wtorek, kwiecień 28, 2009

"אתה יודע שלפחות בפני עצמך אתה לא צריך להתבייש, ושכל השער לא חייבים לדעת. תעשה את מה שעושה לך טוב, לעזאזל."
דוד ארליך "אצל נתן"
___

"Wiesz, że przynajmniej w głębi duszy nie musisz się wstydzić, a cała reszta nie musi o niczym wiedzieć. Rób na co masz ochotę, do diabła."


(tł. wolne. moje)

poniedziałek, kwiecień 27, 2009

utwór+teledysk tygodnia na mojej prywatnej liście

Strasznie tęsknię za Tatą. W perfumerii spryskałam papierek jego Opium. Trzymam w torebce, w kieszonce na telefon. Pachnie mi Tatą, kiedy rozmawiam. Chodziłam po sklepach i chciało mi się płakać.
Uwielbiam kuchnię chińską, Tata też lubił. Kaczka po pekińsku – nasze wspólne ulubione danie. W Belgii chodziliśmy tylko do chińskich restauracji. To była niezła zabawa- tłumaczyłam kartę dań z niderlandzkiego i szukaliśmy naszej kaczki. Eend, pamiętam. W Warszawie chodziliśmy czasami do restauracji Pekin, na Senatorskiej. Idealnie kiczowaty wystrój i pyszne jedzenie. Byłam jeszcze maluchem kiedy tam jadaliśmy. Chciałabym tam pójść jeszcze kiedyś.

Nie chcę już wielkich planów, to nie ma sensu. Chcę cieszyć się tym, co jest teraz. Jutro mogę dowiedzieć się, że jestem ciężko chora, mogę wpaść pod samochód, mogę złapać świńską grypę i zakwalifikować się do tych 5%. A dziś? Chcę się nim cieszyć.

Ukochany grał w sobotę koncert poza Warszawą, więc wymyśliłam wycieczkę dla Małego i mnie. Rano pojechaliśmy do Łodzi, wieczorem wróciliśmy. Zwiedzaliśmy miasto, spacerowaliśmy po ulicach i parku, spotkaliśmy się z moją kuzynką i jej świeżo urodzoną córeczką. Było świetnie. Chodziłam po mieście, pstrykałam zdjęcia i cieszyłam się każdą chwilą.Planujemy Berlin, do koszyka pomysłów wpadł Londyn (chyba mamy metę!), ale ta spontaniczna wycieczka do Łodzi była też cudna. A poza tym Mały jest kapitalnym kompanem. Uwielbiam go.

czwartek, kwiecień 23, 2009

Byłyśmy z Mamą na "Tataraku". Ale o tym później. Nie jestem obiektywna, płakałam od połowy filmu. Płakałam, kiedy Janda mówiła, że czasami dzwoni na numer swojego zmarłego męża i zostawia mu wiadomości. Mówiła, że on nagrał komunikat na automatycznej sekretarce. Ona go teraz słucha. A ja płakałam myśląc o tym, że też nie wykasowałam z telefonu numeru do Taty. Ale nie mam nigdzie nagrania z Jego głosem i przeraża mnie myśl, że kiedyś zapomnę jego brzmienia. I kiedy zamknę oczy, nie będę umiała sobie przypomnieć jak mnie wołał "Olesinka...Olesinka!". 

Dziś w nocy zmarł Michał, o którym pisałam niedawno. O swojej białaczce dowiedział się 6 kwietnia. Dziś jest 23. Co to jest za świat?

W styczniu zmarł Tata, w lutym Babcia Władzia, w marcu brat dziadka Waldka, w kwietniu Michał. Co miesiąc śmierć. Co dalej?

wtorek, kwiecień 21, 2009

Był kiedyś taki autobus, numer 516. Jechał z południowych rubieży Ursynowa prosto Puławską i Marszałkowską aż do okolic Cmentarza Żydowskiego. Jeździłam nim na początku liceum, a potem go zlikwidowano, bo świetnie zastąpiły go kolejne stacje metra. Tak przynajmniej uważają inżynierowie od układania rozkładów jazdy autobusów. 516 to był autobus typu relaks. Jechałam nim i patrzyłam na miasto. Było wspaniale.
Dziś przejechałam się 195. Ta linia też jest przyjemna, można sobie oglądać na przykład Plac Trzech Krzyży, który bardzo lubię. Fajnie mi się przy nim mieszkało. W letnie noce wychodziłam (właściwie to wychodziliśmy, ale to nie ważne) na spacery po okolicy, które zazwyczaj kończyły się w jednym z tych modnych barów na Sz.

Forsycje kwitną. Kwitną drzewa z takimi małymi, białymi kwiatuszkami, które pachną jak raj. Kiedy mieszkałam na Ochocie po przyjeździe do domu rodzinnego wychodziłam na balkon i robiłam sobie inhalacje z zapachu tych kwiatków.
Bardzo lubię miasto wiosną. Lubię miasto i lubię wiosnę.

Ciągle rozmawiamy o Berlinie. Planujemy, jak by tu pojechać na kilka dni, wydać jak najmniej pieniędzy na podróż i spanie (znów najdziwniejszy hostel świata za 13 euro noc? A może squat?). Nie umiem określić co właściwie jest takiego w Berlinie, że tak nas tam ciągnie.
Pierwszy raz świadomie odwiedziłam to miasto na kilka tygodni przed poczęciem Małego. Przeczuwałam już, że to miasto będzie wiele dla mnie znaczyło. Ale myliłam się co do osoby, z którą to znaczenie będę poznawać. Pojawiliśmy się z Berlinie z Ukochanym w maju zeszłego roku i straciliśmy głowę. Wszystko nas zachwycało. Picie kawy na chodniku przed hostelem. Nocne spacery. Dziwaczne towarzystwo z którym jedliśmy śniadania. Architektura. Muzea. Kebab. Curry wurst za 2 euro i Berliner pity na trawie. Potem w lipcu spędziliśmy w Berlinie kilkanaście godzin – Ukochany zagrał koncert, potem zrobiliśmy spacer po Kreuzbergu, spaliśmy w AO, rano śniadanie, znowu spacer i koniec, pojechaliśmy do Hamburga (ST. Pauli też nam się bardzo podobało).
Tak mało nas było w Berlinie. A może chodzi o to, że czuliśmy się tam tacy wolni i beztroscy?


poniedziałek, kwiecień 20, 2009

Za kilka dni będę mogła, mam nadzieję, oddać krew. Znam dwie osoby chore na białaczkę – komu ją przekazać? Michałowi, mojemu rówieśnikowi, którego co prawda spotkałam tylko raz w życiu, ale jego stan jest ciężki? Czy Lence, czteroletniej ślicznotce, koleżance Małego, która ma szczęśliwie dobre rokowania?

Dlaczego muszę rozstrzygać takie dylematy?

Krew oddam pewno Lence, bo myślę o tym, co bym czuła gdyby mój synek był na jej miejscu i ta myśl boli.

Ludzie mają tak, a ja denerwuję się bez sensu.

http://www.michalszpila.pl/

http://dlalenki.blogspot.com/

piątek, kwiecień 17, 2009

- a kiedy byłem nasionkiem to dbałaś o mnie?
- oczywiście synku
- a kochałaś mnie?


Pytania Małego czasami mnie rozbrajają, wzruszają, zastanawiają.
Co takiego dzieje się w tej główce?

Dziś wyjątkowo nie przyszedł do naszego łóżka, jak robi to często nad ranem. Obudziłam się zaniepokojona, chociaż to przecież dobry znak, znak spokojnej nocy. Poszłam do jego pokoju, poprawiłam kołderkę i długo stałam, przyglądając się jego przeczystej buzince. Jest taki piękny. Pomyśleć, że nikt nie potrafi tak szybko wytrącić mnie z równowagi. Cuda cuda.

Co pomaga? PKP na każdą pogodę.
Tak planuję dzień, żeby do domu jeździć z Dworca Centralnego, a nie Śródmieście. Dwadzieścia minut na ławce na peronie trzecim lub czwartym, a moje życie staje się lepsze.
Dworzec śmierdzi, ale to jest mój, oswojony, kojarzący się z powrotem do domu smród.
Dworzec jest brzydki, chociaż tak naprawdę tak bardzo piękny tą miejską urodą charakterystyczną dla budynków wielkich i z ambicjami.
Dworzec mnie koi.
Czasami lubię stać też na peronie Dworca Powiśle, który jest architektoniczną perełką dzielnicy. Lubię stać przy siatce kiedy przejeżdża po torze obok jakiś pociąg pośpieszny lub IC. Zamykam oczy, czuję na twarzy podmuch, wsłuchuję się w stukot kół, kojący, jak modlitwa, jak mantra.
Na Dworcu Centralnym słucham gwizdków konduktorskich. Oglądam odjeżdżające pociągi, obserwuję ludzi wsiadających w ostatniej chwili; jedni spokojni, idą wiedząc, że konduktor ich widzi, inni bez sensu biegną przez cały peron by wsiąść do swojego wagonu, zamiast do najbliższego (a potem spokojnie przejść korytarzem w pociągu).
Kiedy pociąg rusza mam ochotę zerwać się i pobiec za nim.

Siedziałam dziś na Dworcu i z każdą minutą byłam spokojniejsza. Tak jakby moje problemy rozjeżdżały się na różne strony Polski.

A teraz idę spać. Budzik nastawiam na 5:45, a jest 1:05.

Mój synek powiedział dziś, że lubi mnie i lubi jak przychodzę po niego do przedszkola.
Zapytał też, jak włożę do serca jego braciszka, żeby się mógł urodzić.
Obawiam się, że opowiadanie mu jednego dnia o tym, że serce pompuje krew, jak i po co, oraz o tym, że dzięki pamięci Dziadek zawsze będzie w jego sercu, to lekka przesada.
Serce ma wiele funkcji, synu. I w zasadzie to służy do rodzenia braciszków. Tak, niezbadane są ścieżki myśli i skojarzeń dziecięcych. Zazwyczaj trafne.

środa, kwiecień 15, 2009

Mały dużo mówi. I ciekawie.

„pan Jezus umarł na krzyżu. Tak powiedziała pani w przedszkolu”
[aniołek opuszcza główkę]

biorąc w aptece ulotkę
„lubię książki. Są świetne”
[aniołek podnosi główkę]

Mały jest uczulony na jabłka i gruszki, tak wynika z moich badań i obserwacji. Odkąd nie ma z nimi kontaktu, skóra gładsza, zdrowsza, ładniejsza. Tylko dlaczego pediatra wmawiała mi przez lata, że plamy na dłoniach to od mycia rączek? Wystarczyły trzy dni bez jabłek, by zniknęły...

Mój syn jest tak kapitalny, że patrzę na niego i myślę
weź się w garść
weź się w garść

mistrzem świata jest

szybki papierosek i nara, nie wiem czy podkręcać gałkę potencjometru i zagłuszać świat muzyką, a może wsłuchać się w kojące dźwięki lasu
mam pończochy ze szwem nowe
mam kłopot
chciałabym zasnąć
chciałabym nie spać razem z nim
chciałabym mieć spokój
osiągnąć spokój
znaleźć spokój
przed chwilą wyrzuciłam do kosza świadectwo dojrzałości byłej Ukochanego, też miałam chujowe oceny, ale maturę miałam dwujęzyczną i z dzieckiem przy piersi, idiotko
idiotko sama nie wiem do kogo mówię
właściwie to chyba do siebie
a może do niej
ale szczerze mówiąc nic mnie już ona nie obchodzi bo po co
chętnie poszłabym na spacer do lasu ale boję się bezpańskich psów.
chętnie wpadłabym w jakiś miły znieczulający nałóg ale obiecałam Małemu, że posadzimy rzeżuchę no i ktoś musi to dziecko wychować
a kto wychowa jego mamę?
dyscypliny mi brak
o tak
dyscypliną po gołym tyłku
_______


Gdy ci się wszystko znudzi
spraw sobie aniołka i staruszka
gra się tak:
podstawiasz staruszkowi nogę że wyrżnie mordą o bruk
aniołek spuszcza główkę
dasz staruszkowi 5 groszy
aniołek podnosi główkę
stłuczesz staruszkowi kamieniem okulary
aniołek spuszcza główkę
ustąpisz staruszkowi miejsca w tramwaju
aniołek podnosi główkę
wylejesz staruszkowi na głowę nocnik
aniołek spuszcza główkę
powiesz staruszkowi "szczęść Boże"
aniołek podnosi główkę
i tak dalej
potem idź spać
przyśni ci się aniołek albo diabełek
jak aniołek wygrałeś
jak diabełek przegrałeś
jak ci się nic nie przyśni
r e m i s

/A. Bursa/

wtorek, kwiecień 14, 2009

pomyłka Freudowska!

w poprzedniej notce miałam napisać "piwny i dymny", a wyszło "piwny i dumny". Literówka, ale znacząca. Coś w tym jest.

Mam na dvd "Dwa dni w Paryżu". ha!

Wczorajszy wieczór babski, piwny i dumny. Potrzebny.
Ale wracając sama do domu pomyślałam, że Warszawa bez niego jest jak kawa bez kofeiny. Jak Szelburg bez Zarębiny. Jak zwykłe miasto którego ulicami chodzi się nie zauważając ich.

Dziś rano włosy świeżo umyte już mam za brudne, są sztywne i obce. Skóra na twarzy ściągnięta i niemiła, paznokcie spiłowałam do skóry, całe moje ciało jest mi przykre. Nie ucieknę przed tym, a chciałabym. Czuję się jak korzeń selera. Zamieniłam się w korzeń selera.

sobota, kwiecień 11, 2009

Wczoraj turystycznie w Warszawie. Mnisi usypujący mandalę. Kolorowo. Spokojnie.
Potem migrena. Koc na głowę, leki przeciwbólowe, dwie godziny snu. Co raz częściej mi się to zdarza. Szukam przyczyn. Czyżby pigułki?

Dziś na tapecie baba drożdżowa, a z pozostałych białek – bezy w dużej ilości. Jedzone zaraz po ostygnięciu.

Byłam niemalże oburzona brakiem soli, pieprzu i prawdziwych pisanek w tutejszej święconce. Religia religią, ale żeby pisanek nie robić? Na prędkości ugotowałam kilka jajek w cebuli bo mi żal było patrzeć na drewniane pisanki. O sól i pieprz nie walczyłam, może to jak z bigosem i sałatką jarzynową – każdy dom ma swój sposób? Lubię te tradycje, im jestem starsza tym bardziej.

Przeczytałam „Ósmy dzień tygodnia" Hłaski, po raz setny chyba. Za każdym razem to opowiadanie robi na mnie co raz większe wrażenie. Potem, pozostając w klimacie, czytałam wiersze Wojaczka. I to jest, mili państwo, mistrz. Stachura mi nie leży, Poświatowska momentami, Bursa jest nierówny, ale Wojaczek – o, to jest moja miłość. Genialny wariat. Czarodziej go znał, mówił, że to straszny człowiek był. A moja polonistka z podstawówki studiowała z nim razem. Taki ten świat mały.

Oczywiście nadal uważam, że jutrzejsze śniadanie uroczyste jest zbędne i chętnie bym wcale nie wstała. Rok temu byliśmy z Tatą i Timonem. Mam nadzieję, że chodzą teraz na długie spacery gdzieś po górach.

czwartek, kwiecień 09, 2009

Jakoś nie miałam weny na pieczenie tego mazurka, krzywy wyszedł i zapomniałam dodać do niego kilku składników. Ale wyszedł, chyba, nie wiem, czeka.
Koło południa dowiedziałam się, że chłopak, którego znam, nawet nie kolega, bawiliśmy się na jednej imprezie sylwestrowej, mamy mnóstwo wspólnych znajomych, no i ten chłopak jest chory na białaczkę.
Wieczorem dowiedziałam się, że jedna z dziewczynek z naszego forum dzieciowego, gdzie znamy się od ok. sierpnia 2004, a z częścią osobiście po licznych spotkaniach, spacerach i piknikach, owa dziewczynka co niedawno zdmuchnęła cztery świeczki i ma blond włoski, jest chora na białaczkę.
Wiadomość na temat tego chłopaka sprawiła, że zaklęłam pod nosem, bo nie znam go dobrze ale to, że ma białaczkę poruszyło mnie mocno.
Wiadomość o chorobie małej sprawiła, że po prostu wybuchnęłam płaczem.
Czy to do cholery jakieś fatum, jakaś epidemia?
O małej wiemy już, że to odmiana choroby, która ma 90% wyzdrowień. Ale i tak jak myślę o tej słodkiej dziecinie, która teraz zamiast spać w swoim łóżeczku z misiem, śpi w szpitalu pokłuta od zastrzyków, kroplówek i innego tego szitu, to chce mi się płakać. Myślę o niej ciągle.
Gdyby nie to, że niedawno robiliśmy Małemu morfologię krwi, już jutro rano byłabym z nim w przychodni.
To wszystko jest zbyt straszne.

środa, kwiecień 08, 2009

anti nowhere league

Zjadł zrobione przeze mnie pierogi z pieczarkami, a potem pocałował mnie w rękę. I uśmiechał się, oooj, jak szeroko. Synuś to skarb.

Dziś w przedszkolu przedstawienie Wielkanocne. Mały jak zwykle trochę śpiewał, trochę drapał się po brzuchu. Zrobiłam mu wprowadzenie w temat świąt wiosennych. Trochę o Wielkanocy, żeby mi osiołek bez wiedzy o świecie nie rósł, trochę o Pesach, żeby wiedział, że są różne opcje. Wątek faraona bardzo go zainteresował.
Wieczorem będę piekła mazurek kajmakowy. Traktuję to jako tradycję, lubię mazurki, lubię kajmak (zwłaszcza wylizywać resztki). Poza tym święta mnie nie kręcą. Śniadanie spędzę bez Mamy i Młodego. Tak więc już mi zupełnie wszystko wisi.
Lubiłam zawsze tę atmosferę, jaka panowała w domu na godzinę przed śniadaniem wielkanocnym lub kolacją wigilijną. Ostatnie przygotowania, przebieranie się, Tata tradycyjnie rozważający jaką koszulę założyć, Mama spryskująca szyję perfumami. Lekki pośpiech, napięcie, oczekiwanie. No i wreszcie zasiadaliśmy wszyscy do stołu.

A w związku z tym, że w tym roku tak nie będzie, to ja to chrzanię. Zwłaszcza, że to śniadanie oddzielnie, co boli mnie bardzo. Bardzo. Bardzo.
Już mi się żadnych świąt nie chce. Jest Mama i jest Młody. Jesteśmy nadal rodziną. Ale czarna dziura po Tacie sprawia, że nie mam ochoty na kreowanie sytuacji rodzinnych. Za bardzo wtedy widać Jego brak.

Wiosennie i pozytywnie, nowa energia, czuję się dobrze, ale kark i plecy tak bardzo bolą. W sercu mam wyrwę. Mam lej po bombie w głowie.

wtorek, kwiecień 07, 2009

Las jest pełen małych, białych kwiatków.
Noc jest pełna bułgarskiego wina (a pod powiekami mamy słońce)

Tylko dlaczego mam takie straszne sny?

poniedziałek, kwiecień 06, 2009

Bardzo lubię z nim rozmawiać. Mieliśmy dziś ku temu okazję, spędziliśmy razem ze sobą kilka godzin. Na początku trochę się denerwowałam, ale kiedy jechaliśmy pod jego biuro, żeby się pożegnać, czułam się naprawdę szczęśliwa. Uchyliliśmy okna samochodu, oczy zasłoniliśmy okularami przeciwsłonecznymi, słuchaliśmy U2 grających głośno, głośno. Trochę rozmawialiśmy, trochę milczeliśmy (bo milczenie też jest fajne). Wygląda jak Sean Penn, ale wstydziłam mu się to powiedzieć, głupia. Byłam szczęśliwa, słonce świeciło jaśniej, trawa była zieleńsza. Na koniec uściśnięcie dłoni. „dziękuję panie mecenasie” powiedziałam śmiejąc się. Za tydzień wpadnę do niego po płyty. Tata się z nim przyjaźnił, twierdził też, że jest gejem. Nie wiem, nie pytałam, nie muszę. Dla mnie jest dobrym znajomym i adwokatem. A dziś? Dziś był cudowny. Od teraz jestem jedynym opiekunem prawnym Małego. Udało się to skończyć. Nareszcie.

niedziela, kwiecień 05, 2009

Ich bin eine Berlinerin...

Wiosna i słońce napełniają mnie optymizmem (chociaż dziś równo płakaliśmy nad grobem Taty).
Wiosna i słońce pozwalają mi cieszyć się życiem. Życiem.
Kiedy idę Nowym Światem w stronę Uniwersytetu, trzymając w dłoni kubek pełen pysznej kawy, kiedy słońce świeci, czuję lekki chłód poranka i zapach miasta, wtedy czuję to cudowne, trudne do opisania uczucie radości, cieszenia się wolnością. Wolnym miastem, wolną sobą. Tym, że mogę iść przez swoje miasto z kubkiem pysznej kawy, którą przed chwilą kupiłam od miłego mężczyzny.
Podobnie czułam się wczoraj w nocy, kiedy spacerowaliśmy z Ukochanym po Warszawie dziwiąc się tłumom na ulicach, muzyce, jakiejś takiej euforii ludzi zachwyconych pierwszą nocą, kiedy można siedzieć przed knajpką i wino pić. Zbliżała się północ, a miasto tętniło życiem. Było pięknie.

Tęsknię za Berlinem. Im bardziej cieszę się Warszawą, tym bardziej tęsknię za Berlinem. Chciałabym znowu chodzić jego ulicami. Siedzieć w parku na trawie. Pić piwo na ławce. Słuchać muzyki, oglądać stare i nowe, jeść tureckie kebaby i chińskie makarony. Dotykać murów. Patrzeć. Przeżywać. Czuć.
Musimy tam pojechać. Nie wiem kiedy, nie wiem za co. Ale jak najszybciej.
Czasami stoję na dworcu i słysząc, że zaraz odjedzie IC do Berlina, mam ochotę rzucić wszystko i wsiąść do niego. I pojechać do tej stolicy wolności.