niedziela, maj 31, 2009

Och niedziela, jaka fajna niedziela. Miał być grill, ale deszcze są takie piękne w Z. Co prawda jutro do pracy pójdę przez błota w pantoflach, bo kalosze pożyczyłam A., a trampki zostawiłam w Gdańsku (sic!), ale ten zapach, zapach....

Ziemniaki młode z bryndzą są pyszne, z fetą też mi smakują, botwinka doprowadza do ekstazy, a seler naciowy z dipem z garam masala pozwala się rozmarzyć. Uwielbiam gotowanie na styku wiosny i lata. Tylko ciągle nie mam odwagi na rabarbar...

K. śpi, ululały go francuskie kołysanki, które włączył dla Małego. Mały bawi się jeszcze, a ja myślę o mojej rodzinie, której sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. I zastanawiam się, co by zrobił Tata, co by powiedział Tata... wszyscy myślimy o tym samym. Co On by zrobił. A teraz sami musimy żyć i to dziwne jest.

Dzieci w piosence chichoczą „alors c’est fini?”, a ja myślę, że moje życie jest najbardziej skomplikowaną rzeczą, jaką znam. Skoczyło się, zaczyna się. I jedyne, o czy teraz marzę, to dziecko. Niechby i teraz okazało się, że jestem w ciąży. Dziś, jutro.

sobota, maj 30, 2009

Śmiejemy się z K., że to jod z nad morza nam tak zrobił, że zachowujemy się, jak para nastolatków na gigancie. Co prawa Zatoka Gdańska to nie morze i jodu tam też chyba nie za dużo, ale weekend w Trójmieście zadziałał na nas w sposób magiczny. Nie, nie było nam to niezbędne, ale jest miłe.

Szkoda tylko, że sesja nie pozwala na spędzanie miłych wieczorów przy piwie i filmach, a jutro muszę na cały dzień ewakuować się do Mamy, bo w domu nie mam warunków do nauki.

Ukochany zapowiedział mi słodki prezent urodzinowy, a paczka dla niego już czeka. Nasze urodziny dzieli jeden dzień.

Już nie myślę, już jestem spokojna i zrelaksowana. Life goes on, czuję się bogatsza.

Czuję się też zakochana.

Życie to jest dziwne. Ale żyje się tylko raz, prawda?

No to chlup w ten głupi dziób!

wtorek, maj 26, 2009

Rozważań ciąg dalszy. Myślę, że za jakiś czas mi minie.
Po przerwie na łagodniejsze dźwięki wróciłam do bardzo głośnego słuchania Armii, Siekiery itp. Bardzo głośno, prosto do mózgu.
Kaszel jest co raz silniejszy, a okulista kiwał głową nad moim rzadkim uczuleniem na lekarstwo na zapalenie spojówek i przypisał kolejne (trzecie), boli mnie każdy mięsień.
Chciałabym pobiegać, ale to nie dziś, dziś jestem sama, sama się boję. Jutro. Chce mi się na trening. Założyć rękawice. Dać komuś w cymbał, a najlepiej, żeby to był jakiś głupek sam się o to proszący. Na treningach zawsze się jakiś znajdzie.

Między szkołą a lekarzem wpadłam do Mamy z ciastkami. Przyniosłam porcję na trzy osoby. Mama, Młody i ja. Na stole stała patera z czterema wuzetkami. Dziś są, dziś byłyby urodziny mojego Taty. W kubeczku ciągle stoi jego szczotka do zębów.

Zgrałam sobie na komputer Analogsów. Włączę sobie głośno, zrobię kilka pompek, a potem zajmę się nauką. Taki plan.
I może uda mi się o niczym nie myśleć?

O północy wróci K. A potem położymy się razem, zaplączemy nogami, pomieszamy kołdry i zaśniemy.


_____

The memory of my father is wrapped up in
white paper, like sandwiches taken for a day at work.

Just as a magician takes towers and rabbits
out of his hat, he drew love from his small body,

and the rivers of his hands
overflowed with good deeds.


Yehuda Amichai

Aby nie stać się hipokrytką muszę milczeć.
Weekend udał się. Bardzo. Dużo emocji. Dużo miłości.

Zastanawiam się czym właściwie jest miłość. Skąd wiem, że to akurat z Nim chcę spędzić życie? Patrzę jak utyskuje naprawiając mi drukarkę i myślę, że tak, że to przecież oczywiste. Że on.

Sobotę spędziliśmy w Sopocie. Spacer, relaks. Dużo myślałam. A w niedzielę jeździliśmy na rowerach po Gdańsku. Kilka bitych godzin na siodełku. Biorąc pod uwagę fakt, że to był mój pierwszy kontakt z rowerem w tym roku – jestem z siebie dumna...

Powrót pociągiem był trudny. Cały skład pełen kibiców Wisły, którzy wyrywali drzwi do zarezerwowanych przedziałów itd. Staliśmy z K. ściśnięci na korytarzu modląc się o kawałek podłogi do siedzenia, a kibice krzyczeli „Warszawiacy wypierdalać” i tym podobne hasła na temat mieszkańców stolicy. Jeden z nich, wydzierany, o nerwowych oczkach, zapytał K. skąd jest. Kiedy K. patrząc mu prosto w oczy powiedział „z Warszawy” mnie zmroziło, a tamten koleś powiedział „Warszawy i Warszawiaków nienawidzę, ale wy usiądźcie z nami w przedziale”. I usiedliśmy. Na kilka długich godzin w towarzystwie kryminalistów oraz pijanych małolatów. Przez cały ten czas patrzyłam na zwykłych ludzi, takich jak my, którzy spali na korytarzu, patrzyłam na tych kibiców, patrzyłam na nas i zastanawiałam się, kiedy to się wreszcie skończy. Kiedy wysiedliśmy na Wschodnim, przez chwilę nie mogłam przestawić się na literacką polszczyznę.

A potem spałam dwie godziny i poszłam do pracy. Fantastycznie.




było warto. mój Boże, jak było warto.

czwartek, maj 21, 2009

Mam nieprawdopodobnie dużo rzeczy do zrobienia, ale jutro jedziemy do Gdańska. To nie jest mądre ani odpowiedzialne, ale myślę sobie, że trudno. Nikt głowy mi nie urwie, świat się nie zawali z powodu tych dwóch nocy poza domem. Nie chcę potem żałować, że nie pojechaliśmy. Odkąd Tata umarł myślę głównie tak. Nie planuję niczego wielkiego. Nie chcę. Chcę tu i teraz. Z tymi, których kocham.
A ten wyjazd, tak bardzo chcę podarować go K. za to, jaki dla mnie jest. Przypominam sobie te straszne dni zaraz po śmierci Taty i myślę o tym, co robił K. Tata zawsze powtarzał mi dbaj o niego, bądź dla niego dobra, to jest skarb. Będę to robić zawsze.

Mamy takie śliczne zdjęcie Taty, jest na nim uśmiechnięty, spokojny. Mama chce, aby to zdjęcie było na grobie. Zwyczaj nakazuje, by na zdjęciu nagrobnym mężczyzna miał garnitur. Tata będzie miał czarną koszulkę. Ktoś podpowiedział, że można przecież w photoshopie dorobić białą koszulę i krawat, ale nie będziemy się wygłupiać. Tata ma być Tatą, a nie jakimś komputerowym tworem. Postawiłam to zdjęcie w ramce na nowym regale. Jest trochę jak Mona Lisa – gdzie nie stoję, to na mnie patrzy. I uśmiecha się.

Mój telefon zepsuł się i Mama dała mi do wyboru albo jakiś prosty aparat bez niczego, albo fajny telefon Taty. Przełożyłam kartę do tego lepszego, ale zaraz zmieniłam na prosty. Nie byłam w stanie zrobić z telefonu Taty swojego. Cała drżałam wyjmując kartę. W spisie numerów Tata zapisał mnie pod hasłem Olesia.

Minęło cztery miesiące, tydzień i jeden dzień. Teoretycznie jestem już w pełni ogarnięta.Ale to tak boli. Tak ciągle strasznie boli.

poniedziałek, maj 18, 2009

Siedzę na podłodze z komputerem na kolanach, opieram się o łóżko. Śpi na nim Mały, zasnął chwilę temu zapłakany po podaniu lekarstwa na obniżenie gorączki. Cały dzień bawił się i hasał, a teraz jest gorący i smutny. Kaszle brzydko, trawy zaczęły pylić.
Wyjęłam teksty, muszę czytać, czytać i czytać. Mam mało czasu i dużo pracy. Lily Allen śpiewa mi cichutko.
K. wymyślił nową torturę – biegamy. Zaczęliśmy od 20 minut. Dwadzieścia minut biegu bez przerwy. Za pierwszym razem już po ośmiu myślałam, że umrę, ale powtarzałam sobie w głowie jak mantrę "nie dam rady? ja nie dam?" I jakoś szło. Na uszach słuchawki, głośna muzyka. Dziś było lepiej, a w przyszłym tygodniu wydłużamy sobie czas. Biegamy po lesie, zieleń jest soczysta i wszechogarniająca. Potem wskakujemy pod prysznic (ja) i do wanny (K.), i jesteśmy już odświeżeni, pełni energii, zadowoleni. Jaka miła to tortura.

aha, wiem, że z nią też biegał, ale zgodnie z nowymi zasadami nie myślę o tym ( o czym dobitnie świadczy ta wzmianka...). właściwie to w czasie biegu powtarzam sobie też "ona biegała, to ja nie dam rady?".
jakoś muszę ze sobą żyć...

niedziela, maj 17, 2009

No więc po kolei.
Maść mnie konkretnie uczuliła, więc pół czwartku spędziłam ledwo widząc świat, kiwając głową nad swoim losem i co chwila zerkając w lustro z nadzieją, czy aby znów przypominam człowieka. Niestety, trwało dość długo, zanim opuchlizna wielkości cebuli zeszła z moich pięknych oczu.
Noszę teraz za słabe okulary, nie robię żadnego makijażu i czuję się w związku z tym dość bezbarwnie. W czwartek ruszamy do Trójmiasta i będę znów mogła zrobić się na bóstwo. Na miarę moich możliwości, rzecz jasna.

Wczoraj odbyliśmy maraton koncertowy. Na pierwszy koncert 22pm, o 18:00, zabrałam Małego. To był jego pierwszy w życiu koncert i na początku był mocno oszołomiony klubem, ludźmi i całą atmosferą. Miałam dla niego słuchawki na wypadek, gdyby było za głośno, ale prawie nie chciał ich zakładać. Kiedy wreszcie się na to zdecydował, chwilę po założeniu ich oparł mi głowę na ramieniu i zasnął… Przeszłam z nim do innej sali, usiadłam na ławce i patrzyłam na koleżanki, takie jak ja dziewczyny muzyków, które piły piwo, popalały, rozmawiały i śmiały się. Przepadam za nimi wszystkimi, ale w tamtej chwili czułam, że jednak wolę sobie posiedzieć w kącie z rozespanym Małym na kolanach, z jego główką wtuloną w moje piersi. Słodko mi było.

Dzień wcześniej pytałam Małego czy chce iść na koncert, tłumaczyłam, że będzie głośno i że jeśli mu się nie spodoba, to sobie pójdziemy. Powiedziałam, że będzie mógł opowiedzieć kolegom w przedszkolu, że był na koncercie swojego taty. Nie zrobiło to na nim wrażenia, więc zapytałam, czy wie, że nie wszyscy tatusiowie grają koncerty. Jak to? Zdziwił się. No po prostu, nie każdy tata jest muzykiem. odpowiedziałam. No to co oni robią??

Po koncercie Mały z moją Mamą pojechali do domu, a ja zostałam w klubie i mogłam dołączyć do dziewcząt, napić się piwa, pogadać. I to też było fajne. Nawet potańczyłam na Obibokach pod sceną.
Na ASP było świetnie, ponieważ klimat był kapitalny. Podobało mi się samo wnętrze – długie korytarze, klatki schodowe, ciasnota, wszechobecny pył ( jak przystało na Wydział Rzeźby). Ludzie doskonale się bawili na 22pm, czuć było, że naprawdę się podobało.
To świetne uczucie widzieć jak energia wraca do muzyków. K. był co prawda ledwo żywy ( trzy koncert pod rząd dla perkusisty to nie lada wyzwanie), ale zadowolony. A ja uwielbiam, kiedy jest zadowolony.

Dziś zaproponował, żebyśmy poszli z Małym do kina na jakiś nowy film dla dzieci, o potworach. „jak normalna rodzina” powiedział śmiejąc się.

czwartek, maj 14, 2009

Pomarudzić sobie muszę, bo rano odkryłam, że mam zapalenie spojówek, po południu okulista potwierdził i siedzę teraz patrząc na tubkę maści z antybiotykiem, której to pierwszą porcję muszę umieścić sobie po wewnętrznej stronie powieki i nie wiem jak to zrobić.
Tyle informacji i tylko jedno zdanie.

Mały zapytał, kiedy będzie święto wszystkich dziewczynek ( w domyśle: mam) i powiedział, że da mi coś błyszczącego. Przy kolacji pochwalił „co raz lepiej mieszasz sok z wodą”. Został nam tylko jeden rozdział „Nagle w głębi lasu” Amosa Oza. Czasami lubię poczytać Małemu coś poważniejszego, niż kolejne przygody Clifforda. „Alicja w Krainie Czarów” podoba nam się bardzo, poziom abstrakcji ciągle pasuje do tego, w jakim żyje Mały. Niedługo wyrośnie z tego i zrobi się poważny. Mam nadzieję, że na krótko i znowu będzie widział świat inaczej. Tak, jak jego starzy.

W sobotę K. gra trzy koncerty, dwa z 22pm i jeden z Obibox. Obiboki i 22pm zagrają na Poco Fest w klubie Radio Luxemburg, gdzie kilka zespołów będzie grało charytatywnie zbierając pieniądze na Fundację Urszuli Jaworskiej. Potem o 22:00 (nomen omen) 22pm zagrają na dziedzińcu ASP w ramach Juwenaliów.

Wiem, wiem, zbliża się co ma się zbliżać, ale chciałabym teraz myśleć o sesji, wyjeździe do Trójmiasta, sesji no i może jeszcze o sesji. A nie o tym, że jestem gruba.

niedziela, maj 10, 2009

Moja euforia trwa. Kompletnie niezrozumiała, bo przecież mam katar i nie czułam smaku nawet jedząc czekoladę miętową Lindt. A poza tym ciągle się męczę i mam wrażenie, że różne części mojego ciała nie pasują do reszty.
Rano wstałam z myślą, że o 13 jest zbiórka, chłopaki jadą na koncert do Gdyni, a ja chcę dowieźć K. prowiant. I zrobiłam to, wierna żona Penelopa, papierowa torba wylądowała wśród bagażu ( kontrabas, gitara, werbel i piec…), a ja z Małym machaliśmy gdy busik odjeżdżał. Teraz rozmyślam nad śniadaniem dla mojej gwiazdy rock’n’rolla, która wróci nad ranem pachnąca piwem. Nie jednym zapewne, jak przewiduję.
I jeśli będzie mi się bardzo chciało, to pójdę do sklepu po bułki i parówki, o których marzy. A jeśli nie – usmażę pancakes i podam mu z miodem. Powinnam mieć jeszcze do tego gustowny fartuszek. Bo kiedy wróci, będę najszczęśliwsza na świecie.
Nie, nie myślę, że może zostać gdzieś w ramionach fanki. Bzdury. Moja wyobraźnia projektuje mi raczej piratów drogowych, ulewy i tym podobne niebezpieczeństwa. Dlatego jak znam siebie, będę budzić się co godzinę i sprawdzać czy napisał sms.
Jutro wieczorem gra w Warszawie. Będę pod sceną :)

To wszystko jest aż podejrzane.

piątek, maj 08, 2009

Nie mam nawet gorączki, tylko katar, ból gardła i takie tam. W środę płakałam bez powodu, co u mnie jest podstawowym objawem choroby. Osiągam stany typu „ja chcę do mamusi” i przeczytałam „Kwiat kalafiora” Musierowicz. Poza tym ciężko i powoli mi się myśli, a po wejściu na swoje piętro mam zadyszkę i poty. Nie lubię, oj jak nie lubię.
W niedzielę w ramach Juwenaliów koncert Obibox. I słowo daję, nawet z gorączką tam będę. Od kilku miesięcy próbuję pójść na koncert własnego faceta i mi się nie udaje. Co prawda w poniedziałek o 8 rano mam lekcję, którą w dodatku sama prowadzę, no ale koncert to koncert.

Aha, no i myślę może powoli, ale intensywnie. I do różnych ciekawych wniosków dochodzę, na przykład na temat różnych etapów ludzkiego życia. I myślę sobie, że te 5 – 6 lat temu to byśmy być może z Ukochanym nie zwrócili na siebie uwagi i może nie ma co tak tępić najmniejszych śladów przeszłości.
Przecież sama doskonale wiem, jak wzbogacił mnie duchowo i intelektualnie związek z J., pomimo całej swej parszywości i patologii. Sama wiem ile się nauczyłam przez te lata. I z tego wszystkiego czerpię teraz, wszystko to pomaga mi w życiu z Ukochanym, w życiu w ogóle. I tym, kim jestem teraz, jestem dlatego, że byłam z J. tyle czasu. Oczywiście nie to jedno mnie ukształtowało, ale te lata były, są, dla mnie ważne. Myślę, że to samo może mieć miejsce w przypadku Ukochanego i jego byłej. Ba, jestem tego pewna. Więc w zasadzie część tego K., którego kocham, jest jej dziełem. I powinnam być jej wdzięczna.

A może ja piszę teraz euforyczne bzdury spowodowane działaniem jakiegoś składnika moich kropli do nosa?
Ok., z tą wdzięcznością to może przesada, ale może nie ma co się tak boczyć?

środa, maj 06, 2009

Czuję się chora.
Dziś byliśmy na bilansie czterolatka. Dziecko nasze zważono, zmierzono, opukano, zmierzono mu ciśnienie, sprawdzono słuch i wzrok. Pełen przegląd. Pani osłuchała płuca i cmokała z zachwytu. Dopiero jak jej powiedzieliśmy o alergii i kaszlu od tygodnia, a Mały zaczął posłusznie zanosić się kaszlem – powiedziała: o rzeczywiście, jak brzydko! Echh

Zdecydowanie, czuję się chora. Umiarkowanie kontaktuję, chyba czas na herbatę.

piątek, maj 01, 2009

Mama chodzi po górach. Przysyła uśmiechnięte smsy. Cieszę się, że wyjechała, że jest wśród ludzi. Chciałabym, żeby ciągle była uśmiechnięta. Czy ciągle myśli o Tacie? Cały czas?
Zastanawiam się, czy zawsze tak będę za nim tęskniła. A jak tęskni się za ukochanym mężem? Bardzo nie chcę tego wiedzieć.


Dzień był rodzinny. Spanie do późna, spacer, obiad, pieczenie ciastek. Jak miło, leniwie i ciepło. Jutro wieczorem będę musiała się uczyć, ale dziś obejrzymy sobie film. Wczoraj piliśmy wino. Za oknem jest cicho i spokojnie. Ja jestem spokojna. ( a Ukochany mówi, że mam zawsze granat w kieszeni. Wiecznie gotowa do walki.)Chciałabym być zawsze taka spokojna. Lubić więcej osób. Cały czas mam wrażenie, że bardziej lubię budynki, niż ludzi.