piątek, luty 29, 2008

Szabat Szalom!

Upiekłam już ciasto. Jutro pomaluję paznokcie, założę fartuszek i ugotuję obiad. Białe wino już czeka. Taki obiad szabatowy mi odpowiada. Rodzinnie, radośnie, z przyjaciółmi. Nie będzie kiduszu, nikt nie zrobi netilat jadaim, nie zaśpiewamy „jom ze leIsrael ora wesimcha...”. Ale będzie Oneg Szabat. Rozkoszowanie się Szabatem, dniem bez pośpiechu, dniem z najbliższymi, tym dniem kiedy można nie myśleć o pracy i szkole...

Zarządziłam. W poniedziałek idziemy do kina. Za tydzień na Oniegina do Narodowego. Za dwa Obibox grają koncert. No i jeszcze trzecie urodziny Małego. Ach! Ale będzie tort!

DZIECI!!!

Rano napiłam się słodkiej herbaty. Dziwne, bo całe życie piję gorzką. Tylko w ciąży słodziłam i bardzo mnie to bawiło – ta zmiana upodobań. Nie wspomnę o marynowanych grzybkach, które jadłam przez cały drugi miesiąc...

I popijałam tak ten słodki, ciepły napój myśląc o tym, że znowu śniły mi się kobiety w sukienkach ciążowych. Tak jak mojej koleżance ze szpitala, gdzie leżałyśmy na patologii ciąży. Opowiadała, że w pewnym momencie, kiedy jej synek poszedł do przedszkola, jej zaczęły śnić się małe dzieci i kobiety w ciąży. No i wiedziała, że musi, po prostu musi mieć drugie.

A ja czekam, aż przestanie mi się to śnić, aż słodka herbata znów przestanie smakować. Wcale nie chcę tak bardzo tego teraz czuć, bo przecież wiem, że nie możemy teraz mieć dziecka. Ale cały mój organizm zaczyna już wariować, moja głowa już zaczyna wariować. Chciałabym już, już, już...

__

Dziewczyny z Fundacji Mama poprosiły mnie o tekst o samotnym macierzyństwie. No to dostały.

głowa nie od parady

Poważne rozmowy czasami nie wychodzą mi wcale, a czasami sama się sobie dziwię, ile potrafię powiedzieć. To wszystko jest chyba zależne od stopnia determinacji.
Dziś osiągnęłam maksymalną.

Na krav madze instruktor pochwalił moje uderzenia, jak to się mówi, z bani. Z kolei moja kondycja jest tak beznadziejna, że brak mi słów. Wstyd mi, po prostu mi wstyd.

Zaprosiłam na obiad M. z dziewczyną. Ze wzruszeniem wspomina moją zupę cebulową, tak więc co do pierwszego dania, już nie muszę się martwić. Ale zupełnie nie mam pomysłu na główne... Na deser planuję ciasto odchudzające. Strasznie się za nim stęskniłam... Oznacza to oczywiście, że następny tydzień będę żywiła się tylko kefirem i chlebkiem vasa sport. Oraz rzodkiewkami. Rzodkiewki rządzą.

środa, luty 27, 2008

granda

K. skomentował całość takim ładnym, warszawskim słowem
Granda

Ja ciągle nie mogę otrząsnąć się ze zdumienia, ciągle jestem zażenowana tym wszystkim, w czym uczestniczyłam. Nie wiem, jak to nazwać. Brak szacunku?
Sędzia znów miała do mnie pretensje, że nie znam adresu tego człowieka...
Nawet mi się nie chce wściekać na ten system, nie chce mi się. Ale poziom irytacji jaki osiągnęłam był naprawdę imponujący.

Jedynym jasnym punktem był kolega kolegi, który już w chwili, gdy nas sobie przedstawiano nie wiedział gdzie patrzeć i zaczął gadać głupoty. No urocze po prostu. Na propozycję wspólnego obiadu rzuconą przez mojego kolegę aż błysnęły mu oczy, a ja myślałam, że go ucałuję z wdzięczności. To było naprawdę lepsze, niż gdyby powiedział, że mu się podobam ;)
Ale obiadu nie było, bo wydało mi się to niestosowne, pójście do lokalu z nie swoim mężczyzną, bez wiedzy K. .

Pierwszy rozdział muszę oddać do 27 marca. Pierwszy rozdział będzie traktował o modlitwie, sidurze itd.

wtorek, luty 26, 2008

kobieta w sytuacji kretyńskiej

Dlaczego, do cholery, to ja się denerwuję przed jutrzejszą rozprawą? Dlaczego nie jestem wyluzowana? Staram się rozładować napięcie wyszukując w szafie jakiegoś ubrania, w którym poczuję się dobrze i pewnie. Kiepsko mi to idzie.
Chciałabym, żeby już było po wszystkim, żeby te sprawy się pokończyły i żebym już więcej nie musiała chodzić do żadnych sądów. Za każdym razem po wyjściu czuję niesmak, czuję złość, szoruję dłonie, który dotykały tych ławek, tych klamek, tego całego brudu.
I sama nie wiem, czy chciałabym, żeby się stawił, czy nie. Jeśli nie przyjdzie, to cała sprawa się przedłuży, co mi nie poprawi nastroju, a to w końcu jego cel. Jeśli przyjdzie...nie wiem. Tak dawno go nie widziałam. Nie mam pojęcia jakbym zareagowała gdyby się do mnie odezwał. Czasami na sparingach wyobrażam sobie, że to on jest moim przeciwnikem. Ale przecież wiem, że gdyby stanął przede mną, pewno znów zrobiłoby mi się zimno, znów zdrętwiałabym cała i nie mogła wykonać najmniejszego ruchu, wykrztusić z siebie słowa.
Czasami mam wrażenie, że po tym wszystkim, co mi zrobił, nienawidzę go tak mocno, jak kiedyś kochałam.

A to było tak dawno, a jakby nigdy.
A to było tak dawno, a nasz syn ma prawie 3 lata.
A trzy lata temu chodziliśmy z nim na spacery do parku, a on kupował mi czekoladki.
A ja jadłam je i nie miałam pewności, czy zdążę je skończyć przed zmianą jego nastroju.
Jak chłop baby nie bije to jej wątroba gnije lubił sobie pożartować.
Czasami się zastanawiam, czy gdyby przy pierwszej awanturze mnie uderzył, to bym odeszła. Odpowiedź na to jest bardzo smutna.

poniedziałek, luty 25, 2008

kobieta w sytuacji


Weekend w kolorach pomarańczowym, brązowym i złotym (takie mam pod powiekami, gdy wspominam).
W sobotę czulent. Refleksje liczne przy przebieraniu fasoli.

Spacery. Rozmowy.
Czułam się jak księżniczka. Przy nim. Traktuje mnie jak królewnę. On. On. On.

Idee kiełkują. Sygnały. Światełka.
Mój syn mnie kocha, mimo wszystko. Tuli się do mnie i mówi „moja mama”. Przez sen szepcze „chodź tutaj...”.

Czuję spokój, jasność i dobro.
Bardzo dobry czas.
Bardzo dobry czas.

( jesteśmy rodziną )
__________
Piosenka na dziś.

Madame Oraculo - Nau

sobota, luty 23, 2008

horrmony

Zamawiam kawę, wybieram ciastko to za małe...to mi się nie podoba....to jest chyba trochę za zdrowe, a to ma otręby....owsiane odpada....to jest za niskie....o, czekoladowe? Proszę pana, czy ono jest dobre? A czy jest bardzo słodkie? A czy na pewno?

To jest ten dzień. Osiągnęłam dno. Totalne dno.
Jeśli jeszcze raz będę musiała założyć trampki to umrę.
Marzy mi się chodzenie na obcasach, pomalowane paznokcie, kręcenie pupą...

Pamiętam, kiedyś się spotkałyśmy. Ja akurat pchałam wózek, wiec założyłam to, co najwygodniejsze do pchania wózka/wnoszenia i wynoszenia wózka z tramwaju/noszenia dziecka/etc. A ona była prosto z pracy, obcasik, spódniczka, torebka niewielka, szminka, puder.
Poczułam się przy niej jak ostatni lump, patrzyłam na swoje adidasy i rozciągnięte dżinsy, znalazłam na bluzce plamę z soczku Małego, masakra. A ona taka wymuskana, świeżutka, no szlag mnie trafił, szczególnie za te pantofle.

Nie czuję się kobieco, nie czuję się pociągająco, nie czuję się seksownie.
Czy ten okres to jest jakaś kurna kara? Po cholerę ja biorę te pigułki? Żeby mój organizm grzecznie nie owulował, żeby mi wszystko w środku zastygło do czasu, aż mi się zechce rozmnażać. Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego czy owuluję czy nie, zawsze kiedy mam okres to czuję się gruba, brzydka, mam pryszcze i nie lubię świata? Jestem jak z kiepskiego dowcipu z serii tych, co faceci opowiadają sobie przy piwie, a potem długo rechoczą.

środa, luty 20, 2008

madame oraculo

Marzy mi się zwyczajność. (spotkałam K.P. , pierścionek z białego złota na palcu lśnił) Marzy mi się normalność. Marzy mi się poczucie, że pierwszy raz w życiu coś ważnego robię tak, jak wszyscy. A najbardziej na świecie marzy mi się, żeby ich zadowolić tą swoją normalnością.
(moją? Nie, nie moją, ich, dla nich)
(potem to już mi nie zależy, ten jeden raz, jeden raz w życiu chcę)

Czy to nie potworne, że ze strachu przed normalnością chcę udawać, że rytuały to moja druga natura?
Że chcę zagłuszyć niewypowiedziane formułkami, odgrywać sceny, wyuczone role?

Moje życie to kłamstwa. Moje dziś to kłamstwa. Nawet milcząc kłamię.
Chcę się z tego już wyrwać.

Chcę do K.
Chcę do domu.

zimno

Sz. spojrzała na mnie, zamyśloną, a potem zaczęła mówić o tym, że wchodząc na teren uniwersytetu trzeba zapomnieć o wszystkim, o całym świecie. Trzeba oczyścić głowę z problemów, z pracy. Mają liczyć się tylko studia.
Trudno nie przyznać jej racji. I przyznać się przed sobą, że te studia to nie tylko radość z poznawania świata, poszerzanie horyzontów, ale i ucieczka od rzeczywistości. Od życia.
(i nikt mi nie może zakazać myślenia...)

Zamówiłam receptę w przychodni. Przychodnia jest dla mnie spalona odkąd zmienili lokalizację. Nie zniosę bywania w tej okolicy, nie zniosę przechodzenia obok tego domu, siedzenia na tym przystanku.
I niby jest tak dobrze, wczoraj wieczorem kilka miłych smsów, myślę o niej cieplej, normalniej(?). Ale to jest teraz. Teraz jestem bezpieczna.
Ciągle nie umiem spokojnie podchodzić do przeszłości. Ciągle każde wspomnienie mnie boli.
To chyba normalne?


Czuję się dziś obrzydliwie. Siedzę, a przede mną mój brzuch. W takie dni jak te unikam rozbierania się. Nie patrzę w lustro, nie dotykam się.
Słoik nutelli stał, więc zjadłam go łyżeczką. Wuzetka. Ciastko ze śliwką.
Ale kupiłam sobie biały ser i zamierzam się pokatować. Aż wejdę na wagę i zobaczę mój ukochany wynik. Poczuję się tak dobrze, będę silna, energiczna, zadowolona z siebie. A potem, za jakiś czas znów będę jadła, czuła się wstrętnie, źle i smutno, ale z tego wszystkiego będę jadła, tabliczka czekolady schowana w biurku, co mi tam, paczka ciastek. A potem znów będę się głodziła, będę się ważyła, aż osiągnę swój wynik. I tak do końca życia.

wtorek, luty 19, 2008

back

Wróciłam na dobre.
Mały chory znowu, całe noce kaszle, gorączkuje, nie ma siły na nic.
Na jutro wypracowanie do Szoszi, milion ćwiczeń, konspekt pracy, dwa eseje do przeczytania, w tym jeden po hebrajsku, etc etc etc

Ale jednocześnie sobie myślę.
Wysłałam maila ze swoim pomysłem. Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Chce mi się działać.
Plany marszowe na 8 marca mam.

Wczoraj na próbie Obibox strasznie chciało mi się śpiewać. O rany, jak mi się chce śpiewać!

Zbliża mi się okres i wiadomo co to znaczy.

Lanckorona...

O rany.
Udało się.
A do tego po raz kolejny okazało się, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Na przykład i K. i moją naturalną funkcją życiową jest sen. Możemy spać zawsze i w każdych warunkach. Toteż spaliśmy. Albo łaziliśmy po górach i dołach. Albo jedliśmy (o tak, jedliśmy dużo), albo rozmawialiśmy (kochanie, już dwunastą godzinę rozmawiamy o głupotach zwrócił mi uwagę przy kolacji), albo piliśmy piwo, albo uprawialiśmy seks. Część z tych czynności wykonywaliśmy jednocześnie, w różnych konfiguracjach.
Tak. Było super.
Czy ja już wspominałam, że jestem zakochana?

A piątkowy koncert The Kuflers był świetny. Zrobiłam masę zdjęć ucząc się w trakcie obsługi nie swojego aparatu. Okazało się, że do robienia zdjęć zespołu na scenie najlepsza jest opcja „dzieci i zwierzęta”. A potem z M. zjadłyśmy winogrona panów z Vavamuffin. Uaaa siedziałam w jednym pokoju z panami z Vavamuffin, uaaa, oni pytali mnie o różne rzeczy, a ja chciałam poprosić tylko, żeby mi zanucili chociaż jeden swój numer, bo nie kojarzę. Masakra, nie?

Mój ukochany zaprosił mnie na romantyczną, walentynkową kolację do lokalu.
I nawet był pod krawatem, w białej koszuli.
Co prawda było to dzień po Walentynkach, ale ja już swoje wiem.
Jestem zakochana na amen.

piątek, luty 15, 2008

hmm

Zostawiam dziecko na trzy dni, więc postanowiłam zrobić mu na obiad naleśniki z nutella i bananami. Na ich widok mój syn rzucił się na ziemię z okrzykiem o niee bleee nie chcę... A potem wyjął sobie z lodówki kawałek kiełbasy.

3-latek który nie reaguje na słowo „czekolada”. Porażka pedagogiczna? ;)

czwartek, luty 14, 2008

beza. jestem słodka jak beza.

Poziom mojej ekscytacji wzrasta z każdą chwilą. Beza osiągnęła niebotyczne rozmiary; niedługo przygotuję krem, na całości ułożę plasterki kiwi. Tort Pawłowej jak znalazł na dziś. Do tego wino i ostatni Bond na DVD.
Plecak już pełen. Pakuję gruby sweter, jadę w butach typu traperki, ale bieliznę wybrałam najładniejszą. Odliczam godziny!
Jutro po południu zacznie się nasz weekend. Będziemy mieli trochę czasu na pogadanie. Będę miała trochę czasu na pomyślenie.
O kolejnym przyrodnim braciszku przyrodniego rodzeństwa mojego syna, co ma jak on tak samo na imię. A wraz z tym tematem – o istocie rodziny.
Lalunia podobno ogląda zdjęcia Małego na gronie. Czy chciałaby go poznać? Ostatni raz widzieli się tak dawno, trzymała go w ramionach, wzruszona, lekko przestraszona, ale pełna zachwytu. Głaskała go i całowała w czółko.
Czy kiedyś się poznają? Czy będą prawdziwym rodzeństwem? Co to dla nich właściwie znaczy, ten wspólny ojciec, jedno nazwisko?
A może nic?

No właśnie. Może bez potrzeby się tym zajmuję.

__

walentynkowa kolorowanka mojego syna:

wtorek, luty 12, 2008

wódki zimnej mi się chce!

Głównie o dzieciach będzie.
Ale jeszcze wspominki.
Jak to wczoraj najpierw poszłyśmy na drinka i nikt się do nas nie chciał przysiąść, ale to pewno dlatego, że weszłam do klubu w berecie... Dziewczyny miały mi to trochę za złe, mnie szczęśliwie było wszystko jedno.
A potem uznałam, że jestem głodna i muszę natychmiast coś zjeść. Opuściłyśmy ten zadymiony lokal i tanecznym krokiem ( nie mogłam się powstrzymać, żeby ukradkiem nie pomachać do panów siedzących we foyer hotelu Victoria, którzy aż odwrócili się w fotelach na nasz widok i gapili się przez okno ;) ) udałyśmy się do Bistro a la fourchette.
Myślałam, że umrę ze szczęścia. Lokal taki, że chciałam na wejściu już zakrzyknąć „szefie! Inwalidę i lornetę razy trzy!”
Gzik i zimna wódka zaserwowane przez pana, który wyglądał, jakby całe życie spędził jako kelner wyspecjalizowany w kulturalnym acz stanowczym wypraszaniu zasiedziałych klientów były idealnym dopełnieniem wieczoru.
Tak, zdecydowanie takie babskie wyjścia to dobry wynalazek. Po tych naszych pogawędkach, śmiechach, docinkach i chwilach całkiem poważnych nabrałam dystansu do paru spraw, wyluzowałam. No girl power po prostu.


A dziś rano wstałam, zapakowałam do zielonego plecaczka typu żabka jabłko i soczek, odziałam dziecinę i ruszyliśmy. Potwornie byłam zdenerwowana, bo po raz pierwszy miałam jechać z Małym metrem bez wózka. Wiem, wiem, stary koń z niego, ale jak metrem to daleko, a jak daleko to on się szybko zmęczy i trzeba by go nieść, no to wózek. Tym razem blisko, bo jedna stacja. Moje zdenerwowanie miało kolejny powód. Mały i jego grupa przedszkolna szli do kina. Do kina! Mój synek był dziś po raz pierwszy w kinie. Ale numer, nie? Obejrzeli „Gdzie jest Nemo”. Kiedy odbierałam go potem z przedszkola, panie powiedziały, że muszą pochwalić Małego jako najgrzeczniejsze dziecko. Inne maluchy zajęły się robieniem kup, oblewaniem się soczkami, marudzeniem, chceniem do mam, a mój synek niezrażony kulturalnie wysiedział w fotelu, obejrzał film, a potem grzecznie wrócił z grupą autobusem. Myślałam, że pęknę z dumy. Jutro musimy wstać jeszcze wcześniej, bo rano jedziemy na pierwsze zajęcia pt. gimnastyka z elementami judo. Mały będzie miał swój pierwszy kontakt ze sztukami walki! Jesteśmy z Abą zachwyceni. Mały już teraz wykazuje duży entuzjazm, kiedy Aba wykona kilka efektownych ciosów bądź kopnięć w powietrze i wszystko stara się powtórzyć.

Ale to wszystko pikuś.
Kiedy w holu kina grupa już się zebrała, a pani powiedziała no to ruszamy! zobaczyłam jak mój malutki synek z zielonym plecaczkiem typu żabka, ściskając w ramionach zwiniętą kurtkę, idzie z grupą podobnych mu krasnalków. I idzie, na chwilę się tylko obejrzy i uśmiechnie, a potem przyspieszy, dołączy do koleżanki co mu się chyba podoba, bo przed snem dużo o niej opowiada, i znika w korytarzu.
A ja jak ten słup soli, jak ta żona Lota nieszczęsna, ze łzami w oczach i zmiędloną czapką w ręce, wzruszona do granic możliwości, wpatrzona w to maleństwo, co już takie duże, że do kina chodzi! No stałam na środku Multikina i ryczałam.
Głupia, nie?

poniedziałek, luty 11, 2008

wino!

Cudowne wieczorne plany – wino z dziewczynami. Bosko!

Wczoraj wzięło nas z F. na wspominki. Pamiętam to gorące lato 2006, nocne wycieczki na rowerze, wino we włoskiej restauracyjce pod lasem, wspólne oglądanie mistrzostw świata w piłce nożnej (albo czegoś w tym stylu) u niego w mieszkaniu. Napawałam się tym, chłonęłam każde jego słowo, każdy komplement, każde spojrzenie. Było jak lekarstwo. On wiedział, że nic z tego nie będzie, ja miałam to samo w głowie. Zaraz potem poznałam K. i zupełnie straciłam głowę...
Teraz radośnie plotkujemy, a ja mu łaskawie ujawniam tajemnice kobiecych sztuczek. Swoją drogą to ciekawe, że często mi się zdarza, że moi byli radzą się mnie w sprawach damsko-męskich ;)

- i pamiętam jak siedziałaś u mnie, a ja całą siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie..no wiesz..
- czar nagiej stopy, co nie? (śmieję się)
- skąd wiesz? (szczerze zaskoczony)
- a czy ty myślisz, że przypadkiem oparłam ją o twoje krzesło??


Ech...W morzu moich kompleksów tym kołem ratunkowym, które pozwala mi jakoś funkcjonować są dwie rzeczy. Moje włosy i stopy. Żyję w przekonaniu, że nie mają sobie równych.
Niestety, to co pomiędzy nimi zdecydowanie mi nie odpowiada. Dlatego nie będę nigdy nosić martensów do mini spódniczki, ale kieckę do kostek i japonki – owszem.

Ach, niech już będzie lato!

niedziela, luty 10, 2008

nowhere bei mir

Nowhere by Mir Nicolle Meyer


Kiedy jest mi dobrze, to słucham tej piosenki w kółko i cieszę się nią. I śpiewam „get under my skin you never try...” i to są tylko słowa, tylko słowa...


Poza tym ból głowy. Doliczyłam do tego włosy wypadające garściami od kilku miesięcy, paznokcie, które obcinam aż do skóry bo i tak są w rozsypce, ciągłą senność, infekcje. Bilans mi wyszedł nieciekawy. I przypomniałam sobie o zaległej wizycie u endokrynologa. I to chyba hormony mnie załatwiły.
Mam tylko nadzieję, że nikt mi nie każe odstawić pigułek.
Kiedy ostatni raz to zrobiłam, to zaszłam w ciążę. Jako Bogini Płodności udało mi się to po pierwszym razie bez zabezpieczenia.
(nie lubię tych kretyńskich pytań typu „wpadka czy planowane?”. Oczywiście kurna że nie wpadka. Jak się idzie do łóżka i paczkę prezerwatyw zostawia na szafce nie rozpakowaną, to ciąża niby ma być przypadkiem?)


Wieczorami nacieram całe ciało pachnącym balsamem i przeglądam się w lustrze. W piątkowy wieczór The Kuflers grają w Otwocku, z Vavamuffin. I tym razem już wiem, co założę na siebie :)

Etykiety:

sobota, luty 09, 2008

czekolada...

Głowa mi już puchnie od myślenia o tej pracy. Zrobiłam już konspekt, ale zacięłam się pisząc pierwszy rozdział. Mam tę wiedzę, mam pomysły, mam przemyślenia. Ale nie umiem tego przekazać w taki „mądry” sposób. Nie umiem pisać prac naukowych. Nie jestem intelektualistką, nie znam całej masy trudnych słów. Mój język jest prosty, lubię konkret. Napisałam najkrótszą z klasy pracę maturalną z polskiego, a na myśl o tym, że licencjat ma mieć ok. 30. stron...słabi mnie.
Siedziałam z O. w BUWie. Ona tłumacząc teksty do swojej pracy klęła cicho. Nie lubi swojego tematu, nie podoba jej się, żałuje, że go wybrała. A ja wręcz przeciwnie – kręci mnie. Przygotowanie do pisania, zbieranie materiałów wciągnęło mnie niesamowicie. Myślę ciągle o tym temacie, widzę, jak zmieniają się moje poglądy na pewne sprawy. Ciągle się uczę, dowiaduję czegoś. Jestem tym wszystkim szczerze zafascynowana.
Ale za emocjonalne zaangażowanie oceny nie dostanę...A bez dobrej oceny nie dostanę się na drugie studia. A wtedy mój misterny plan padnie.

Mam ochotę na czekoladę. Mam ochotę na przytulanki z Lubym. Mam ochotę leżeć, słuchać muzyki, czuć jego zapach i nie patrzeć na zagarek.
Za tydzień o tej porze, według planu, będziemy już w Lanckoronie.
W Krakowie kupimy wino na wieczór. Pójdziemy na spacer na Górę Zamkową, pokażę mu Most Aniołów i kapliczkę Konfederatów Barskich. Pójdziemy na wódkę do Sielanki i na krówki do spożywczaka przy rynku, najlepsze na świecie, kruche z zewnątrz, ciągnące w środku. A potem nie dam mu zasnąć aż do świtu. Odliczam dni.

czwartek, luty 07, 2008

a jednak...

Zbliżała się 8 rano, nasz autobus stał w korku pod Piasecznem. Mały wyglądał przez okno znudzony, Luby pogrążył się w rozmyślaniach udając, że nie przysypia.

- moi kochani mężczyźni, tak dzielnie znosicie wszystkie moje pomysły...
- nie mamy wyboru.

___

A. jest w ciąży. T. właśnie zostawiła mi na gg wiadomość, że ma 4 cm rozwarcia i jedzie rodzić. A ja liczę ile jeszcze lat muszę czekać...

tałes i kobiety

W tradycyjnym, ortodoksyjnym judaizmie przyjęte jest, że tylko żonaci mężczyźni owijają się w tałes na czas modlitwy. Dlaczego? Do XIV wieku nie pojawił się w pismach chazal (חז"ל – chachamejnu zichronam liwracha czyli nasi mędrcy błogosławionej pamięci ) zakaz noszenia tałesu przez kobiety. Wręcz przeciwnie, pojawiają się rozważania na temat tego, czy kobiety powinny odmawiać związane z tym błogosławieństwo, skoro są zwolnione z tej micwy. Kobiety w judaizmie nie muszą wypełniać tych przykazań, które związane są z konkretnym czasem, ale tylko tzw. micw pozytywnych, czyli nakazów. Wszystkie zakazy je obowiązują ( np. związane z prawami dotyczącymi Szabatu ).
Rambam, jeden z większych mędrców żydowskich, w swoich pismach wydał opinię, według której kobiety, jeśli chcą przyjąć na siebie tę micwę, nie powinny wypowiadać błogosławieństwa. Wynika z tego, że nie ma przeciwwskazań, dla których nie mogłyby tałesu nosić!
Dziś w ortodoksyjnej synagodze nie spotka się kobiety owiniętej w tałes. Od lat ’70 XX w., kiedy to pojawił się ruch żydowskiego feminizmu, co raz więcej kobiet decyduje się na to, jednak wywodzą się one ze środowisk liberalnych. Teraz w społecznościach reformowanych mamy nawet kobiety rabinów, kobiety kantorów... Pojawiają się jednak Żydówki ortodoksyjne, które mówią głośno o swoim prawie do zakładania tałesu i tefilin ( filakterii ). Należy do nich Haviva Ner-David, bodajże pierwsza ortodoksyjna Żydówka, która została rabinem. Większość ortodoksów nie uznaje, rzecz jasna, jej smichy...

Tałes, przez część porannej modlitwy zakładany nie tylko na ramiona, ale i na głowę, służy jako fizyczna i duchowa bariera między modlącym się a resztą świata. Ułatwia skupienie się na słowach modlitwy, umacnia kawanę ( termin trudny do przetłumaczenia, coś w rodzaju intencji, woli modlitwy, skoncentrowania się na niej).
Skąd to wiem? Tak mi się zawsze wydawało, kiedy patrzyłam, z wyraźną zazdrością, na mężczyzn okrytych ich tałesami. Czasami podkradałam J. jego ciężki, wełniany tałes i zakładałam na ramiona, kiedy nikt nie widział. Czułam jego wagę i miałam wrażenie, że mnie chroni – pewno dlatego podobały mi się właśnie takie jak jego, wełniane, a nie te nowomodne, z cienkich tkanin.
Nigdy nie miałam śmiałości, żeby modlić się z tałesem na ramionach. Kiedyś wydawało mi się to niestosowne. Myślałam, że kobiety nie mogą tego robić. Teraz wiem, że wynikało to tylko z mojego niedouczenia.

Wiem, że jeśli kiedyś wrócę na tę drogę, to już z tałesem na ramionach.

Etykiety:

wtorek, luty 05, 2008

na wszystkich frontach świata

Długie spacery, długie rozmowy, plany, plany, plany...
( Mały bawił się klockami przed kominkiem, ja oparłam głowę na kolanach Lubego i przysnęłam. Obudziłam się jakiś czas potem, kiedy głaskał mnie po głowie i przyglądał mi się. Boże, jak pięknie.)

Nie uczyłam się nic przez te kilka dni, chyba, że za naukę uznać można czytanie Kereta w oryginale. Fajny, prosty język i całe mnóstwo frajdy. W opowiadaniu „Rabin met” („Rabin umarł”) zastanawiam się chwilę nad obco brzmiącym wyrazem. Co to może być? Vespa! Cieszę się z takich odkryć jak małe dziecko. Cieszę się z tego, że dotykam prozy nie przetworzonej przez zmianę języka. Muszę poskromić swoje lenistwo i robić to z literaturą w każdym ze znanych mi języków...

Słucham Siekiery „Na wszystkich frontach świata”. Luby stwierdził, że powinni przyznawać medal za wysłuchanie całej płyty na raz. Oj tak. Jest super. Odpowiada mi ten rodzaj hałasu, chociaż i tak z działalności tego zespołu za absolutne mistrzostwo uważam „Nową Aleksandrię”. Poznać mnie po znaczku w kurtce. ( na imprezie sylwestrowej jakiś facet stał przede mną, wpatrywał się w znaczek z zachwytem, kiwał głową i mówił ostatni raz widziałem go w sklepie przy Pl. Konstytucji w ’83.... ) Z nowości – Bauhaus wszedł do studia pierwszy raz po ponad 25 latach. No i nie nagrał mojej ulubionej płyty, niestety.

Etykiety: ,

piątek, luty 01, 2008

Hadlik Ner

"The house is prepared,
Orderly, awaiting the guests -
Somehow it never manages to look this clean on wekdays.
Suddenly a moment of silence
the universe is hushed, waiting
she raises her hands
making three circles
bringing forth the world of holiness
here into this world,
into this house, this room
where we will truly live
and never forgot
and never want to leave.


Shabbat is the great miracle of Jewish life. How is it that the house feels so different, that food never tastes do good? And how is it that this is so intimately connected with women? Man can certainly light Shabbat candles, and should if no woman is there to do it. They are obligated equally with wmen to "remember Shabbat and keep it holy." (...) Abraham Heschel has cited Rabbi Shimeon bar Yochai as saying that "all mitzvot, all commandements, the Holy One gave to Israel in public, except the Shabbat, which was given in privacy, 'between Me and Israel'". The mystery of Shabbat is, as we saw above, the mystery of the union of the y-h-v-h, the masculine, transcendent aspect of God, with the Shekhinah, the feminine, immanent aspect of God. Reflected in the union of husband and wife on Shabbat, it is the ultimate joy of Shabbat itself. For the man, this is symbolized in his making Kiddush, for the cup of wine represents the feminine. This is his part in bringing together what is separate: husband and wife, male and female, God and the world - a movement inward, proclaiming a toast to home and to the place of the feminine."

z: "The Voice of Sarah. Feminine Spirituality & Traditional Judaism", Tamar Frankiel

frankly...

Już po.
Boli mnie głowa.
Pani prokurator wygląda na starą jędzę. To chyba dobrze dla mnie.

Niech mnie ta głowa przestanie boleć.
Weekend zapowiada się leniwie i rodzinnie.