czulent.
Kremy, balsamy, maseczki. Dopieszczam się. Pachnę. Rozczesuję włosy palcami. Moje ciało znów się zmienia, znów coś się z nim dzieje. Powoli, skutecznie. Zaokrąglony brzuch, obojczyki już tak nie wystają. Mama mówi „tak pięknie wyglądasz” a ja wchodzę na wagę. Trzy kilo do przodu. Dotykam się i nie przeszkadza mi ta miękkość, te krągłości. Wręcz przeciwnie. Pierwszy raz w życiu, pierwszy raz w życiu stoję przed lustrem naga i podobam się sobie pomimo wagi tak dalekiej od mojego niedawnego ideału. Jasne, kontroluję, pewnych granic nie przekroczę, ale to uczucie jest dla mnie takie nowe! No i myślę jeszcze czulej o tym, dzięki któremu tak mi ze sobą pięknie.
Z nowości na półce – obok czerwonego lakieru postawiłam śliwkowy. No i ten czarny eyeliner! Dziś kupiłam płytę Amy Winehouse. ( brak związku!).
Iwaszkiewicz odłożony na bok, a dokładniej – został w Z. Wróciłam do „Pana Maniego”, z przyjemnością. Na liście oczekujących Jehuda Amichaj, ale tym razem nie będę czytać, będę tłumaczyć. A przynajmniej spróbuję...
Brakuje mi Szoszi. Niechby nawet znów mi kazała pisać jakieś okropnie nudne wypracowanie i groziła ogniem piekielnym. Tęsknię za nią. Czy to normalne tęsknić za swoją nauczycielką i promotorką? Czuję, że ona w jakiś zupełnie niesamowity sposób wpływa na moje szare komórki. Ten ostatni rok studiów był bajeczny, poczułam wreszcie, jak poszerzają się moje horyzonty, jaki świat poznaję, jak rozwijam się intelektualnie. Kiedy uświadamiam sobie, że jeszcze tylko dwa lata studiów na hebraistyce...okropne! Czuję, że dopiero zaczynam. Chcę więcej. Więcej.







