czwartek, październik 30, 2008

A jednak miałam rację, szkoda, że nie mogę recept wypisywać, bo wizyty jednak są drogie. Ropne zapalenie spojówek i tyle. Mały od rana mówił, że nie pójdzie do żadnego lekarza, bo „lekarz ma nóż i mnie ukroi”. Dzień upłynął nam pod znakiem omawiania różnych specjalizacji i tłumaczeniu dlaczego chirurg ma nóż „taki malutki nożyk, on się nazywa skalpel”, a okulista różne fajne maszyny i latarkę. W czasie wizyty, gdy tłumaczyłam lekarzowi co jest dziecinie, Mały odwrócił się, założył rączki i ze złą miną powtarzał „to nie ładnie tak mówić”. Ale na szczeście dał się zbadać. No, powiedzmy, że było to badanie. Lekarzowi wystarczyło.

Nie kupiłam sobie nic do czytania odmóżdżającego. Szkoda, bo to miał być mój milczący protest przeciwko docinkom Ukochanego, że „takie rzeczy to ja robiłem jak miałem 14 lat”. Jak miałam 14 lat to, zamiast zajmować się piciem wina i zaplataniem dredów ewentualnie kąpaniem się w jeziorze w glanach ( cała masa powodów do chwały), zajmowałam się nauką. Teraz więc postanowiłam manifestacyjnie zacząć zajmowac się bzdurami i wzorem Małego mówić „a ja mam nowe autko, a ty nie, hahaha” w wersji „a ja mam wszystko w nosie i sobie czytam Pudelka, a ty musisz pracować, hahaha”.

Helas! Nie udało się. Drukuję teraz Nostra Aetate, Dabru Emet ( żydowski komentarz do Nostra Aetate) oraz „Czarne jest czarne” ks. Musiała. Seminarium nie poczeka, Szoszi nie wybaczy, a od marnowania czasu, pankroka, jarania jointów i innych tego typu zajęć niech będą inni. I oni na pewno nie wiedzą co to jest Nostra Aetate.

Okazało się, że kilkoro dzieci w przedszkolu też miało ostatnio ciężkie noce, tak więc sprawa się wyjaśniła, po prostu przynieśliśmy do domu jakiegoś wirusa. Najpierw zachorował Mały, potem ja, a na końcu Babcia T. Miejmy nadzieję, że na tym koniec jeśli chodzi o tę infekcję.
Z Małym niestety nie. Może to moja hipochondria, a może matczyna intuicja i wrodzona wnikliwość, ale spojrzałam mu wieczorem w oczy i zdiagnozowałam zapalenie spojówek. Takie co to się przyplątuje po chorobie. Tak więc jutro nie idę do szkoły ( szkoda), nie idę na trening ( szkodaaa!), ale za to jadę z Małym do Waw do okulisty. Takiego, który przyjmie nas here&now. Mam nadzieję, że okaże się, że niepotrzebnie narobiłam tyle szumu. Ale coś mi mówi, że niestety mam rację.

Teraz mój Skarb śpi słodko, a ja zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby naprawdę ciężko zachorował. I najgorsze jest to, że nie wiem co bym zrobiła. Hagar odeszła na pustyni od Iszmaela mówiąc, że nie może patrzeć na śmierć własnego dziecka. Niektórzy komentują to w ten sposób, że była samolubna, bo myślała o sobie, a nie o dziecku, które jej potrzebuje.

Ten malutki chłopczyk, mój synek, nawet przy takiej malutkiej infekcji staje się najbardziej bezbronnym stworzeniem na świecie, jeszcze bardziej niż zwykle. Teraz śpi, spokojnie. Może spać spokojnie i to sprawia, że jestem szczęśliwa. Ale gdyby z jakiegoś powodu ten spokojny sen byłby mu odebrany? To co? Nie wiem. Nie umiem sobie tego wyobrazić.
Modlę się, nie modlę, sama nie wiem co robię, zaklinam los, proszę i liczę na to, że ktoś mnie wysłucha i ten słodki chłopczyk zawsze, zawsze będzie mógł spokojnie spać.

środa, październik 29, 2008

krótko. poznajcie Ginę. Gina to fajna dziewczyna.

wtorek, październik 28, 2008

zaraz zacznie się trening, na którym mnie nie będzie. jak smutno, jak tęskno.
kupiłam sobie czarne rękawice, czekam na paczkę. spodnie są czarne z czerwonymi lampasami, bluzka czerwona. róż odpada, owijki będą czarne. przynajmniej atrakcyjnie wyglądam na tej macie.
wczoraj w nocy oglądaliśmy z Lubym galę MMA. za zawodnikami wchodziły kręcące pupami, roznegliżowane panienki. pomyślałam, że to kolejnym powód, dla którego chciałabym zostać prawdziwym fighterem. na ring wchodziliby za mną opaleni chłopcy o błyszczących od oliwki obnażonych ciałach. ach, byłoby tak pięknie i szowinistycznie.
jak ja nie wierzę w równouprawnienie, jak ja wierzę w dwa światy, do których nawzajem nie mamy wstępu.
jako matka empatyczna wczorajszą noc spędziłam obejmując czule muszlę klozetową, a dzień leżąc w łóżku i prosząc o dobicie. dziś już jest lepiej, ale mam nadzieję, że te czekoladki i kwiaty, które Ukochany jest zobowiązany mi wręczyć po swoim ostatnim koncercie, da mi za kilka dni, bo teraz na myśl o czekoladzie mi gorzej.
w piątek Rock'n'Roll Horror Night, a w sobotę jedziemy do Hajnówki.

sobota, październik 25, 2008

Moja rodzina jakoś nie umie być normalna, typowa, nie zbliżamy się do średniej krajowej.
Przyjechaliśmy z Małym do Waw. Cały obiad spędziliśmy na rozmowie o tym, co kogo boli, które partie mięśni i jakie ćwiczenia są dla niego najtrudniejsze. Wszyscy, czyli tata, mama i ja totalnie podjarani. Małemu się udzieliło, więc turlał się po dywanie. Między daniami tata sprawdzał czy wykonam jakieś jego ćwiczenia. Mówił na przykład tak: klęknij z rozszerzonymi nogami, a potem połóż się na plecach, wyciągnij ręce do tyłu, nogi ciągle zgięte w kolanach. Ja luz, już się kładę, no i co dalej? Tata wymiękł, że robię to bez bólu, a ja się śmieję, że to jest dla mnie pozycja relaksacyjna. Albo inne ćwiczenie: stań w szerokim rozkroku, pięty lekko na zewnątrz, połóż dłonie na podłodze, a potem "przejdź nimi" do tyłu, na koniec oprzyj głowę na podłodze i...w tym momencie się przewróciłam. Potem ja pokazuję ćwiczenia z rozgrzewki u nas, Mały pokazuje, że on też umie trzymać gardę. Na koniec mama pokazuje asanę drzewo i po chwili cała rodzina, łącznie z Małym, próbuje utrzymać się w tej pozycji, z różnym skutkiem.
Tata od kilku miesięcy ćwiczy jogę, od niedawna chodzi na sesje 5 dni w tygodniu. Mama na początku sceptyczna, teraz rzuciła zwykłą gimnastykę i jest po dwóch pierwszych sesjach. Ja trenuję kick boxing i właśnie kupiłam sobie rękawice. Tata trochę się krzywi, że trenuję coś tak okropnego, w jego mniemaniu, ale rozumie mój entuzjazm i wspiera w radosnym wylewaniu litrów potu.
Chipsy przed telewizorem? Nie w tym domu!

król jest dzisiaj nie w humorze, każdy batem dostać może

Mały całą noc wymiotował. O 4 nad ranem, po trzeciej zmianie pościeli, głosikiem słabym, ale nie pozbawionym pewnego odcienia dumy, powiedział „jestem chory, wiesz?”. Rano przez telefon opowiadał babci, że zepsuł się mu silnik.
Teraz kolejny raz słuchamy bajki-grajki Kot w Butach. W nocy słuchaliśmy Jasia i Małgosi, Mały przez sen śpiewał z Babą Jagą.
Ukochany pojechał na koncert. My zbieramy się do Warszawy, Mały strasznie chce do babci, a babcia mieszka koło przychodni. Na wszelki wypadek. W niedzielę wieczorem impreza urodzinowa mamy Zbyszka, ale nie wiem, czy chce mi się iść. Ukochany prosi, żeby pójść, rodzicom Zbyszka chyba trzeba teraz pomóc w poprawianiu nastroju. Nie jest im łatwo.
Sama nie wiem. Jeśli Małemu się nie poprawi to nigdzie nie pójdę.
Wczorajsze zdjęcia wyszły całkiem niezłe. Nie wiedziałam, że mam tak oszałamiające wcięcie w talii. Dopiero na zdjęciach to widzę. Chyba sobie jedno w ramki oprawię.

piątek, październik 24, 2008

Stan klęski żywiołowej. Nic, tylko bym spała i rzygała na zmianę. Nie mam siły na nic, poza treningami. Na wykładach zasypiam, choćby nie wiem jak ciekawe były. W pociągach zasypiam. W domu zasypiam w ubraniu. Albo nie zasypiam, bo nie mogę ze zmęczenia.
Łykam dużo kolorowych tabletek, które mają przywrócić mi siły i chęć do życia. To straszne, ale nie mam nawet ochoty na seks.
Niby to typowe, każdy październik tak wygląda, ale w tym roku jest o wiele gorzej.
Odprowadziłam dziś Małego do przedszkola i wróciłam do łóżka. Śniadanie zjadłam o 13. Tyle bym chciała zrobić. Włączam sobie muzykę i patrzę w sufit.
Żyję ponad stan, więc na karcie zostało mi 9 zł i modlę się o pomoc z niebios ( tj od rodziców). Ale chwilowo nie stać mnie nawet na to, żeby kupić sobie kilka piw i wieczorem napić się jak człowiek. Za oknem jest tak obłędnie pięknie, a ja nie mam siły. Jesień w Zalesiu jest ekstatyczna, jest oszałamiająca. A ja nie mam siły.
Przed chwilą włączyłam sobie Reve Kuflersów, tzn Partii, ale Kuflersów. Numer jeszcze jakoś daje radę, ale chujowy wokal sprawia, że szybko wyłączam, ona naprawdę śpiewa jakby ją zarzynano. Lesław nie umie śpiewać po francusku, ale to co ona robi to już naprawdę żenada. Wycie z kaleczącym uszy akcentem. Dobrze, że K. ma Obiboków i 22PM. Obibox jeżdżą teraz z koncertami, jutro grają w Szczytnie. Za kilka tygodni w Białymstoku zagrają u boku De Press i to była dla mnie wiadomość miesiąca. De Press! Dziubek wrócił do Polski i tylko dla mnie zaśpiewa Bo jo cię kocham. Jeśli oczywiście będę miała siły, żeby tam pojechać. 22PM robią karierę w innym klimacie, 30 grają w Warszawie, ale nie pójdę, bo 31 chcę ruszyć pupę na Rock’n’Roll Horror Night w CDQ. Obiboki grają tam o 1 w nocy, ale przed nimi wystąpi kilka fajnych zespołów. Wskoczę w mini i spróbuję się dobrze bawić. Zaletą tego stanu, który mnie ogarnął, jest spadek wagi. Dwa razy w tygodniu 1,5 godzinny trening i brak apetytu dają pierwsze efekty. Muszę jeść, żeby mieć siły na treningach, ale na więcej mnie chwilowo nie stać.
Ktoś prowadzi rozmowy w sprawie koncertu 22PM w Berlinie. To miasto ewidentnie nas wzywa.

Muszę umówić Małego do lekarza. Martwi mnie wysypka na jego skórze. Czyżby nabiał?

22PM
Obibox

środa, październik 22, 2008

O 21 nie wiedziałam jak się nazywam, Ukochany pościelił mi łóżko, położyłam się i...nic. nie mogę zasnąć, jestem zmęczona, ale sen ciągle nie przychodzi. Włączył Partię, pracuje. Nie lubię, kiedy się kłócimy. Na szczęście tak łatwo wychodzi nam godzenie się. Nie lubię, kiedy jesteśmy dla siebie niemili. Staram się bardzo, żebyśmy zawsze zasypiali uśmiechając się do siebie. Patrzę na niego i zastanawiam się co będzie za kilka lat. On będzie, ja będę. A wkoło nas?

lubię to!

Czuję się, jakbym się zakochała,

Piję zimne piwo i słucham Partii. Miałam położyć się spać wcześnie, ale synek nie chciał spać do 22, więc plany wzięły w łeb. Budzik nastawiony na 5:45, ale co mi tam. Baluję.

Trening okropny, prawie zasłabłam, jakiś dziwny kryzys kondycyjny, niby nie było ostrzej niż zwykle, a ja poległam już w czasie rozgrzewki. Niezawodny trener szybko zauważył co się dzieje i włączył mi tryb indywidualny, wyszedł z sali i wrócił po sekundzie z kubeczkiem ciepłej wody z glukozą. Jak on to zrobił? Potem jeszcze masaż i rozmowa po treningu. I feel so special with him. Na wiadomość o dziecku i mężu zareagował typowo, znamy to znamy. CNo a potem czarował, namawiał, nęcił wizją sukcesów sportowych, finansowych itd. Trudno jest się oprzeć jego perskim oczom, chociaż trzeba powiedzieć szczerze – to nie dla niego przychodzę na te dwa treningi w tygodniu, mimo tego, że obowiązkowy jest jeden, a i tak przecież ja na czwartym roku już nie muszę i jestem jedyną osobą na roku, która chodzi na wf ;)
I tak, to jest przyjemne. Widuje mnie tylko w dresie, spoconą, mokrą i czerwoną na twarzy, która odmawia skakania przez kozła bo nie umie i wymachuje małymi piąstkami w powietrzu ( rękawice 8 oz! Malusie!), a i tak jest taaaaki czarujący i taaaaki opiekuńczy. Ciekawe, czy ta jego saszetka na szyi zawiera mikro- Koran?


Ukochany wrócił do domu. Siedzi przy komputerze, zabiera się do pracy. Dużo ma jej na dziś. Patrzę na jego szerokie plecy, świeżo ostrzyżoną głowę, włosy ma tak króciutkie, uwielbiam ich dotykać, między koszulką a spodniami widać kawałek ciała które tak kocham. Niech sobie patrzą na mnie te piękne oczy, niech słyszę o tych special feelings, ale i tak tylko jeden pan może zdjąć ze mnie koszulę nocną. Wyłączam komputer, może zrobi sobie przerwę w pracy.

poniedziałek, październik 20, 2008

czas...

Mały nadal jest małym chłopcem, chociaż w drodze z przedszkola często z żalem mówi „starsi chłopcy mówią, że jestem maluchem”, a on przecież wcale nie jest takim maluchem!
Za nami kolejny etap, odcinamy pępowinę...
Karmiłam go piersią około 1,5 roku. Pod koniec byłam tym już dość zmęczona i trudno mi było sobie przypomnieć, że to może być przyjemne, relaksujące, miłe. Traktowałam to raczej jako obowiązek sprowadzający mnie do roli sprzętu AGD. Ale kiedy przestałam w końcu go karmić bardzo szybko zatęskniłam.
Spaliśmy w jednym łóżku też dość długo, a kiedy Mały dostał swoje łóżeczko i przyzwyczaił do spania w nim – zatęskniłam za przytuleniem się do jego ciepłego karczku.
Tęskniłam za czytaniem książki w łóżku, piciem herbaty i długimi wieczorami. Teraz, kiedy mamy oddzielne pokoje cieszę się z tego, bo mamy z K. czas i miejsce dla siebie. Ale cieszę się, gdy Mały przychodzi do nas nad ranem kładzie się na środku łóżka, wtula albo rozpycha, mruczy przez sen i śmieje się ze swoich snów.
Do niedawna usypianie go oznaczało długie czytanie książeczek, a potem siedzenie koło łóżeczka do momentu, aż jego sen będzie tak mocny, że nie zauważy mojego wyjścia. Trwało to długo, a ja czasami wściekałam się patrząc na zegarek i myśląc o zaliczeniu nazajutrz, pracy do napisania, filmie, który już się zaczął itd., itp.
Kilka dni temu, zasugerowałam Małemu, że skoro jest takim dużym chłopcem, że ma już swój pokój, czas by nauczył się sam zasypiać. Wytłumaczyłam mu, że będę w pokoju obok i jeśli tylko zrobi mu się smutno, albo nie będzie mógł zasnąć, to niech przyjdzie i coś na to razem poradzimy. Efekt jest taki, że prawie co wieczór po przeczytaniu książeczek daję mu buziaka, przykrywam kołderką, chwilę się przytulamy i wychodzę. Czasami przychodzi trąc oczka i mówiąc, że nie może spać, czasami wchodzi sprawdzić, czy ja już zasnęłam. Ale zazwyczaj spokojnie zamyka oczęta i śpi. A ja siedzę u siebie i mi smutno. Tęsknię za przyglądaniem się jego słodkiej twarzyczce kiedy śpi. Wspominam jak słodko wygląda, gdy zamykają mu się oczka, zamykają i otwierają, ziewa przeciągle, odwraca się pleckami i zasypia z westchnieniem... Czasami stoję na naszym wspólnym balkonie i zaglądam do niego przez okno, stęskniona.
Kolejny etap za nami. Co potem? Za kilka lat nie będzie chciał, żebym odprowadzała go do szkoły. A mnie znów będzie smutno....

niedziela, październik 19, 2008

ZŁO

Goście, goście. Fajnie było, miło. Siedzieliśmy na podłodze i kruszyliśmy ciastkami na dywan. Miło jest zapraszać gości. Miło jest też, kiedy wychodzą, a my nie. Zostajemy razem.

Jutro mam pierwszą jazdę. Będę kierowcą! Strzeż się Warszawo...

W ramach złośliwości czytałam Ukochanemu wiersze Tołpygi, które wygrzebałam w Internecie. Wiersze są dość okropne, a on nie wie, że to jej i radośnie sobie razem dworowaliśmy z talentu autora. I jego błędów ortograficznych typu komentaż.

Tak, to zalatuje pewną obsesją, że ja w ogóle znalazłam te wiersze, bo przecież nie przypadkiem. I staram się z tym walczyć, ale czasami mam ochotę popatrzeć na jej ortografię bądź głębię wypowiedzi.... Jakoś lepiej się czuję, zapomniam o tym, że jej pensja pozostaje na razie w sferze moich marzeń i myślę o tym, że intelektualnie i tak ją przerastam o dwie Czogori.

piątek, październik 17, 2008

Kiedy dotarłam do domu, drzwi pokoju Małego były już zamknięte. Stanęłam bliziutko, zajrzałam przez dziurkę od klucza i zobaczyłam Małego w łóżeczku, a obok, siedzącego na podłodze K., który spokojnym głosem czytał bajkę o rybaku i złotej rybce.
Cała moja rodzina pała wielkim uczuciem do K., każdy ma swój powód. Podejrzewam, że gdybym wpadła na absurdalny pomysł porzucenia go dla jakiegoś Stefana, to rodzice by się ode mnie odwrócili, a Mały powiedział, że chce inną mamusię. ;)

Na allegro znalazłam różowe rękawice bokserskie i oszalałam na ich punkcie. Różowe. Ja nie noszę TAKIEGO różu, ale na koncert Celi z premedytacją założyłam słodko-różowy sweterek i z tego samego powodu mam ochotę na różowe rękawice.
Po treningach mam trochę kłopot z dojściem do siebie. Problemem nie jest zmęczenie, które lubię. Całe moje ciało, wszystkie moje mięśnie przez jakiś czas po treningu pozostają w pełnej gotowości. A ja idąc przez miasto próbuję znów stać się kobietą, delikatną, lekko kręcącą biodrami. I to naprawdę zabawne, ale nie mogę! Idę szybko, sztywno, dużymi krokami, środkiem chodnika, królowa podwórka. I jestem tak pełna energii i adrenaliny, że naprawdę tylko się rozglądam, czy ktoś tu gdzieś nie napada staruszki, bo mam ochotę strzelić w cymbał. O J. strzeż się i módl, byśmy się nie spotkali kiedy jestem taka nabuzowana ;) Na treningu zapominam jak mam na imię, trener męczy jak zwykle ( ale i chwali, chwali mnie, tra la la la, mój prawy prosty mu się podoba, tra la la ), ale jak ja to kocham. Byle do wtorku, byle do wtorku.

środa, październik 15, 2008

sest dana juna/ona to zna

Czasami zupka chińska to jedyny sposób, by przetrwać, albo przynamniej przetrawić rzeczywistość. Czekam, aż dziecina zaśnie już tak zupełnie i zrobię sobie gorący prysznic, taki gorący, że aż parzy i skóra robi się czerwona. Niestety, wspólne branie prysznica nigdy nam za dobrze nie wychodziło, nie jesteśmy w stanie dojść do kompromisu w kwestii temperatury wody. Jego jest dla mnie za zimna, moja dla niego za gorąca. Może to ma jakieś głębsze znaczenie, a może nie. Dziś Dziadek zapytał, co sądzę o tym, że oboje jesteśmy spod znaku Bliźniąt, jak to rokuje na nasz związek. Odpowiedziałam, że albo bardzo źle, albo bardzo dobrze. Dziadek stwierdził, że to świetna odpowiedź.
Jestem wyczerpana. To szalenie przyjemne iść przez las przed wschodem słońca, słuchać ptaków i liczyć liście spadające z drzew, naprawdę to lubię. Ale jestem już zmęczona całym, intensywnym dniem. Jutro nie muszę wstawać przed szóstą, ale za to w domu będę po dwudziestej. Szkoła, trening, Zachęta i korepetycje. Dużo, dużo. Poza spodniami muszę kupić sobie owijki, rękawice i ochraniacze na szczękę, piszczele i stopy. Trener pokazując mi pewną technikę zahaczył nogą o moją głowę, mea culpa niestety, zostawiając guza i swój przejęty pocałunek. Męczy mnie i krzyczy, szybciej, wyżej, dalej, mocniej, pewniej, gdzie patrzysz, mięśnie brzucha napięte, kopnięcia muszą być tak wysokie, boli, boli, jestem cała mokra i chce mi się wymiotować ze zmęczenia, ale jeszcze, jeszcze, wyżej, mocniej, jakie to wszystko przyjemne.
Muszę jakoś odreagować, na macie czuję się dobrze. Na macie czuję się tak dobrze.

poniedziałek, październik 13, 2008

refleksyjnie

Nabrałam ochoty na kugiel jerozolimski. Słodki, pachnący, idealny.

I pamiętaj nie-drogi mi, że karmelu się nie miesza, bo cukier się skrystalizuje. A do rzeczonej zapiekanki dodajemy karmel robiony na bazie cukru i, uwaga!, oliwy z oliwek.

Tak, mam ochotę na kugiel.

Jak spokojnie
Dziś dzień sprzątania, trochę wiercimy w ścianie wieszając obrazek w pokoju Małego, odkurzanie, zamiatanie, pralka ciągle na chodzie, Ukochany poleruje blachy.
Jak spokojnie.
Rano plątaliśmy swoje nogi i cieszyliśmy się tym, jak nam się szczęści. Pieniędzy nie ma, pracy nie ma, mieszkania nie ma, na drugie dziecko nas nie stać, tacy zdrowi też znów nie jesteśmy, ale jak nam spokojnie, jak nam szczęśliwie. Ojej.



A tu są nasze naklejki. Mamy mnóstwo naklejek, jak w pokoju nastolatka. A teraz zagadka, którą nakleiłam ja, a którą Ukochany? ;)


sobota, październik 11, 2008

Helmut

Zostawiłam u rodziców jeszcze mnóstwo książek. Nie za bardzo mamy już u siebie miejsce na kolejne, ale spakowałam dziś kilka. Martina Bubera, rozmowy z Claude Levi-Strauss'em i "Europę" Daviesa. Ta ostatnia książka często się ze mną przeprowadzała. Ona i "Słownik wyrazów obcych" Kopalińskiego. Zawsze je brałam ze sobą. Porządkowałam dziś też sekretarzyk, trochę, bo to dość trudne zadanie. Znalazłam swój kalendarzyk z 2005. Przeglądałam licealne notatki i trafiłam na stronę z krzyżykiem koło daty. W pierwszej chwili nie mogłam sobie przypomnieć co w ten sposób zaznaczałam. Ale kilka stron dalej, kiedy krzyżyki znikały bądź pojawiały się stadami przypomniałam sobie, że tak zaznaczałam dni, wieczory, gdy J. wracał pijany do domu. Bohaterski trzeźwy miesiąc po narodzinach Małego. Ale potem znów krzyżyki, aż do tego ostatniego. A teraz to już mnie nie obchodzi. Kalendarzyka ciągle nie wyrzucam. Po co? Nie wiem. Może kiedyś będę miała córkę i jej pokażę, jak nie powinno wyglądać życie?
W grudniu kolejna rozprawa.

Dostałam od Młodego lampę do aparatu. Chciałabym mieć porządną lustrzankę ( złośliwy chochlik podpowiada: taką jak ma Tołpyga), a mam zwykłą cyfrówkę, ale uczę się i nawet Młody od czasu do czasu spojrzy na moje zdjęcie i powie "niezłe!". Teraz mam nową lampę, w domu usiądę wieczorem i będę kombinować. A potem może znowu zrobię sobie sesję, mam nowe pomysły. Tylko statyw, aparat i ja.

A teraz trochę Newtona. Boski jest.

Moje ulubione zdjęcie na początek.




Imaaaaaan.





pończochy, pończochy....






piątek, październik 10, 2008

Nadal jestem chora, a co gorsza chory jest też K. wczoraj cały dzień spędziliśmy w łóżku, z przerwami na odprowadzenie i przyprowadzenie Małego z przedszkola.- no, to napijmy się mówi Ukochany i stuka swoją szklanką o moją, a potem grzecznie każde z nas wypija porcję Theraflu.
Gdyby nie to, że czuję się marnie i nie pojechałam do Łodzi, a on czuje się jeszcze gorzej i w ten weekend gra dwa wyjazdowe koncerty, to może znalazłabym jakąś przyjemność w tym chorowaniu razem. A tak to nie znajduję.

wtorek, październik 07, 2008

Napisałam sms do trenera, że jestem przeziębiona i nie przyjdę. Od razu zadzwonił i powiedział, że jeśli nie przyjdę, to będę żałować (co akurat wiedziałam) i że on da mi lżejsze ćwiczenia, że w ogóle will take care of me. No to jak take care to take care, zdecydowałam, że pójdę. Oczywiście nie żałowałam, trener niemalże mnie rozpieszczał, dawał mi inne ćwiczenia niż reszcie i dbał o to, bym w czasie przerw piła itd., a po treningu kiedy spotkaliśmy się na korytarzu to sprawdził czy mam szalik i założył kaptur na głowę, a do tego powiedział, ze gdyby nie zepsuty samochód to odwiózłby mnie do domu. Tak więc stwierdzam, że bycie przeziębioną ma pewne zalety. Ukochany robi mi pyszne kanapki z czosnkiem, a potem tuli mnie mimo czosnkowego aromatu, zaparza mi herbatę z cytryną i jest najukochańszy. Bycie chorym przy nim zawsze było przyjemnością. A teraz ten trener i nie pasująca do jego postury dbałość o to, żeby mnie nie zawiało. No pięknie. Teraz popijam kolejny element kuracji czyli grzane piwo z jajkiem i przyprawami, trochę mi się już w łepetynie kręci, jest fajnie.

Chciałam napisać coś nt prywatnego szkolnictwa, co mnie nagle zaczęło interesować, odkąd odkryłam, że mój syn pójdzie do szkoły za 3 lata ( jeśli mu psycholog pozwoli bądź ustawa nakaże), ale przecież popijam grzańca.

poniedziałek, październik 06, 2008

katar mam

Przede mną długi wieczór. Trzy płyty Siglo XX. Na list.fm otagowane jako cold wave, New wave, post punk, gothic rock. Smacznie.
Zbliża mi się przeziębienie. Mam katar, boli mnie gardło i czuję taki nieprzyjemny ciężar głowy. Oby udało mi się zdławić ten bunt w zarodku. Witaminy, tabletki, napary i nawet chińska zupka ( najlepsza na zatkany nos!). Cały arsenał. Jeśli do środy nie drgnie, będę musiała przejść na ciężką artylerię – czosnek i olejek z drzewa herbacianego. Muszę być zdrowa w piątek, bo w piątek mamy jechać do Łodzi, gdzie K. gra koncert, a ja przy okazji chcę spotkać się z J. i jej rosnącym brzuszkiem.

Jutro mam trening i pewno pójdę, mimo samopoczucia. Kupiłam sobie nawet biustonosz sportowy, który jest tak sportowy, że założenie go wymaga nie lada sprawności. No i jestem w nim płaska. Cóż, zdarza się najlepszym.

Lista zakupów szkolnych ciągle zawiera dwie ważne pozycje: Biblia Stuttgartensia i spodnie do kick boxingu. Grunt, to szeroki wachlarz zainteresowań.

Nieco zepsuła mi nastrój praca domowa zadana przez pana biblistę. Przeglądając słownik terminów i skrótów gramatycznych natknęłam się na zdanie: „...and typically C1Vn(C2)>C1VC2+C2V(C3).”. Chyba jednak nie odbiorę tego dyplomu licencjackiego. Nie kapuję, no nie kapuję.

czwartek, październik 02, 2008

o książce, szkole i kick boxingu

Udało się, dotarłam do szkoły na 8. Dziś było całkiem fajnie, wschód słońca w lesie, ptaki śpiewają, romantycznie. W pociągu czytałam „Po rozstaniu” Szalew – właściwie ciągle to czytam, niesamowita książka, smutna straszliwie. Inna niż poprzednie Cruji, ale cały czas to ta sama Cruja Szalew ( znana jako Zeruyah Shalev). Stwierdziłyśmy kiedyś, że mężczyźni nie są w stanie połapać się o co w jej książkach chodzi. Czytałam „Życie miłosne” i mimo tego, że moje życie miłosne w niczym nie przypomina życia bohaterki, to i tak czułam, że to o mnie. Mam wrażenie, że piszę właśnie straszne banały, ale jak mam to ubrać w słowa? Ten płacz, który tak irytuje mężczyzn, z ich idiotycznym pytaniem „ale dlaczego płaczesz? Co właściwie się stało?”. Ta niemożność odpowiedzi połączona z przeświadczeniem, że łzy są uzasadnione i na miejscu. Płaczę bo płaczę, bo czuję, że muszę, bo mi smutno, bo mi źle. Każda kobieta tak miewa. I chyba nie ma mężczyzny, który by to zrozumiał. Chyba na tym polega problem z mężczyznami i książkami Szalew. Nie zrozumieją. Nie piszę tego w tonie wyższości, że ONI niczego nie rozumieją. Nie, zupełnie nie. Po prostu jesteśmy inni i pozwalam sobie na niezrozumienie przyczyny dla której mój ukochany rzuca skarpetki na ziemię, zamiast do torby na brudne ciuchy. On rzuca skarpetki a ja płaczę „bez powodu” i mamy remis.

Szkoła szkołą, dotarłam, seminarium zapowiada się fajnie, będziemy tłumaczyć pijuty, a zajęcia z panem biblistą są bardzo pożyteczne. O ile się nie mylę, pan biblista jest przy okazji ojcem jezuitą, co niewątpliwie wpłynie na jakość wykładów. Ciekawe tylko, czy jak się dowie kto był moim promotorem, a kto recenzentem to czy z marszu mi nie zaliczy? ;)

Last but not least. Pierwszy trening kick boxingu. Miałam chodzić na bjj, ale godziny mi nie pasują, kolega powiedział, żebym raz w tygodniu chodziła na bjj a raz na judo lub kick boxing, w ramach uzupełnienia. Ale po dzisiejszym treningu czuję, że wybieram stanie na macie i na kick boxing będę chodziła dwa razy w tygodniu. Spędziłam dziś na macie 1,5 godziny, z czego 45 min sam na sam z trenerem. I to było niesamowite. I’m not a businessman, I’m a champion! powiedział ze swoim śmiesznym akcentem ( z tego co znalazłam w necie, jest Persem...). No więc mój champion doprowadził do tego, że chyba pierwszy raz byłam tak niesamowicie skoncentrowana na tym, co robię. Tylko mata, punkt na ścianie w który się wpatrywałam i jego komendy. I 5 pompek za zbyt powolną reakcję, mobilizujące do tego, żeby skupić się jeszcze bardziej. Robiliśmy proste rzeczy, najprostsze, lewy, prawy, na razie na rozgrzewkę, żeby zobaczyć czy umiem. Patrz mi w oczy mówił, patrz mi ciągle w oczy i pokazywał jak bolesne jest nie skorzystanie z tej rady. I ćwiczenia na mięśnie brzucha, rany, czy ja jutro będę mogła się śmiać bez bólu?
Zeszłam z maty szczęśliwa, zachwycona, spocona i z takim fajnym zmęczeniem bezsilnych ramion i nóg. Na 4. roku już naprawdę nie muszę chodzić na wf, ale ten trener utwierdził mnie w przekonaniu, że warto było ruszyć pupą. No bo zawsze warto :)

środa, październik 01, 2008

czas

Rok temu byliśmy świeżo po fatalnej, koszmarnej awanturze. Tzn. to ja się awanturowałam, a K. był sprawcą całego zamieszania. A właściwie nie on, tylko, nazwijmy ją, Tołpyga*. I awantura była kosmiczna i gdyby nie dobre maniery, to wywaliłabym masę rzeczy przez okno z chyba ósmego piętra (a tak to grzecznie zjechałam windą do śmietnika), natłukłabym talerzy itd. Masakra. Teraz właściwie też jesteśmy całkiem świeżo po konflikcie, może nie tak spektakularnym, chociaż nie obyło się bez ryku do słuchawki ( rozmowa relacji Z. – Z.! wyszłam z domu dwie ulice dalej, żeby tradycyjnie pokłócić się przez telefon. Sic!). Ten był bardziej bolesny, może dlatego, że tak niespodziewany, teraz, po dwóch latach poczułam się tak bezpiecznie i pewnie, a tu takie coś. W każdym bądź razie już jesteśmy pogodzeni, bardzo, mocno, intensywnie. I zauważam, że te historie-histerie dobrze nam robią. Jakoś tak mocniej się potem przytulamy, jakbyśmy znów sobie przypomnieli jak bardzo się kochamy i jak bardzo NIE chcemy się stracić. Oczywiście nie planuję za rok kolejnej spektakularnej awantury, skądże, a już na pewno nie z powodu Tołpygi, ale myślę sobie raczej o tym, jak mi jest z tym człowiekiem cholernie dobrze. I jak już się godzimy, to on mnie głaszcze po głowie i mówi, że kocha też tą część mnie, która jest odpowiedzialna za ryk do słuchawki.

Rok temu wrzuciłam teledysk z najpiękniejszą piosenką Smithsów, z której tekstem utożsamiam się w stu procentach.

Teraz też wrzucę, a potem idę spać.



*Tołpyga, opis: Ciało krępe, wydłużone, bocznie spłaszczone, pokryte bardzo drobnymi łuskami. Płetwa ogonowa silnie wcięta. Oczy położone poniżej linii symetrii ciała. Grzbiet ciemnoszary, boki i głowa zielonoszare, brzuch srebrzysty, płetwy parzyste żółtawe. Między płetwami piersiowymi a odbytową ostry, pozbawiony łusek kil.

A więc zaczęło się. Dziś rano suszyłam włosy z zegarkiem w ręku. Precyzyjnie wszystko planuję – obliczam czas przejścia z domu na stację w dzień deszczowy i suchy, rozważam czy nie lepiej byłoby wieczorem robić kanapki na śniadanie... poważna operacja logistyczna. Budzik nastawię na 5:45, pociąg do Warszawy rusza 6:50. A ja nie lubię się spieszyć rano, ale za to lubię rano myć włosy. Konflikt tragiczny! Ale jak znam życie, to już w przyszłym miesiącu będę wstawała 6:15 i bez śniadania leciała na pociąg, bo mi się nie będzie chciało starać ;)
Jutro o 8 rano zajęcia z dr. Tomalem i to mnie nieco niepokoi, bo jak go znam, to da nam tekst w stylu syjonizm vs postsyjonizm i to będzie masakra, bo ja chwilowo po hebrajsku umiem powiedzieć szalom i humus. Jutro jest też seminarium magisterskie i to już będzie ciekawe. No i może zbiorę się w sobie i ruszę pupę na kick boxing....

A w sobotę pójdę ( a przynajmniej mam taką nadzieję) na koncert 22PM i uczcimy koniec wakacji. Go vegetables go!