wtorek, wrzesień 30, 2008

o kolczykach, zapachach, kiecce, Marii Peszek i tym, co lubię

Teraz będzie notatka niemądra. Właśnie uporałam się z górą prasowania, słucham Smithsów i popijam zimny tonic.

Po pierwsze, zgubiłam swoje ulubione kolczyki, które noszę niezmiennie od około ośmiu lat. Wierzę, że się znajdą, bo zawsze się znajdują. Są z białego złota, z malutkimi brylancikami, śliczne, drobne i delikatne. Czasami coś założę dyndającego, ale tylko na chwilę. Moje małe kolczyki są najlepsze. Ich wartość sentymentalna wielokrotnie przewyższa rynkową. I mi zginęły. Rozglądam się z niepokojem i podejrzewam odkurzacz.

Po drugie, dostałam wodę toaletową Kenzo o kuszącej nazwie 7:15 in Bali. Bardzo chętnie znalazłabym się o 7:15 na Bali. W Internecie na polskich stronach czytałam, że nuta zapachowa tej wody zawiera kwiat pomarańczy, wanilię, ambrę, piżmo. Po angielsku doczytałam się, że grejpfrut, jaśmin, orchidea i wanilia (a jednak!). No cóż. Wącham właśnie nadgarstek i czuję, że jest słodko jak lubię, ciepło i orzeźwiająco.
Flakonik stawiam obok zapachu z Sephory Vanilla Pachouli ( zgadza się, lubię wanilię) i wody toaletowej Naomi Campbell. Lubię te moje zapachy. Mam problemy z kupowaniem butów, poważny problem ( raz, że rozmiar dziwaczny, dwa, że stópka arystokratyczna i w byle czym nie pochodzi, bo ją obciera, trzy, że nic mi się nie podoba), kupowanie biustonoszy mnie boli, ubrań kupować jakoś nie lubię, bo w sklepach szybko tracę cierpliwość. Babską potrzebę kupowania realizuję zatem gromadząc torebki ( każdy rozmiar pasuje!) i zapachy. W pierwszym temacie nastąpił pewien zastój, ponieważ szukam teraz torby z miękkiej, cielęcej skóry w kolorze naturalnym, a to, co wchodzi w grę kosztuje od 500 zł w górę. A ja jakoś sobie nie wyobrażam, żebym wydała teraz tyle kasy na torebkę ;)

Po trzecie, wbrew temu co pisałam o kupowaniu ubrań, kupiłam sobie różową, obcisłą mini sukienkę. Po pierwsze jest różowa, a ten kolor mi się nie zdarzał zbyt często. K. twierdzi, że to nie jest prawdziwy różowy i że mu się podoba (nie lubi różu). Po drugie jest obcisła, a to już jest tak niespotykane w moim wykonaniu, że świadczy o poważnych zmianach w mózgu. Fakt, że długość tej sukienki to mini i zimno mi w niej w pupę jest już po prostu trudny do skomentowania. Podejrzewam, że jeśli moi Rodzice mnie w tym zobaczą, to padną z zachwytu, bo zawsze marzyli o tym, żebym ubierała się jak dziewczęta w moim wieku. Zwłaszcza Tata o tym marzył i mówił, w czasach kiedy nosiłam spódnice za kolano i rajstopy oraz obowiązkowe długie rękawy.
A ja wypożyczyłam ją ze sklepu ( tzn. kupiłam z możliwością zwrotu w ciągu miesiąca) i już w drodze do domu uznałam, że ją oddam. Ale Teściowa In spe stwierdziła, że jest git, K. stwierdził, że jest git i kiecka zostaje. Będę zatem marznąć w tyłek, ale za to w fajnej sukience. Nabyłam do niej, zupełnie nie myśląc, czarne legginsy, a ja przecież zawsze uważałam, że legginsy to wynalazek kuriozalny. Po założeniu ich dalej tak twierdzę, ale do skarpetek będą niezłym zestawem z kozakami na zimę ;)

Po czwarte. Skuszona zachwytami nad Marią Awarią postanowiłam zapoznać się z Miastomanią. Można powiedzieć, że programowo nie poznałam ani jednego utworu z tej płyty, bo nie lubię słuchać tego, co jest na fali. No więc sto lat po premierze włączyłam sobie na myspace i kurcze, nie dałam rady. Nie udało mi wysłuchać ani jednej piosenki do końca. Ani nie mam czasu na seks, ani pieprzę cię miasto, ani nic innego mi się nie podobało. Nie dość, że muzycznie nuda, nuda, nudaaa to jeszcze powalające teksty. Nie wiem, może jestem głupia i to, że z zawodu jestem kulturoznawcą nic nie znaczy, ale te teksty są fatalne. Mój facet mnie nie bzyka, bo mu cieknie z imbryka. Też tak umiem. Podejrzewałam, że coś jest nie tak, kiedy dorwałam się w jakimś pisemku do felietonu Marii Peszek i strasznie się zdziwiłam, że to taki pretensjonalny pseudopoetycki gniot. Ale że aż tak?

Jak tylko wyłączyłam Miastomanię, Ukochany włączył Werwolf 77 i kurczę, wolę tych kolesi, bo jak śpiewają „teściowa to nie rodzina, ale do rodziny mi się wcina” albo „kolegów się nie wybiera, kolegów się ma” to ja się bawię i cieszę tym, jak oni się bawią i cieszą. Ja chcę znów na ich koncert! Punk rock!







nawiązując do piosenki i chłopców na scenie – wczoraj na kursie pierwszej pomocy dowiedziałam się, że zgony z powodu urazów statystycznie mają miejsce częściej w przypadku dzieci i młodych mężczyzn. Dlaczego? Z powodu nieumiejętności przewidywania konsekwencji swoich działań, brawury i wysokiego poziomu testosteronu. Tylko koledzy, tylko koledzy ;)

poniedziałek, wrzesień 29, 2008

Szana towa.

(a sobie życzę, żeby nocy, kiedy śpimy dotykając swoich stóp było w roku więcej, niż samotnych, i żeby nasz synek nie przestał tak słodko tulić się szepcząc prosto do ucha kocham ciebie, kocham ciebie)

niedziela, wrzesień 28, 2008

peter paul

Dwie noce w mieście Rubensa. Ciepło, lody na starym mieście, wieczory w knajpce z piwem pitym w ogródku... Zupełnie inaczej niż zwykle. Więcej pracy, ale i więcej życia wieczorno-nocnego. To miasto jest cudowne.
Mimo wszystko, mimo pokus, mimo tych cudownych chwil, kiedy czułam się piękna – nie mogłam doczekać się powrotu do domu. Samolot jak na złość się spóźnił, potem ktoś jak na złość nie odebrał bagażu, więc ewakuowano terminal, a ja patrzyłam na zegarek i umierałam z tęsknoty. Czas mi się tak dłużył... Najgorszy był jednak wieczór, po którym tak wiele sobie obiecywałam, byłam tak zmordowana, że zasnęłam ok. 22 i dopiero ból gardła obudził mnie w środku nocy i przynajmniej mogłam sobie porozmawiać i przytulać się do Ukochanego. Jakoś nam ostatnio najlepiej to idzie między drugą a czwartą w nocy....
W środę zaczynam zajęcia na uczelni. Jak to napisała J. – znów będziemy bawić się na zajęciach i nie czytać tekstów ;)

sobota, wrzesień 20, 2008

ja jestem w waw na weekend (prawo jazdy się robi, ale o tem później, bo to też ciekawe), miły jest w jesiu ( mały przed snem mówi chcę do jesia...)

do rodziców dotarła kolejna porcja przesyłek z allegro, cd, singiel i dwa longplay'e. oglądam na allegro biustonosze usiłując dociec, czy 60E a może DD, a może 65DD lepiej.

dzwonimy do siebie
ja chcę, żeby pomierzył mi jeden ze staników
on chce, żebym mu powiedziała, w jakim stanie jest singiel

-no to zmierz mi szerokość fiszbiny
-i jak winyl?
-no szerokość, nie długość
-ale na zapisie te kropki?
-no a szerokość dwóch fiszbin?
-nie na napisie, na zapisie!
-jaka szerokość??
-jakie kropki?!

śmiać mi się chce, niewątpliwie wiele się od siebie uczymy, on pierwszy raz w życiu mierzy stanik (miarką stolarską!), a ja oceniam stan singla, tłumacząc, że te kropki to tak, jakby ktoś położył na płycie kartkę i stawiał kropki długopisem...

tęsknię za nim strasznie, okrutnie, już planuję, że jutro nie zjem obiadu, żeby jak najszybciej po kursie zgarnąć małego i ruszyć do domu, do niego, do ukochanego, i tulić, tulić noc całą
(zasypiałam wczoraj z tym niemiłym wrażeniem, że zapach pościeli mi się nie podoba, a przecież to ten sam zapach, co przed moją wyprowadzką. kilka dni wcześniej wtulałam twarz w poduszkę w jesiu i myślałam, jak jej zapach mnie koi i uspokaja, dabm, dabm)

piątek, wrzesień 19, 2008

najpierw napisałam 6 stron listu. maczkiem. bolało jak diabli.
potem zostawiłam list w miejscu, w którym na pewno On go znajdzie. spakowałam się, zabrałam Małego i pojechaliśmy do Warszawy. wszystko zgodnie z planem, tak się umawialiśmy. zobaczymy się w niedzielę wieczorem.
napisałam 6 stron listu już tęskniąc.
w Warszawie zrobiłam sobie herbatę z sokiem malinowym i zaczęłam relaksacyjnie przeglądać Wyborczą.
zawsze czytam nekrologi, zawsze, od dziecka. no i dziś się doczytałam. facet miał 49 lat, 4 dan w kendo i niesamowite pasje. zawsze go podziwiałam. i umarł. kurde, po prostu nagle umarł. młody, wysportowany facet. zostawił żonę i córkę. myślę i myślę. znasz człowieka, nawet o nim często nie myślisz, ale wiesz, że jest, masz na półce książki które tłumaczył i wspomnienie wielkiej kolekcji filmów z Godzillą.
i myślę o tym, że zobaczę K. dopiero w niedzielę, że za kilka godzin przeczyta mój list, który nie będzie przyjemny, ale przecież musiałam go napisać, i myślę o tym, że do niedzieli jest jeszcze tyle czasu i tyle rzeczy może się wydarzyć. żyć bez niego? jak? jezu, niech już będzie niedziela.

środa, wrzesień 17, 2008

shit happens

Kiedy łapiesz doła, kiedy spada ci na głowę tona papieru zapisanego jej obrzydliwym charakterem pisma, kiedy zamieniasz się w pryszczatego potworka



Wtedy idź do przyjaciółki

A. 13:26:39
mysle ze pewno juz mowi po francusku lepiej ode mnie
J. 13:27:54
ale chodzi na koncerty z piorem przy dupie!



[trochę już mi lepiej. muszę co zrobić, żeby nie czuć się gorsza od osoby, która pisze "mozajka" i "skura".no i nosi takie obrzydliwe czerwone kozaki ze skaju]

niedziela, wrzesień 14, 2008

Ile wzuszeń!
Czwartek.
Już podróż do F. była pełna wrażeń, śmiechu, baloników i tej beztroskiej wesołości, jaką najbardziej kochamy. Wcisnęłam się w miniówkę od M. i było bardzo hot. Dziewczęta również stanęły na wysokości zadania, tak więc spośród ok. 70 zdjęć zrobionych w czasie wieczoru D., ani jedno nie nadaje się do pokazania komuś spoza naszej grupy. To dopiero talent.

Piątek.
Do domu wróciłam wczesnym popołudniem i poszłam spać. Potem obudziłam się i przypomniawszy sobie rozmowę z dziewczynami, które uznały, że z grzywką będę wyglądać super, postanowiłam pójść do fryzjera. Pomysł na długą, rock’n’rollową grzywkę przyszedł mi niedawno, jako owoc rozważań pt. co zrobić, żeby zachować kolor i długość, a zmienić wszystko. Tak więc ruszyłam do mojego ulubionego zakładu fryzjerskiego. Usiadłam na fotelu i powiedziałam po co przychodzę. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy w odpowiedzi usłyszałam zdecydowanie nie. Fryzjerka wytłumaczyła mi pokrótce dlaczego nie zrobi mi grzywki, a ja prawie się rozpłakałam. Na pocieszenie ostrzygła mnie całkiem fajnie i jestem w sumie zadowolona. K. podoba się bardzo i podejrzewam, że maczał w tym wszystkim palce, bo bardzo mu się pomysł grzywki nie podobał.

Sobota.
Ubraliśmy się elegancko i pojechaliśmy na ślub D. i K. Trochę dziwnie czuliśmy się w kościele, organista zarżnął Mendelssohna, a ja się oczywiście poryczałam. Kiedy usłyszałam jak wzruszony K. myli się i plącze to łzy same poleciały mi z oczu. Wszyscy wiemy, że to jest zupełnie niesamowita para, wszyscy wiemy, że będą zawsze szczęśliwi. Ale to, że wzięli ślub jest takie...nie wiem jak to wyrazić, ale kiedy zobaczyłam ich razem, ją w ślicznej, krótkiej sukieneczce i jego, w jasnym garniturze, to poczułam się taka szczęśliwa i wzruszona, jakby to miał być mój ślub.
A potem zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer do sąsiedniej miejscowości, gdzie J. akurat urządzał grilla. Przebrałam się w dżinsy i trampki, a potem radośnie grillowaliśmy na tych dwóch stopniach. Potem grzane piwo, tańce, rozmowy z młodymi Belgami o historii i tym, że chcemy być Europejczykami.
Zasnęliśmy kiedy już było rano. A nasze rano, trwające od południa, było piękne.

A teraz kończy się niedziela, Mały śpi za ścianą, jutro w przedszkolu ma koncert. Kilka dni mnie tu nie było i wracałam stęskniona. Mhm, to już jest mój dabm.

czwartek, wrzesień 11, 2008

Poziom ekscytacji wzrasta. M. przysłała mi zdjęcie spódniczki, w której mam wystąpić dziś wieczorem. Ani to mój styl, ani to mój gust, ale będzie szał.



gorzej,jeśli się nie zmieszczę...


poniedziałek, wrzesień 08, 2008

suspenders...

Deszcz w Warszawie, dzień w Warszawie. W Lente czas płynie wolno i przyjemnie. J. śliczna i opalona. Dwa miesiące rozłąki to tak dużo.
Naprawdę, nie mogę się już doczekać tego wieczoru panieńskiego D. Już czuję, że będzie super.
Zrobiłam sobie poprawiające nastrój drobne zakupy bieliźniane. Pończochy do paska to naprawdę ciekawy wynalazek. Nie muszą mieć dodatku lycry i są takie delikatne, takie miłe w dotyku. Kiedy w końcu uporałam się z zapięciem pasków, a ręce mi się trzęsły, słowo daję, i stanęłam przed lustrem w pełnym rynsztunku, pomyślałam o kurde. K. chyba też tak pomyślał, a przynajmniej tak interpretuję jego zachowanie. Czar pończoch!

a tu dla głodnych:

składniki
2 szklanki mąki, 4 łyżeczki cukru, szczypta soli, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,1 1/2 szklanki maślanki, 1/2 szklanki mleka, 2 duże jajka (żółtka oddzielone od bialek),4 łyżki rozpuszczonego masła

Masło rozpuścić i trzymać bardzo ciepłe. Suche składniki dobrze wymieszać w misce. Maślankę wymieszać z mlekiem w osobnym naczyniu, dodać białka i dobrze wymieszać. Żółtka wlać do małej miseczki i stopniowo, ciągle mieszajac wlewać gorące masło - powinna utworzyć się gęsta emulsja, wlać ja do mieszanki mleczno-maślankowej, dobrze wymieszać. Calość wlać od razu do suchych składników i wymieszać tylko do momentu azż składniki się połączą. Masa mozże wyglądać na lekko grudkowatą, tak ma być. Układać placuszki wielkości 1/4 szklanki na rozgrzanym tłuszczu (najsmaczniejsze są smażone na maśle oczywiście) i smazżyc 2-3 minuty na pierwszej stronie, przewrócić i dosmażyc 1-2 minuty na drugiej. Podawać z syropem klonowym, lub kazdym innym, smazżonymi jabłkami.


Ostatnio skończyła mi się zwykła maślanka i użyłam truskawkowej. Efekt był fajny, świeży i wesoły.

Etykiety:

niedziela, wrzesień 07, 2008

;)

Obudziłam się rano, K. przeciągnął się obok i szepnął mi do ucha „a zrobiłabyś znowu te placki?...”. No proszę. Tak więc znów smażenie, przytulanki przy patelni, a potem kawa, syrop klonowy i taras. Tym razem nawet Mały jadł placki oblizując paluszki.
Niedziela senna i upalna. Wczoraj w lesie zbieraliśmy jeżyny. Dziś godzinny spacerek rowerem wodnym, luzujemy się.
Jutro jadę do Warszawy sprawić, by mój rower-staruszek zadziałał jak należy. No i kupić pończochy do paska, wreszcie. Wieczór panieński D. Już w czwartek, trzeba się przygotować!

sobota, wrzesień 06, 2008

oneg Szabat!

Wstałam po 10, zeszłam do kuchni i usmażyłam górę pancakes. K. kupił GW, a potem siedzieliśmy na tarasie, jedliśmy pancakes z syropem klonowym, popijaliśmy kawę i czytaliśmy. Znalazłam się w raju. Wszyscy, którzy życzyli mi marnego końca niech mi teraz zazdroszczą ;)

czwartek, wrzesień 04, 2008

lody

Lody pistacjowe trochę poprawiają nastrój, pomaga też aromatyczna zupa, którą gotowałam co prawda wściekła i zapłakana, ale jadłam już w niezłym nastroju. Być kobietą to nic prostego. I tak, dziś nie mam ochoty czytać Polityki, dziś mnie to guzik obchodzi. Dziś kupiłam sobie wrześniowy numer Pani i będę czytać o kremach. W tutejszym sklepie mała paczka tamponów kosztuje 8 zł i nawet teraz budzi się we mnie Ebenezer Scrooge. Za kilka godzin zacznie się koncert 22PM na którym chciałabym być, ale nie mam już Babci na podorędziu, tak więc chwilę po 20 wstawię Małego pod prysznic, potem poczytamy wiersze dla dzieci Tuwima (uwielbiam!) i też będzie fajnie. Fajna jest też butelka Królewskiego, która mi się chłodzi.
Poważny udział w poprawieniu mojego nastroju miało owo zdjęcie, schowane w czeluściach mojego komputera. O rany, ale ja jestem pustą lalą. Chociaż tak naprawdę najlepiej mi się zrobiło, kiedy Ukochany zjadł miskę zupy, cmoknął z zadowoleniem i powiedział, że było pysznie. Zdecydowanie, kursując między pralką a garnkami nie rozwijam się intelektualnie, chociaż daje mi to wszystko sporo satysfakcji. Lubię to, że K. nie musi już się martwić, czy ma na jutro czyste skarpetki i lubię patrzeć, jak szybko znika upieczone przeze mnie ciasto.
Obiecałam sobie, że od 1 września zacznę powtarzać cały ubiegłoroczny materiał z hebrajskiego, ale jeszcze nic nie zrobiłam. Olczak – Ronikier mnie wciągnęła. Jutro też coś ugotuję dobrego i może uda mi się zupełnie zapomnieć o tym, że mam okres.

wtorek, wrzesień 02, 2008

Mały już chodzi tu do przedszkola. Na razie od 8 do 13, ale to i tak jest sporo. Dziś trzymał jedną ręką mnie, a drugą framugę drzwi i płakał, żebym sobie nie szła i że on wcale nie chce być w przedszkolu. A ja dałam mu buziaka, powiedziałam „miłego dnia” i poszłam. Okna jego sali wychodzą na bramę, gdy ją przekraczałam już nie było słychać płaczu. W zasadzie to jestem wyluzowana. Wiem, że na początku mu smutno, że sobie idę. Ale wczoraj nie chciał wyjść z przedszkola, tak fajnie się bawił.

Wstaję o 6.20. Mogłabym pospać do 7, ale wczesne zaczęcie dnia gwarantuje mi spokojne wypicie kawy i zero pośpiechu. A ja porannego pośpiechu nie znoszę. Teraz jest południe, a ja mam wrażenie, że minęło już pół dnia. Mogę zrobić mnóstwo rzeczy. Mam mnóstwo czasu. Po pobudce przed 7 Franek zasypia o 20, tak więc mój wieczór jest ogromny. Komfort życia mi się nieprawdopodobnie poprawił.

Wczoraj mieliśmy drugą rocznicę. Kupiłam K. książkę, ale oczywiście jeszcze nie doszła. Wieczór spędziliśmy miło, on pracował przy komputerze, ja czytałam ”W ogrodzie pamięci”.
Jasne, że wolałabym coś super romantycznego typu świece, wino i jazz, ale i tak było fajnie. Mogłam go w dowolnie wybranym momencie połaskotać stopą w plecy, popatrzeć sobie na niego, posłuchać jak stuka w klawiaturę. Fajnie.