Słucham Świetlików, chociaż ta płyta kojarzy mi się z zimą.
Śniło mi się, że Mama przyprowadziła Tatę do domu. Powiedziała, że tamten Tata co prawda już nie żyje, ale ten jest taki sam i całkiem żywy. No i był, elegancki, pachnący Opium, w czarnym kaszkiecie na siwych włosach. Jak żywy, jak mój Tata.
Ale się obudziłam i wiadomo. Ostatnio zapatrzyłam się Tacie w oczy na zdjęciu. I tak patrzyłam, patrzyłam, aż dotarło do mnie, że to tylko zdjęcie. Płaskie zdjęcie. I że tyle mi zostało. Dziś w szkole prawie się poryczałam oglądając izraelską animację o babci, która jest w niebie i tęskni za wnuczkiem. Wczoraj Mały rozpłakał się przed snem, szlochał i mówił, że chce do dziadka. Płakaliśmy razem.
Jest wiosna, jest pięknie. Mogę chodzić w trenczu i pantoflach, wyglądać ładnie. Mam rude włosy, chociaż miała być czekolada. Wyszedł wyrób czekolado-podobny. Ukochany mówi, że jest ładnie, ale ja wiem swoje. To była ostatnia zmiana koloru. Jest wiosna, jest pięknie. Za chwilę Wielkanoc. Bardzo nie chcę tych świąt. Namawiam Mamę na śniadanie u nas. Jeśli my pojedziemy do Mamy i zasiądziemy do śniadania świątecznego, to puste krzesło Taty nie pozwoli na nic. Wszyscy myślimy o tym samym. Nie będzie żadnego śniadania, będzie tylko płacz. Dlatego trzeba pójść świętować tam, gdzie nie będzie pustego krzesła Taty. Nie będzie w szafie jego garnituru, koszul i krawatów których już nikt nie będzie mu dobierał. To mnie zawsze pytał jaki krawat założyć.







