środa, lipiec 30, 2008

czulent.

Kremy, balsamy, maseczki. Dopieszczam się. Pachnę. Rozczesuję włosy palcami. Moje ciało znów się zmienia, znów coś się z nim dzieje. Powoli, skutecznie. Zaokrąglony brzuch, obojczyki już tak nie wystają. Mama mówi „tak pięknie wyglądasz” a ja wchodzę na wagę. Trzy kilo do przodu. Dotykam się i nie przeszkadza mi ta miękkość, te krągłości. Wręcz przeciwnie. Pierwszy raz w życiu, pierwszy raz w życiu stoję przed lustrem naga i podobam się sobie pomimo wagi tak dalekiej od mojego niedawnego ideału. Jasne, kontroluję, pewnych granic nie przekroczę, ale to uczucie jest dla mnie takie nowe! No i myślę jeszcze czulej o tym, dzięki któremu tak mi ze sobą pięknie.

Z nowości na półce – obok czerwonego lakieru postawiłam śliwkowy. No i ten czarny eyeliner! Dziś kupiłam płytę Amy Winehouse. ( brak związku!).

Iwaszkiewicz odłożony na bok, a dokładniej – został w Z. Wróciłam do „Pana Maniego”, z przyjemnością. Na liście oczekujących Jehuda Amichaj, ale tym razem nie będę czytać, będę tłumaczyć. A przynajmniej spróbuję...

Brakuje mi Szoszi. Niechby nawet znów mi kazała pisać jakieś okropnie nudne wypracowanie i groziła ogniem piekielnym. Tęsknię za nią. Czy to normalne tęsknić za swoją nauczycielką i promotorką? Czuję, że ona w jakiś zupełnie niesamowity sposób wpływa na moje szare komórki. Ten ostatni rok studiów był bajeczny, poczułam wreszcie, jak poszerzają się moje horyzonty, jaki świat poznaję, jak rozwijam się intelektualnie. Kiedy uświadamiam sobie, że jeszcze tylko dwa lata studiów na hebraistyce...okropne! Czuję, że dopiero zaczynam. Chcę więcej. Więcej.

pestki!

Ostatnie kilka dni to wiśnie, las, Iwaszkiewicz, piasek, trochę muzyki, dużo słońca.
Sielsko! I nic więcej. Naprawdę chwilowo nic więcej nie chce mi się pisać.

czwartek, lipiec 24, 2008

przyjemnie

Jak miło, jak to miło czytać w łóżku, a potem gasić światło i zasypiać z myślą, że za jakiś czas przyjdzie On, przytuli się, pocałuje w ramię i zaśnie obok. Patrzę zdumiona na kalendarz – już za miesiąc nie będzie to wydarzeniem! Już za miesiąc po prostu tak będzie...
Czas tak szybko leci. Co ja robiłam, zanim Go poznałam? Co by się ze mną stało, gdybyśmy się nigdy nie spotkali?


Czytam „Pana Maniego”. Nie spotkałam się nigdy z taką powieścią. Składa się z rozmów, ale zapisane są tylko wypowiedzi jednej strony. Fascynujące.

Dziś na obiad pomidorówka z ryżem, specjalnie dla Małego, który tak jak jego mama kiedyś i tata obecnie jest małym pomidorówkożercą. Drugie danie dla wybranych czyli makaron z brokułami i sosem z sera pleśniowego. Zdecydowanie dla koneserów ;) Jutro upieczemy zawijane ciasteczka z pistacjami, specjalnie dla Teściowej In Spe. No i może jeszcze muffiny z borówką i białą czekoladą?
Na dobre wróciłam.

Jutro jest też koncert 22PM, pierwszy w historii. Cieszę się i nie mogę doczekać. Zapraszam do kawiarni Mamele w Teatrze Żydowskim, wstęp od 19, koncert najpewniej o 21 J


Jestem szalenie przywiązana do higieny i na myśl o spaniu pod namiotem w czasie festiwalu Hodokvas lekko cierpła mi skóra. No bo jak to, bez łazienki? Okazało się, że pierwszego dnia, po 12 godzinach w podróży, prysznice są jeszcze zamknięte. Nazajutrz czynne były od południa. Kolejnego dnia byłą już tylko zimna woda, a ostatniego myłam siebie i włosy pod kranem z lodowatą wodą na świeżym powietrzu. Byłam bardzo zdesperowana. Tak więc jadąc na ten jeden dzień w Jarocinie myślałam gorączkowo o tym, czy z prysznicami też będzie tak marnie. Okazało się, że za jedyne 2,50 można umyć się pod prysznicem jarocińskiej pływalni. Hurra! Idąc w tamtą stronę pytałyśmy dziewczyn jak tam jest. Jedna z nich powiedziała „w porządku, czysto, ale wiecie, trochę kłopot, tam się kąpią wszyscy razem, nie ma firanek...” Na co ja zaskoczona zapytałam „jak to razem? Chłopcy i dziewczęta?” ( chłopcy i dziewczęta? Co za język ;) ) „Nie, nie, no oddzielnie, po prostu nie ma firanek”. Aha. A więc to jest ten problem według napotkanej punkówy. Kiedy weszłyśmy do szatni napotkałyśmy tłumek dziewczyn zasłaniających się ręcznikami, a niektóre kąpały się w kostiumach kąpielowych. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie jestem specjalnie otwarta w kwestii obnoszenia się z własną nagością, ale i przyjęłam już dawno do wiadomości, że inne kobiety mają to co ja, ale troszeczkę inne i nie ma się czego wstydzić. Okazało się, że część dziewczyn, które po wejściu na pływalnię pozdejmowały swoje glany i inne akcesoria pokazujące ich stosunek do świata, było tak zawstydzonych, że myły się w ubraniu, bo jak inaczej nazwać kostium kąpielowy. I przyznam, że bawi mnie to do dziś, bo część z nich chyba trochę zazdrościła A. i mnie, że beztrosko paradujemy bez majtek po przebieralni i pod prysznicami i możemy umyć się naprawdę całe. 2,50 w końcu ;)

A przy okazji ja lubię sobie popatrzeć.

środa, lipiec 23, 2008

..si...

Nie rozumiem tego dnia. Próbuję sobie przypomnieć co działo się wczoraj. Nie wiem jaki sens ma dziś. Od kilku godzin chowam się przed nim pod kocem, czytam książkę, co kilka stron przysypiam, budzę się, popłakuję. Tęsknię. Próbuję ściągnąć go do siebie myślami. Z całych sił. Z całych sił.

poniedziałek, lipiec 21, 2008

dobry lans to podstawa

W Berlinie, lansik przed koncertem w Wild at Heart.



W Jarocinie.


yeti fuckers on tour!

To ci była podróż!
Fajnie było się czuć gwiazdą rock’n’rolla, oj fajnie. Co z tego, że w czasie koncertów na scenie byłam tylko po to, by robić zdjęcia...
Było męcząco, intensywnie, fajnie, zabawnie, wesoło. Trudno mi uwierzyć w to, że jeszcze wczoraj byłam w Jarocinie, przedwczoraj w Dortmundzie, a wcześniej jeszcze w Hamburgu i Berlinie. Berlin, rany, jak ja uwielbiam to miasto! Hamburg okazał się ciekawy, a my mieliśmy hotel w, nomen omen, St.Pauli. W Dortmundzie najlepsze było jedzenie, a Jarocin był naprawdę wzruszający. Czułam się niesamowicie widząc Kubę grającego na scenie, pod którą tłum punków tańczył i rzucał w siebie piaskiem. Jarocin, legenda! Swoją drogą gdyby nie fakt, że tam graliśmy, to wcale byśmy tam nie pojechali, bo organizacja marna, bo syf, bo muzycznie bez szału. Byliśmy na Vavamuffin, Lao Che i Peterze Murphym. Wszystko fajnie, ale nagłośnienie do dupy. Jeśli chodzi o Murphy’ego, to ulewa w środku koncertu dobrze zrobiła atmosferze koncertu. No i oczywiście usłyszeć na żywo „She’s in parties” to nie lada przeżycie. Ale i tak Murphy wydał mi się nieco zbyt popowy i marzenie by pójść na koncert Bauhausu dalej pozostaje niespełnione.
Zespół z którymi byliśmy w trasie okazał się grupą fajnych, wyluzowanych kolesi dających niesamowity show w czasie koncertu. Kupiliśmy sobie ich płytę i jest fajnie.

Mały siedzi w Hajnówce i wraca w środę. Gadamy sobie przez telefon i opowiada mi różne rzeczy. To idealne, że mogę do niego zadzwonić! Strasznie śmieszny ten nasz synek jest. My jeszcze jesteśmy w Z. Powoli zaczynamy planować przeprowadzkę. O rrrany!

wtorek, lipiec 15, 2008

I'm so pink

Cały dzień miałam smętny, czułam się gruba i nieatrakcyjna. I strasznie mi się śmiać przy tym chciało z siebie, bo wiem jaka tego jest przyczyna. Buszowałam sobie po lodówce i myślałam, że haha, tym razem przechytrzę swój organizm i nie będę miała okresu. Niech żyją pigułki!

Kupiłam sobie górę od kostiumu: bikini w lamparcie cętki. Czy ja upadłam na głowę?
Będę plażową królewną psychobilly, wybucham śmiechem na samą myśl.

Jutro o 18 ruszamy w podróż. Hej przygodo.

poniedziałek, lipiec 14, 2008

ale pada!

Śniło mi się, że umarłam. Śniło mi się jeszcze kilka innych rzeczy, ale wszystko to kręciło się wokół mojej śmierci. Niespecjalnie się nią przejęłam. Uznałam ją za naturalną kolej rzeczy, a jedyną moją troską było to, by Mały o mnie pamiętał.
Co to znaczy?

Śpi już kilka godzin, a ja bez wysiłku mogłabym spędzić ten czas siedząc na podłodze i wpatrując się w niego. Czasami patrzę na niego zaskoczona i pytam samą siebie, jak to się stało, że mam syna, że już jest taki duży? Kocham cię mamusiu mówi i przytula się. I czy ja mam prawo smucić się czymkolwiek?

Popołudnie pod gruszą u przyjaciół. Tak przyjemnie, tak spokojnie. Nasze dzieci bawiły się razem, a my rozmawialiśmy, rozmawialiśmy...

W ostatnich Obcasach jacyś ludzie wypowiadają się na temat śmierdzących niemowląt. Rozumiem, ludzie mają prawo do tego, by nie mieć dzieci, nie chcieć ich i nie lubić. Ale jakoś nie umiem ludziom przyznać prawa do bycia kretynami. Może jakaś pinda uważa, że chodzenie z dzieckiem na plac zabaw nie rozwija intelektualnie, ale ja się nie czuję cofnięta przez to, że mój syn skacze po drabinkach, a ja w tym czasie czytam Bunina. Mam nadzieję, że jak już ta pusta lala zdobędzie swoje przewysokie wykształcenie, to nie będzie wykładowcą moich dzieci. Jakiś cymbał wypowiada się z trwogą o strasznych myślach jakie go nawiedzają, że co to by było, gdyby miał dziecko, a ono niszczyłoby jego cenną kolekcję płyt. K. pomartwił się chwilę o swoje płyty, a potem trzeźwo stwierdził, że wystarczy półki zamontować wysoko i kolekcja będzie bezpieczna. A dziś posadził Małego na kolanach i razem walili w bębny. Mieli tak szczęśliwe wyrazy twarzy, że dookoła nich było aż jasno.
No i nie miejcie sobie dzieci, wasze prawo, ale kurna nie wypowiadajcie się z obrzydzeniem o naszych. Dupki.

Klara, lat 32, chemik: „Brzydzę się dotyku obślinionych czy umazanych czekoladą dzieci, zawartości pieluchy oraz widoku wypluwanego przeżutego jedzenia spływającego po brodzie.”

Czy należy się spodziewać, że Klara, lat 32, chemik, będzie się kiedyś brzydziła swojej obślinionej, zniedołężniałej matki z pieluchą między nogami i resztkami jedzenia na brodzie?

sobota, lipiec 12, 2008

0

Marzenie?
Nocny spacer po Warszawie, wino, jazz i Praga. Tylko we dwoje, tylko we dwoje...
Tak dawno nie byliśmy sami.
We wtorek wieczorem ruszamy do Niemiec. Ile nas będzie, siedem osób? Taki tłum... a ja chciałabym sama, sama, tylko z nim. Zazdrosna jestem. Nie chcę się nim dzielić ze światem, a świat tak bardzo go chce.

i już

Nad ranem nie mogłam spać. Jasno, ptaki śpiewają. Mały rozkopany, przykryłam go kocykiem. Tak spokojnie śpi, taką czystą ma twarzyczkę.
Obrona miło, bardzo miło. Wątek feministyczny podkreślony, a jakże. Same 5. Teraz czekam na dyplom.

Gorąco od rana, po co tak gorąco? Tęskno od rana, po co tak tęskno?

czwartek, lipiec 10, 2008

Jakimś cudem zrobiłam dziś wielki obiad, zupełnie mimochodem. Wczorajsze kotlety jajeczne, bardzo pyszne, zupa z fasolką i groszkiem, skrzydełka marynowane w sosie karmelowo-pomarańczowym i wyprażany syr z tatarką, a jakże. Do sera oczywiście piwo, chociaż mała puszka na 4 chętne osoby to bardzo przykra okoliczność. No i upiekłam brownie.

Jutro o 12:30 mam obronę pracy. Muszę ją przeczytać teraz, żeby sobie odświeżyć temat. Z zabawnych rzeczy: w słowach kluczowych do mojej pracy nie umieściłam słowa Żyd. Nie pada też słowo Żydzi lub Żydówka. Dla przypomnienia, tytuł pracy to „Modlitwy kobiet żydowskich na podstawie wybranych tekstów”.

środa, lipiec 09, 2008

muzyka

Wiśnie są prawie czarne i bardzo kwaśne. Szukam w pościeli jego zapachu i nie znajduję. Odliczam dni, odliczam noce, tak długo jeszcze, tak długo... Za dwa miesiące będę już zasypiała i budziła się przy nim, a za trzy mam być już jego żoną. To wszystko takie abstrakcyjne, to wszystko jak sen. Mam kalendarz, z którym się nie rozstaję ( The Smiths), mam kalendarz, w którym zapisuję wszystko. Od zawsze, gdy wychodzę z domu na spotkanie, do kina, na randkę, od zawsze w połowie drogi do metra zaczynam gorączkowo przypominać sobie, czy to na pewno ten dzień i ta godzina, czy czegoś nie pomyliłam, czy nie będę czekać bez sensu. Zawsze zapisuję wszystko w kalendarzu, boję się pomyłek. Daty ślubu nie zapisałam, daty przeprowadzki nie znam. Czasami czuję, że jeśli jakiegoś wydarzenia nie zapiszę, to ono nie istnieje. ( The Au Pairs) Kiedyś kalendarz mi się zawieruszył i czułam, jakbym zgubiła głowę. W szufladzie mam kilka starych, z ubiegłych lat. W jednym z nich, przy niektórych datach nakreślony jest krzyżyk. Ołówkiem, długopisem, wyskrobany zrozpaczonym paznokciem. To zaznaczone dni, kiedy J. pił. Czasami cały tydzień, dwa tygodnie nic. Czasami dzień po dniu krzyżyki. Kilka dni pamiętam sekunda po sekundzie, wielu już dawno nie, wyrzuciłam je z głowy. (Siekiera) Trzymam to w szufladzie. Ku przestrodze? Pokażę kiedyś córce? A może kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy spalę jego zdjęcia, rysunki, wyrzucę nieważny paszport i bezsensowny get, ( U2) może przyjdzie taki dzień?

Mały jak tak podobny do mnie, to takie zabawne. Jadłam loda, a on siedział obok, wpatrzony, uważny. Komentował bez przerwy, pouczał mnie co mam robić i jak tego loda jeść. Instynkt dyrektora rozwinięty nad podziw. Mój syn, mój.
Przed snem rozmawiały misie, mój miś mama i jego miś tata. Bo trzeba wiedzieć, że świat Małego podzielony jest na rodziny. Mama listek, tata listek i dziecko listek. Mama ślimak, tata ślimak, dziecko ślimak. Na stawie kaczuszki i mama kaczuszka. A gdzie jest tata pyta Mały? Na talerzu ogórek mama, ogórek tata, ogórek dziecko. (Nick Cave).
Misie rozmawiały. Miś tata mówi spotkałem dziś policjanta. Miś mama, czyli ja, pyta, no i co zrobił? Miś tata pokazuje na tył głowy i mówi zrobił mi tu kuku.

....

Piszę, czuję straszną potrzebę pisania.
Po co ja to wszystko piszę? Czy ktoś to czyta? Czy kogoś to interesuje? Czy czemuś to służy?
Jestem twórcą i tworzywem, jestem jedynym odbiorcą, muszę pisać.
Siedziałam przy stole i głośno myślałam o tym, że nie mam żadnego zamówienia na tekst, że nie muszę pisać żadnej pracy do szkoły, że tak mi z tym źle. Mały podszedł do mnie z długopisem i powiedział „mamusiu, pisz!”.

wtorek, lipiec 08, 2008

pstryk

to, co najlepsze!

Antwerpia, nad rzeką.




dzielnica żydowska




a tu już śniadanie na Słowacji




poniedziałek, lipiec 07, 2008

tatarska omacka, I miss you!

Podróż z Warszawy do miasteczka 35 km od Bratysławy za nie więcej niż 50 zł. Ach, studenckie życie, ach koleje państwowe i autobusy zastępcze!
W Antwerpii było fajnie, chociaż męcząco. Znam już na pamięć całe stare miasto, złaziłam wszystkie uliczki i pstrykałam zdjęcia. I tylko żal, że nie ma przy mnie K. i że nie widzi tego, co ja.
W Słowacji było świetnie. Męcząco też, nie da się ukryć, ale to takie fajne zmęczenie. Namioty, plecaki, karimaty, wyprażany syr i zlaty bazant, kofola i langose, grad i spiekota, muzyka, muzyka, muzyka. Sex Pistols wiadomo, legenda. Cypress Hill dali niezły show i byłam pod wrażeniem nie tylko dlatego, że to pierwszy koncert hip hopowy na jakim byłam. Hałasy typu Konflikt fajne i jak trzeba, hałaśliwe i nieskomplikowane. Z odkryć – Hypnotix, czyli najlepszy, jak dla mnie, koncert festiwalu. Nie wzięłam aparatu, bo trochę było mi strach targać go pod namiot, trochę żałuję, bo ciągle oko mi fajne kadry wyłapywało. Kupię sobie tanią cyfrówkę i będę pstrykać wszędzie.
Przy okazji mieszkania pod namiotem, mycia włosów w umywalce z zimną wodą i picia piwa na trawie opaliłam się tak, że sama siebie w lustrze nie poznaję.

Stęskniłam się za swoim synkiem niemożliwie. Jeszcze tylko niemiecka trasa Obibox ( Berlin, Dortmund i Hamburg) plus ich koncert w Jarocinie, a potem już nie rozstanę się z Małym do października. Chyba, że znajdę pracę, co też nie byłoby głupim rozwiązaniem.

Maus przyszedł, wieczorem wezmę się za czytanie. W pociągach czytałam opowiadania Bunina. Piękne, że strach.