ale nie mogą dwa dni wcześniej? Albo tydzień później?
Czasami mam wrażenie, że w południe weźmiemy ślub, a wieczorem on pójdzie grać koncert.

Wcale mi się to nie podoba. a najbardziej mi się nie podoba to, że w okrutnych żartach muszę mu proponować, że ja też założę zespół, bo wtedy będę miała zarezerwowany dla nas minimum jeden wieczór w tygodniu. Rozumiem, że The Kuflers. Rozumiem 22 P.M. Jakoś zniosłam Obiboków, chociaż uznałam, że trzy próby w tygodniu to już przegięcie, bo przecież jeszcze dwa treningi, to razem 5 wieczorów zajętych, a tydzień ma ich wiadomo ile. Każdy lubi spędzić trochę czasu samotnie, tak więc dla mnie zostaje de facto jeden wieczór w tygodniu. I tu pada kolejna propozycja, kolejni chłopcy doceniają grę mojego ukochanego i proponują, żeby zaczął dla nich walić w bębny. O nie. o nie. o nie!

Ale jeśli kiedykolwiek uznam, że czas bez niego to czas stracony, to to już będzie koniec mnie. Wtedy zniknę i pogrążę się w niebycie. A w związku z tym, że jestem skończoną jednostką, to nie potrzebuję nikogo „do szczęścia”. Chcę mieć towarzysza, przyjaciela, kochanka. Ale jak mi kiedyś mówiła O., nie będziesz nigdy szczęśliwa w związku, jeśli nie nauczysz się być szczęśliwą sama ze sobą.
No to się uczę. A jego kocham. Po prostu go kocham. I kiedy go nie ma obok, to tęsknię. Ale nie może być tak, że ta nieobecność przysłania mi świat.



*tolerancja to obojętność?

niedziela, styczeń 20, 2008

rocksteady

Impreza ska & reggae udana. Babska ekipa przednia, pierwszy raz w życiu na imprezie tańczyłam bite 3 godziny. O jak ja lubię tańczyć! Nie wiedziałam wcześniej tego o sobie...

Z tematów nieciekawych: Młody chory, gorączkujący, oko błędne, rączki spocone. Domyślam się, że złapał coś w przedszkolu. Już drugi raz jest chory jak tam chodzi, a przecież do tej pory był zdrów jak rybka. Podobno to jest tak zawsze... Wyrzuty sumienia mam, że go posyłam do tej wylęgarni zarazków, co więcej, płacę za jego tam pobyt. Ale z drugiej strony – on tyle już wyniósł z tego przedszkola, tak lubi tam chodzić, tak się rozgadał, że nie sposób nie dojść do wniosku, że więcej pożytku jest z tego przedszkola.
No i wreszcie zaczął nazwać się po imieniu. Sianio! Kto zgadnie, jak się nazywa Młody?


A przy takiej muzyce się bawiłam:




I taki był efekt:

Etykiety:

piątek, styczeń 18, 2008

grr!

Osiągnęłam dno pustki kosmicznej. Kupiłam dla Małego taborecik w IKEA i nie umiem go złożyć. Te głupie nóżki ciągle odpadają! A K. będzie u nas dopiero w niedzielę. Masakra.

czwartek, styczeń 17, 2008

wojny bez lez

Nie rozumiem tego całego zamieszania wokół ujawniania danych na naszej klasie. Wydaje mi się naturalne, że to, co umieszczam w Internecie (może pomijając pocztę elektroniczną), pokazuję tym samym całemu światu. Nie tylko swoim znajomym, ale i sąsiadce, której nie lubię, pracodawcy, mamie (o zgrozo!), synowi, który prawdopodobnie szybciej będzie pisał na klawiaturze niż piórem, wrogom (jeśli ich mam), potencjalnym agresorom. Każdemu. I może niektórym wydaje się, że osiągam tu szczyty ekshibicjonizmu, ale jednak cała masa spraw schowana jest głęboko w mojej głowie. I to jest normalne. Prawdopodobnie można dowiedzieć się na mój temat całej masy rzeczy za pomocą wyszukiwarki, ale to chyba jest już wpisane w naszą rzeczywistość. Dzień po poznaniu K. miałam już jego numer telefonu – nie od M., naszej wspólnej przyjaciółki, nie od niego, ale z Internetu właśnie. Nie omieszkałam tej wiedzy wykorzystać, a potem jeszcze kilka razy pomogłam sobie za pomocą danych ściągniętych z netu i proszę, jaka miłość nam się objawiła. No, ale umówmy się, nie robiłam niczego złego korzystając z upublicznionych informacji. A że w chwili, kiedy żegnaliśmy się pierwszy raz, byłam już nieźle zamroczona z jego powodu, to już naprawdę usprawiedliwia te kilka drobnych ruchów, którymi po prostu wspomogłam to, co i tak nieuchronne...


Dziś wieczorem odpuszczam sobie naukę. Jutro będę się uczyć. Dziś wieczorem będę oglądała Pitbulla na dvd. Pojutrze idę na potańcówkę w stylu ska i reggae do knajpy szantowej. Co założyć, co założyć? Dla uściślenia: szanty są mi obce, a za ska i reggae nie szaleję. Idę napić się piwa z fajnymi dziewczynami. Ach!

Na treningu było sześć osób, a w tym jedna dziewczyna. Tak, to byłam właśnie ja. Zmienialiśmy się w parach, litościwy trener uznał widocznie, że żadnego z chłopaków nie skaże na sparingi tylko ze mną. Dzięki temu 5 razy musiałam tupnąć nogą i dać do zrozumienia, że nie życzę sobie ironicznych uśmieszków, że można mnie uderzyć i że naprawdę wtedy się nie rozpłaczę. Oczywiście w połowie przypadków skończyło się na tym, że przyjmowałam postawę nieskażonego techniką walki ratlerka kąsającego po łydkach. A dokładniej – kopiącego w jądra. Tak. Ma się tę przewagę.


Acha. Jeśli ktoś ma ochotę wspomóc mnie w konkursie, proszę o wysłanie sms na numer 71222 o treści A02390
Cała przyjemność to jedyne 1,22 a dochód z smsów przekazany zostanie na wsparcie Ośrodka Szkolno - Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie.

poniedziałek, styczeń 14, 2008

zycie polega na podejmowaniu wyborow




( ale teraz idę w dobrą stronę. tak myślę. )

niedziela, styczeń 13, 2008

Zbierając siły do nauki zjadłam całą paczkę mieszanki studenckiej. Nawet nie chce mi się sprawdzać ile to kalorii. Ale podejrzewam, że tak ciężkostrawna przekąska wieczorem może zaowocować niesamowitymi snami. Po cichu liczę na sny erotyczne, rzecz jasna. Może nawet mi się uda, bacząc na to, że udało nam się z K. pobyć trochę razem. A jak sobie na niego trochę popatrzę, no to wiadomo. Jestem tylko samicą. Cóż.
Wczoraj uczyłam się do pierwszej w nocy, a on siedział obok i czytał gazetę. I kiedy tylko oderwałam się od pracy, to karcący głos przywoływał mnie do porządku. Wynik: dwa krótkie wypracowanka i kilka ćwiczeń z pracy domowej do Szoszi. Kiedy już zarzuciłam naukę, zaczęliśmy rozmawiać, co tradycyjnie przeciągnęło się do w pół do trzeciej.
Rozmawiałam rano z Mamą. Narzekała, że tak gadaliśmy po nocy zamiast spać jak ludzie. Wytłumaczyłam jej, że rozmowa z K. jest taką przyjemnością, że po prostu nie mogę sobie jej odmówić. Mama pokiwała głową i stwierdziła, że jako doświadczona kobieta może mnie zapewnić, że to jest najważniejsze w związku. Aha.
Wracając do mieszanki studenckiej. Jako mała dziewczynka, byłam święcie przekonana, że na każdej imprezie studenckiej rzeczoną mieszankę je się pod wódkę. Teraz, kiedy sama już studiuję wiem, że wódka najlepsza jest sama ze sobą, a mieszanka służy do pochrupywania w czasie nauki.

Muzyka na dziś:
The Sexual Life of The Savages czyli brazylijska nowa fala. Lata ’80 to mój czas.
As Mercenarias to mój nowy ulubiony zespół.


Etykiety:

piątek, styczeń 11, 2008

ja cie krece!

Na wtorek:
Opracować na epigrafikę fragment inskrypcji z Kuntillet Ajurd. Skorupa na której ów napis się znajduje datowana jest na koniec IX w. p.w.e.

Na środę:
- kilka zdań po hebrajsku do Tomala
- praca o Churchillu, po hebrajsku
- poprawić tekst o architekturze
- pisemne ćwiczenie z podręcznika, po hebrajsku
- coś czego nie zanotowałam, więc nie pamiętam
- 6 ćwiczeń z podręcznika


Jak mi się nie chce zacząć. Jeśli czegoś nie oddam to będzie mi wstyd przed samą sobą. No bo przecież co to dla mnie itd.
Ale zebrać się w sobie, zacząć...

Dostałam dziś wyciąg z konta. Mało nie przewróciłam się z wrażenia widząc jedną z wpłat. Po raz pierwszy odkąd sąd przyznał mi alimenty dostałam kasę! Kwota jest dziesięć razy mniejsza od zasądzonej, jest dwucyfrowa i ogólnie rzecz biorąc śmieszna, ale sam fakt się liczy. No, Mały, ale ci fajowe spodnie kupię! Spodnie od starego, proszę proszę.

Śmiechu warte.

21 stycznia w przedszkolu odbędzie się impreza dla babć i dziadków. Mały uczy się wierszyka.
Na Dzień Matki też na pewno coś przygotują. A ja, jak znam siebie, na pewno będę całe przedstawienie zalewała się łzami wzruszenia. Jeśli Dzień Ojca też obchodzą, to nie biologiczny Małego dostanie od niego zaproszenie, ale K. Proste.

hej szara wiara

Nie ma lekko.
Wieczorem zaliczenie z francuskiego, a jedyny francuski, którego w swoim wykonaniu jestem dziś pewna, ocenić może tylko K.
Koncert był super, naprawdę super. I świetnie się czułam. W nowej sukience, otoczona przyjaciółmi ( przyszły moje dwie ukochane dziewczyny z roku oraz M., mój przybrany starszy brat, z dziewczyną), uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do wszystkich i wszystkiego.
Noc też była super. Dwie godziny siedzieliśmy przy stole jedząc kanapki i pijąc piwo, i rozmawiając, rozmawiając, rozmawiając. Uwielbiam z nim rozmawiać.


A teraz kawa, książki, za chwilę idę odebrać Małego z przedszkola. Potem wyciągniemy gry (dostał ich masę na Gwiazdkę) i będziemy się śmiać razem.
A w nocy przyjdzie K., przygotuję mu posłanie i kolację, i herbatę z cytryną. I będę uczyć się wiedząc, że jest obok.

wtorek, styczeń 08, 2008

postanawiam!

Od blisko dwóch godzin usiłuję napisać krótki tekst na zajęcia. Doszłam do etapu, w którym mam ochotę poprosić wykładowcę o jedynkę oraz uwagę do dzienniczka. Mama podpisze.
Czasami tak już po prostu mam. Nie napiszę i już.
Biada mi, jeśli najdzie mnie to przy pisaniu pracy licencjackiej.

Coltrane mi gra. Odmiana po nowofalowych mrokach i chłodach. Zaraz do nich wrócę, ale muszę przewietrzyć głowę.

Z noworocznych postanowień: chodzić do szkoły. Zawsze. Wstawać kiedy tylko budzik wyda z siebie pierwszy pisk, dziarsko brać ożywczy prysznic, na śniadanie jeść więcej niż kawa i vasa delikatess z białym serem, a potem z otwartą głową biec na uczelnię.

Czytać więcej.
Czytać.
I nauczyć się tak zarządzać czasem, żeby mi go zawsze wystarczyło.

(swoją drogą, teraz dociera do mnie, że warto się uczyć, wszystkiego, wszystkiego. Myślę, że nawet rozmnażanie meduzy, gdybym ciągle znała ten schemat, w znaczący sposób poszerzałoby moje horyzonty. Dlaczego ja zawsze, całe te lata w szkolnej ławie, spędziłam na kombinowaniu jakby to się nie narobić, a dostać dobrą ocenę? Dlaczego uczyłam się tylko tego, co uważałam za istotne i ciekawe? Wszystko jest istotne i ciekawe, powiedzmy sobie to głośno i szczerze, wszystko. Cały świat jest taki ciekawy. Tak chcę go poznać. A żeby odczuwać całe jego piękno i niesamowitość, muszę mieć pewne podstawy, czyż nie?
zazdroszczę K. umiejętności kojarzenia faktów i wyciągania wniosków. Mogę zadać mu dowolne pytanie, a on odpowie. Pomyśli, pomyśli, a potem mówi. W pociągu relacji Łódź Fabryczna – Warszawa Centralna mówił bez przerwy przez godzinę. Patrzyłam na zegarek! A ja tylko zadałam mu drobne, niewinne pytanko.)

o tak
szkoda czasu na głupoty

chce mi się świata czerpać garściami

sobota, styczeń 05, 2008

szewc-y

Lektura na wieczór: Techinas: A Voice from the Heart, a Collection of Jewish Women’s Prayer, ‘As Only a Women can Pray.’- book revievs.
Czas przestać myśleć o pracy, czas działać!

Na obiad skrzydełka w pikantnym sosie pomarańczowym. Tata, który nie lubi ani kurczaka, ani eksperymentów typu owoce w kuchni, po zjedzeniu dokładki stwierdza a po co ci te studia, skoro ty tak świetnie gotujesz?
No proszę.

Poza tym dzień z K., co już samo w sobie sprawia, że jest ekstra. Szkoda tylko, że zasnę przytulając nie jego, a telefon komórkowy z jego smsami.


Etykiety:

piątek, styczeń 04, 2008

life is crazy

Trener stanął za mną, dotknął ramienia i zapytał dlaczego jesteś taka spięta? Rozluźnij mięśnie, wyluzuj się! Jeśli uderzysz teraz, to tylko sobie zrobisz krzywdę.

A ja nie mogłam.

A potem wyciągnęłam nie rękę, ale dwie ręce, dwie ręce i nogi nawet , na pojednanie, na spokój, na pokój.

Piosenka na dziś.



Chciałabym, żeby przestała mnie boleć głowa.

czwartek, styczeń 03, 2008

ciach ciach

Wydaje mi się, że to już jest częścią mnie i że to właściwie jest normalny stan. (Normalne uczucie. Że ten stan wiecznego zagrożenia, wiecznej gotowości do wojny, wiecznej kontroli tego kto i jak spojrzy, kto i co powie, doszukiwania się w tym niechęci do mnie, a potem odpowiadania na to czasami nawet agresją, wydawało mi się, że to naturalne.)
(nie wiem, czy to wynik zazdrości, braku pewności siebie, lęku, że będę porównywana, a potem dostanę mniej punktów, nie wiem.)

Ludzie mnie nie lubią, bo jestem dla nich niemiła, bo myślę, że oni mnie nie lubią

O jak mi źle.

O jak mi źle.


Oooo.


Nie jestem żadnym pępkiem świata.

Ciach ciach.

wtorek, styczeń 01, 2008

katzenjammer

Kiedy dowiedziałam się, że Sylwestra spędzę w Grodzisku Mazowieckim, pomyślałam oho
Kiedy na dworcu zobaczyłam grupę ok. 50 punków którzy jechali na tę samą imprezę, pomyślałam, że może być ciekawie.
Kiedy ze stacji w Grodzisku szliśmy całą grupą ok. 6 kilometrów na wieś pomyślałam, że poziom absurdu zbliża się do tego, jaki dla K. i mnie jest normalny.
Kiedy dotarło do mnie, że z tych około 150 osób, które są na imprezie, znam dobrze dwie, a kilka znam średnio pomyślałam, że nie będzie lekko.


A potem to już przestałam myśleć.
Po dwóch piwach nabrałam pewności siebie i radośnie paplałam nawet stojąc w kolejce do toalety. Po kolejnych obudziłam się o 5 nad ranem w łóżku i ze smutkiem stwierdziłam, że film urwał mi się przed północą, toteż nie zarejestrowałam chwili wejścia w nowy rok.
O 8 rano błagałam, żeby mnie dobić, o 9 szukałam w kuchni herbaty i usłyszałam, że jestem rozkoszna, o 10 gospodarz całował ze śmiechem moje dłonie wznosząc okrzyki, że to ja pierwsza „zaliczyłam zgon” i że to cudowne, a w południe po orzeźwiającym kilkukilometrowym spacerku wracałam pociągiem z nowo nabytymi kolegami, wtulając się w rycerskiego Ukochanego i czując, że młodość jest piękna.

I nawet ten potworny kac nie sprawia, że jest mi źle. Wręcz przeciwnie. Jeśli nie teraz, to kiedy? Za kilkanaście lat będziemy mieć fajne wspomnienia i dużo śmiechu z ich powodu.
I to jest piękne. Tak. Życie jest piękne.

Teraz już śmieszy mnie to, że jakiś gość wziął mnie za byłą K., a ona sama jest na mnie śmiertelnie obrażona do tego stopnia, że nie odzywała się do nikogo, kto aktualnie stał koło mnie.
A w nosie mam. K przedstawia mnie i Małego jako „moja żona i nasze dziecko” i to jest ekstra.

Jest ekstra.