Co pomaga? PKP na każdą pogodę.
Tak planuję dzień, żeby do domu jeździć z Dworca Centralnego, a nie Śródmieście. Dwadzieścia minut na ławce na peronie trzecim lub czwartym, a moje życie staje się lepsze.
Dworzec śmierdzi, ale to jest mój, oswojony, kojarzący się z powrotem do domu smród.
Dworzec jest brzydki, chociaż tak naprawdę tak bardzo piękny tą miejską urodą charakterystyczną dla budynków wielkich i z ambicjami.
Dworzec mnie koi.
Czasami lubię stać też na peronie Dworca Powiśle, który jest architektoniczną perełką dzielnicy. Lubię stać przy siatce kiedy przejeżdża po torze obok jakiś pociąg pośpieszny lub IC. Zamykam oczy, czuję na twarzy podmuch, wsłuchuję się w stukot kół, kojący, jak modlitwa, jak mantra.
Na Dworcu Centralnym słucham gwizdków konduktorskich. Oglądam odjeżdżające pociągi, obserwuję ludzi wsiadających w ostatniej chwili; jedni spokojni, idą wiedząc, że konduktor ich widzi, inni bez sensu biegną przez cały peron by wsiąść do swojego wagonu, zamiast do najbliższego (a potem spokojnie przejść korytarzem w pociągu).
Kiedy pociąg rusza mam ochotę zerwać się i pobiec za nim.
Siedziałam dziś na Dworcu i z każdą minutą byłam spokojniejsza. Tak jakby moje problemy rozjeżdżały się na różne strony Polski.
A teraz idę spać. Budzik nastawiam na 5:45, a jest 1:05.
Mój synek powiedział dziś, że lubi mnie i lubi jak przychodzę po niego do przedszkola.
Zapytał też, jak włożę do serca jego braciszka, żeby się mógł urodzić.
Obawiam się, że opowiadanie mu jednego dnia o tym, że serce pompuje krew, jak i po co, oraz o tym, że dzięki pamięci Dziadek zawsze będzie w jego sercu, to lekka przesada.
Serce ma wiele funkcji, synu. I w zasadzie to służy do rodzenia braciszków. Tak, niezbadane są ścieżki myśli i skojarzeń dziecięcych. Zazwyczaj trafne.