No więc po kolei.
Maść mnie konkretnie uczuliła, więc pół czwartku spędziłam ledwo widząc świat, kiwając głową nad swoim losem i co chwila zerkając w lustro z nadzieją, czy aby znów przypominam człowieka. Niestety, trwało dość długo, zanim opuchlizna wielkości cebuli zeszła z moich pięknych oczu.
Noszę teraz za słabe okulary, nie robię żadnego makijażu i czuję się w związku z tym dość bezbarwnie. W czwartek ruszamy do Trójmiasta i będę znów mogła zrobić się na bóstwo. Na miarę moich możliwości, rzecz jasna.
Wczoraj odbyliśmy maraton koncertowy. Na pierwszy koncert 22pm, o 18:00, zabrałam Małego. To był jego pierwszy w życiu koncert i na początku był mocno oszołomiony klubem, ludźmi i całą atmosferą. Miałam dla niego słuchawki na wypadek, gdyby było za głośno, ale prawie nie chciał ich zakładać. Kiedy wreszcie się na to zdecydował, chwilę po założeniu ich oparł mi głowę na ramieniu i zasnął… Przeszłam z nim do innej sali, usiadłam na ławce i patrzyłam na koleżanki, takie jak ja dziewczyny muzyków, które piły piwo, popalały, rozmawiały i śmiały się. Przepadam za nimi wszystkimi, ale w tamtej chwili czułam, że jednak wolę sobie posiedzieć w kącie z rozespanym Małym na kolanach, z jego główką wtuloną w moje piersi. Słodko mi było.
Dzień wcześniej pytałam Małego czy chce iść na koncert, tłumaczyłam, że będzie głośno i że jeśli mu się nie spodoba, to sobie pójdziemy. Powiedziałam, że będzie mógł opowiedzieć kolegom w przedszkolu, że był na koncercie swojego taty. Nie zrobiło to na nim wrażenia, więc zapytałam, czy wie, że nie wszyscy tatusiowie grają koncerty. Jak to? Zdziwił się. No po prostu, nie każdy tata jest muzykiem. odpowiedziałam. No to co oni robią??
Po koncercie Mały z moją Mamą pojechali do domu, a ja zostałam w klubie i mogłam dołączyć do dziewcząt, napić się piwa, pogadać. I to też było fajne. Nawet potańczyłam na Obibokach pod sceną.
Na ASP było świetnie, ponieważ klimat był kapitalny. Podobało mi się samo wnętrze – długie korytarze, klatki schodowe, ciasnota, wszechobecny pył ( jak przystało na Wydział Rzeźby). Ludzie doskonale się bawili na 22pm, czuć było, że naprawdę się podobało.
To świetne uczucie widzieć jak energia wraca do muzyków. K. był co prawda ledwo żywy ( trzy koncert pod rząd dla perkusisty to nie lada wyzwanie), ale zadowolony. A ja uwielbiam, kiedy jest zadowolony.
Dziś zaproponował, żebyśmy poszli z Małym do kina na jakiś nowy film dla dzieci, o potworach. „jak normalna rodzina” powiedział śmiejąc się.