wtorek, lipiec 21, 2009

25 minut! Pokonałam psychologiczną barierę 20 i udało się!!! Czułam się świetnie, czuję się świetnie, popijam zimne piwo, słucham reshet bet, a jutro o 9:47 wsiadamy do pociągu i jedziemy hen hen, za Bug, tam, gdzie nocą niebo jest jak czarny aksamit na którym ktoś rozsypał brokat, gdzie śpi się najmocniej i je najwięcej...


( a poza tym mam fantastycznie uformowane pęciny. tylko prawdziwi dżentelmeni są w stanie to zauważyć i docenić. patrzę w lustro i zachwycam się tą częścią swojego ciała)

poniedziałek, lipiec 20, 2009

Przyjmujemy gości, grillujemy, słuchamy muzyki. Bardzo to lubię.
Pojutrze wyjeżdżamy do H.
K. mówi, że rozłąka robi dobrze w związku, ale dla mnie to ściema. Dobrze robi to rozmowa i rozsądek, a nie rozłąka. Nie znoszę być gdzieś bez niego dłużej niż dwa dni. Nie cierpię. Nie lubię budzić się bez niego. Denerwuje mnie to. Jeszcze się nim tak nie nacieszyłam, żeby szukać wrażeń bez niego. Ja chcę wszystko z nim widzieć. I już. Koniec. Kropka.
Dlatego myślę już o dniu, kiedy przyjedzie do nas. A potem pojedziemy na dwa dni do wsi, co w nazwie ma moje nazwisko. Nazwisko Taty. Chcę sobie zrobić podróż sentymentalną, porozmawiać z ciotką o rodzinie, o Tacie. Wyrzucam sobie, że o za mało rzeczy go zapytałam. Że za mało wiem o historii naszej rodziny. Chcę to nadrobić.
( Sprawdzam katalogi na jewishgen.org, znajduję dziesiątki Chajmów, Josków, Chudes i Etek o moim nazwisku mieszkających w okolicach „naszej” wsi. Pytanie, z których my jesteśmy? Od Berka P., czy od hrabiego P. ? )
( Wszystko mi jedno...)

wtorek, lipiec 14, 2009

Na początku było tak:

- trzymaj się relingu! mówi K.
- czego?
- Relingu.
- acha...

Albo

- owiń szota wokół kabestanu. zasugerował
- Chrystusie...

Nauczyłam się wiązać trzy węzły żeglarskie i obsługiwać kuchenkę gazową, pomagać przy zwijaniu żagla i nie zrobić sobie krzywdy przy schodzeniu na keję. Dużo!
Było świetnie, naprawdę. Mały był dzielny, chociaż pojawiały się problemy z dyscypliną.
Pływaliśmy wszystkiego trzy dni, spędziliśmy trzy noce na łódce, z tego ostatnią przy małej wysepce, między trzcinami, z milionem komarów w okolicy i najbliższą ludzką toaletą na drugim brzegu jeziora. Dla mnie, przywiązanej do codziennego mycia włosów było to dość trudne, ale jakoś dałam radę ;) Prysznic w Węgorzewie, jedyny w czasie wyjazdu, kosztował 10 zł, ale to były wspaniale wydane pieniądze.
Przepłynęliśmy z Giżycka do Węgorzewa i z powrotem. Kiedy dopływaliśmy do portu w niedzielę wieczorem było mi trochę smutno, że już koniec. Fajnie jest pływać, strasznie fajnie. Słuchać fal, obserwować chmury, pić kawę na środku jeziora i mieć największy spokój jaki tylko jest możliwy.

poniedziałek, lipiec 13, 2009



wróciliśmy...

środa, lipiec 08, 2009

Nastrój jakoś przysiada i ruszyć nie chce. Wczorajszy bieg marny, zatrzymałam się przed końcem nawet nie ze zmęczenia, ale jakoś z braku chęci, z braku wiary, z braku laku.
K. zabrał dziś Małego na próbę. Kiedy przyszłam w połowie zastałam ich w przerwie między numerami. Mały siedział po turecku na krześle, trzymał w rączce marakas, miał czapkę odwróconą daszkiem do tyłu i bluzeczkę bez rękawów. Wyglądał bosko. Chłopaki zaczęły grać i Mały razem nimi, marakasem. Z poważną minką machał ręką do rytmu, bardzo był zaangażowany. Potem usiadł na stołku koło K., wziął pałki i walił w blachy razem z K. Było super. Potem mówił, że perkusja podobała mu się najbardziej. Mistrzu.
Jutro na łódkę.

wtorek, lipiec 07, 2009

K. twierdzi, że nie ma co na siłę udawać, że jest się z Ameryki i że między innymi dlatego nie podoba mu się „Soulahili” Pinnaweli. A mnie się, o dziwo!, podoba i teraz sobie słucham. „Butcher” to jeden z najlepszych numerów na mojej playliście na czas biegania. Idealnie dopasowuje się do mojego rytmu.
Oglądamy filmy po nocach. „Windą na szafot”, „Płytki grób”, „Dzikość serca”, „Elizabeth”. Co dziś obejrzymy? Chyba „Poza prawem”, chociaż K. namawia mnie na jakiś czeski film, a ja od czasu wielkiego rozczarowania „Samotnymi” jakoś nie mam na nie ochoty. Zobaczymy. I tak najpierw trzeba wskoczyć w dresy i pobiegać. Biegam w szortach Adidasa, należą do K. i są mocno obciachowe.

Pojutrze jedziemy na łódkę. Zaklinam pogodę, oby nie padało. Mały ma czapkę z napisem „kapitan”, a ja z przerażeniem odkryłam, że moje jedyne szorty nie są tak idealnie pasujące jak zeszłego lata. Przecież nie będę za dnia chodziła w tych adidasach K.! Czy uda mi się w dwa dni stracić 2 kilo? Ech...

Znalazłam swój pamiętnik, taki zeszytowy, który zaczęłam pisać w 2001. To któryś z kolei zeszyt, każdy wkładałam na czas pisania do okładki, którą uszyłam w czasie zajęć ZPT ( nie żartuję!). Stare są w pudle – kapsule. Zapakowałam do kartonu różne ważne dla mnie rzeczy, pamiątki itd. w roku 2000. Planuję otworzyć to pudło kiedy moja córka będzie miała tyle lat co ja wtedy, czyli 15.

Lektura pamiętnika szesnastolatki była dla mnie bardzo smutna. Nie odkryłam niczego nowego, wiem doskonale, że swoje może i najfajniejsze ( potencjalnie) lata życia zmarnowałam, ale za każdym razem, kiedy to sobie uświadamiam, jest mi strasznie żal. Żal i smutno mi za to dziecko jakim byłam, kiedy działo się to całe gówno.
Czytałam o związku z P., który był taki dziwny, w sumie bezsensowny, ale jednocześnie świeży i pouczający. Byłam wtedy jak szczypiorek na wiosnę, radosna, naiwna, szczęśliwa tym co miałam. On mieszkał kilkaset kilometrów ode mnie, spotykaliśmy się raz-dwa razy w miesiącu, a mnie ani razu przez myśl nie przeszło, że może mnie zdradzać. Byłam idealnie spokojna. Nigdy później takiego spokoju nie osiągnęłam.
Czytałam o różnych tych historiach i historyjkach które się działy, o swojej przyjaźni z Czarodziejem. Mam zapisane hektolitry jego sms-ów do mnie. Nadal mnie wzruszają. Czytałam je i kiwałam głową. Kochany, kochany biedny Czarodziej. Tyle mnie nauczył, tyle mi pokazał. Ta dziwna znajomość nastolatki i pół wieku starszego literata z Krakowa była naprawdę piękna. Czytam własne wpisy w pamiętniku jak poezję. Czasami za nim tęsknię, myślę o nim dużo. Kiedyś mi powiedział, że taka dziewczyna jak ja może zamienić się albo w drzewo czy nimfę, albo w zwykłą kobietę. Brzmi to potwornie pretensjonalnie, kiedy teraz o tym myślę, ale to tak pasowało do nas. Zmieniłam się w zwykłą kobietę.

Czarodziej był świadkiem pojawienia się J. Związek z J. swoją intensywnością zniszczył wszystko co było dookoła, między innymi naszą przyjaźń. Notatki w pamiętniku urywają się pod koniec stycznia 2004. Pisałam z przerwami, stąd taka pojemność czasowa jednego zeszytu. Pod koniec znów pisałam więcej. Miałam dużo czasu. Większość dnia spędzałam samotnie, czekając kiedy J. wróci z pracy, albo chociaż zadzwoni. „miał zadzwonić o 12, zadzwonił o 15, powiedział, że będzie o 18, jest 21...”. Tego dnia o 2 w nocy błądziłam sama po okolicach Placu Trzech Krzyży, pochlipując jak zraniona kotka, jego telefon był wyłączony, a ja nie wiedziałam co robić. Wrócił, jak zwykle, wrócił pachnący wódką, zdziwiony moją złością. Boże, ile było takich dni. Ile takich dni miałam będąc głupią nastolatką?
Po kilku miesiącach od ostatniego wpisu w pamiętniku byłam już w ciąży. Pamiętnik stawiam na półce. Nie wyrzucę, może powinnam. Bolesna to pamiątka. Jak to dobrze, że to jest moja półka, nasza półka, którą skręcał K.

piątek, lipiec 03, 2009

Biegamy wieczorami, a właściwie w nocy. Wychodzimy o 22, czasami o 23. Zależy od dnia. Raz plany pokrzyżowała nam burza, więc postanowiliśmy pobiec nazajutrz rano. I to było błąd. Rozleniwiona po nocy, prawie bez jedzenia, w budzącym się upale dnia nie dałam rady. Pobiegłam 12 minut, a potem czekałam na K. wściekła na siebie. Wracałam do domu płacząc ze złości.

Cały ten bieg to walka ze sobą. Za pierwszym razem po 7 minutach miałam dość a po skończonym biegu nie wiedziałam jak się nazywam. Byłam nieprzytomna ze zmęczenia. Teraz już zmęczenie po biegu nie robi na mnie wrażenia, w domu nie kieruję się prosto w stronę łóżka. Jest w porządku. Ale cały bieg to walka. Na początku luz, rozmawiamy z K., rozważamy trasę. Po ok 8-10 minutach włączam sobie głośno muzykę, nie mam siły rozmawiać, wsłuchuję się w teksty, jednym ruchem palca przerzucam mniej energetyczne numery. Staram się nie myśleć o tym, że biegnę, że jestem zmęczona, że nie mogę się zatrzymać. Wmawiam sobie, że jest dobrze, staram się skupić tylko na muzyce, nie zwracać uwagi na ból w stawie skokowym albo kolkę, pilnować długości kroków, czynić z rytmu biegu swoją mantrę.

Przeciwnikiem w tym biegu nie jest mój brak kondycji ( ciągle duży) czy pojawiające się szybko zmęczenie. Najgorsza jest ta słabość, która podpowiada, by się zatrzymać i odpocząć chwilę. Pilnuję się, wiem, że nie mogę przestać biec, że wybiję się z rytmu, ze to wbrew zasadom, że po prostu mi nie wolno. To wszystko mniej jest ćwiczeniem fizycznym, a bardziej ćwiczeniem charakteru.

A najlepszy jest ten moment, gdy K. daje znak ręką „koniec”. Dobiegam do niego ( zawsze jest trochę z przodu), staję pochylona, opierając dłonie nad kolanami i oddycham równo z jego oddechem. Potem prostujemy się i zawsze, za każdym razem śmiejemy się do siebie, spoceni, zmęczeni, o skórze błyszczącej od potu, śmiejemy się i mówimy „genialnie”, „zajebiście”, „uwielbiam ten stan”, „ja też”. Wracamy do domu nakręceni.

Zastanawiam się wtedy czy wolę bardziej to słodkie rozleniwienie, tę błogość która pojawia się po seksie, czy może zmęczenie, paradoksalnie napełniające energią do działania, które czuję bo biegu. I chyba wolę to drugie. Cuda cuda.

środa, lipiec 01, 2009

- czy ktoś ci kiedyś powiedział, że masz dziwnych rodziców? Zapytał Małego K., kiedy wracaliśmy z przedszkola.
- Nie, nigdy. Odpowiedział Mały.
- To ja ci teraz to mówię...

Wracaliśmy z przedszkola gdy zaczęła się ulewa, deszcz, grad, wiatr. Wszystko na raz i w środku tego nasza trójka, dwa rowery i zakupy. Wróciliśmy do domu kompletne przemoczeni, musieliśmy zmieniać nawet bieliznę. Było super. Deszcz był ciepły, a my biegliśmy śmiejąc się, przeskakując kałuże ( na nic to się nie zdało, buty i tak były przemoczone).

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za tydzień pojedziemy na łódkę.

Przytyłam ewidentnie, chociaż zwalam winę na hormony, zatrzymanie wody w organizmie itd...
Ale takie dobre rzeczy robię!
Na przykład takie.
5 paczek ( takich podwójnych) herbatników typu petitki miażdżę na drobno wysługując się stojącym najbliżej mężczyzną. W tym czasie gotuję puszkę mleka słodzonego skondensowanego, zamkniętą!, przez dwie godziny. Herbatniki mieszam z ok.150g stopionego masła, po czym ubijam całość na dnie tortownicy i wstawiam do lodówki.
Gdy już mleko się ugotuje i przestygnie nieco, wylewam część na spód, a potem rozkładam na tym pokrojone w plasterki banany (tak 2 i pół), a potem znów masa. Wstawiam tę boską, uzależniającą bombę kaloryczną do lodówki na ok. godzinę, a potem to już tylko trzeba walczyć ze sobą, żeby nie zjeść całego ciasta na raz.

Albo takie:
3 jajka, 30g cukru pudru i 30g cukru zwykłego miksuję na kogel mogel, a potem dodaję do tego 30g mąki i mieszam. Formę kwadratową 25 x 30 cm wykładam lekko natłuszczonym papierem do pieczenia, wylewam ciasto i piekę przez 12 minut w 200 st.C.
rozkładam na stole czystą ściereczkę, na niej arkusz papieru do pieczenia i posypuję go troszkę cukrem. Wykładam na to upieczone ciasto, delikatnie zdejmuję z niego papier. Zwijam jeszcze ciepłe razem z papierem na kształt rolady, prostopadle do krótszego boku.
Odstawiam na 5 min. i w tym czasie ubijam szklankę śmietanki 36% z łyżką cukru pudru. Rozwijam ciasto, smaruję śmietaną, posypuję pokrojonymi truskawkami i delikatnie zwijam roladę. Owijam papierem i ściereczką, a potem wkładam na godzinę do lodówki.
Jest bosko. Tylko ta waga psuje nastrój.
Ale jednak wybieram jedzenie. Potem sobie pobiegamy z Ukochany, będzie dobrze.
Słodkie życie sybarytki...