Głównie o dzieciach będzie.
Ale jeszcze wspominki.
Jak to wczoraj najpierw poszłyśmy na drinka i nikt się do nas nie chciał przysiąść, ale to pewno dlatego, że weszłam do klubu w berecie... Dziewczyny miały mi to trochę za złe, mnie szczęśliwie było wszystko jedno.
A potem uznałam, że jestem głodna i muszę natychmiast coś zjeść. Opuściłyśmy ten zadymiony lokal i tanecznym krokiem ( nie mogłam się powstrzymać, żeby ukradkiem nie pomachać do panów siedzących we foyer hotelu Victoria, którzy aż odwrócili się w fotelach na nasz widok i gapili się przez okno ;) ) udałyśmy się do
Bistro a la fourchette. Myślałam, że umrę ze szczęścia. Lokal taki, że chciałam na wejściu już zakrzyknąć „szefie! Inwalidę i lornetę razy trzy!”
Gzik i zimna wódka zaserwowane przez pana, który wyglądał, jakby całe życie spędził jako kelner wyspecjalizowany w kulturalnym acz stanowczym wypraszaniu zasiedziałych klientów były idealnym dopełnieniem wieczoru.
Tak, zdecydowanie takie babskie wyjścia to dobry wynalazek. Po tych naszych pogawędkach, śmiechach, docinkach i chwilach całkiem poważnych nabrałam dystansu do paru spraw, wyluzowałam. No girl power po prostu.
A dziś rano wstałam, zapakowałam do zielonego plecaczka typu żabka jabłko i soczek, odziałam dziecinę i ruszyliśmy. Potwornie byłam zdenerwowana, bo po raz pierwszy miałam jechać z Małym metrem bez wózka. Wiem, wiem, stary koń z niego, ale jak metrem to daleko, a jak daleko to on się szybko zmęczy i trzeba by go nieść, no to wózek. Tym razem blisko, bo jedna stacja. Moje zdenerwowanie miało kolejny powód. Mały i jego grupa przedszkolna szli do kina. Do kina! Mój synek był dziś po raz pierwszy w kinie. Ale numer, nie? Obejrzeli „Gdzie jest Nemo”. Kiedy odbierałam go potem z przedszkola, panie powiedziały, że muszą pochwalić Małego jako najgrzeczniejsze dziecko. Inne maluchy zajęły się robieniem kup, oblewaniem się soczkami, marudzeniem, chceniem do mam, a mój synek niezrażony kulturalnie wysiedział w fotelu, obejrzał film, a potem grzecznie wrócił z grupą autobusem. Myślałam, że pęknę z dumy. Jutro musimy wstać jeszcze wcześniej, bo rano jedziemy na pierwsze zajęcia pt. gimnastyka z elementami judo. Mały będzie miał swój pierwszy kontakt ze sztukami walki! Jesteśmy z Abą zachwyceni. Mały już teraz wykazuje duży entuzjazm, kiedy Aba wykona kilka efektownych ciosów bądź kopnięć w powietrze i wszystko stara się powtórzyć.
Ale to wszystko pikuś.
Kiedy w holu kina grupa już się zebrała, a pani powiedziała
no to ruszamy! zobaczyłam jak mój malutki synek z zielonym plecaczkiem typu żabka, ściskając w ramionach zwiniętą kurtkę, idzie z grupą podobnych mu krasnalków. I idzie, na chwilę się tylko obejrzy i uśmiechnie, a potem przyspieszy, dołączy do koleżanki co mu się chyba podoba, bo przed snem dużo o niej opowiada, i znika w korytarzu.
A ja jak ten słup soli, jak ta żona Lota nieszczęsna, ze łzami w oczach i zmiędloną czapką w ręce, wzruszona do granic możliwości, wpatrzona w to maleństwo, co już takie duże, że do kina chodzi! No stałam na środku Multikina i ryczałam.
Głupia, nie?