K. twierdzi, że nie ma co na siłę udawać, że jest się z Ameryki i że między innymi dlatego nie podoba mu się „Soulahili” Pinnaweli. A mnie się, o dziwo!, podoba i teraz sobie słucham. „Butcher” to jeden z najlepszych numerów na mojej playliście na czas biegania. Idealnie dopasowuje się do mojego rytmu.
Oglądamy filmy po nocach. „Windą na szafot”, „Płytki grób”, „Dzikość serca”, „Elizabeth”. Co dziś obejrzymy? Chyba „Poza prawem”, chociaż K. namawia mnie na jakiś czeski film, a ja od czasu wielkiego rozczarowania „Samotnymi” jakoś nie mam na nie ochoty. Zobaczymy. I tak najpierw trzeba wskoczyć w dresy i pobiegać. Biegam w szortach Adidasa, należą do K. i są mocno obciachowe.
Pojutrze jedziemy na łódkę. Zaklinam pogodę, oby nie padało. Mały ma czapkę z napisem „kapitan”, a ja z przerażeniem odkryłam, że moje jedyne szorty nie są tak idealnie pasujące jak zeszłego lata. Przecież nie będę za dnia chodziła w tych adidasach K.! Czy uda mi się w dwa dni stracić 2 kilo? Ech...
Znalazłam swój pamiętnik, taki zeszytowy, który zaczęłam pisać w 2001. To któryś z kolei zeszyt, każdy wkładałam na czas pisania do okładki, którą uszyłam w czasie zajęć ZPT ( nie żartuję!). Stare są w pudle – kapsule. Zapakowałam do kartonu różne ważne dla mnie rzeczy, pamiątki itd. w roku 2000. Planuję otworzyć to pudło kiedy moja córka będzie miała tyle lat co ja wtedy, czyli 15.
Lektura pamiętnika szesnastolatki była dla mnie bardzo smutna. Nie odkryłam niczego nowego, wiem doskonale, że swoje może i najfajniejsze ( potencjalnie) lata życia zmarnowałam, ale za każdym razem, kiedy to sobie uświadamiam, jest mi strasznie żal. Żal i smutno mi za to dziecko jakim byłam, kiedy działo się to całe gówno.
Czytałam o związku z P., który był taki dziwny, w sumie bezsensowny, ale jednocześnie świeży i pouczający. Byłam wtedy jak szczypiorek na wiosnę, radosna, naiwna, szczęśliwa tym co miałam. On mieszkał kilkaset kilometrów ode mnie, spotykaliśmy się raz-dwa razy w miesiącu, a mnie ani razu przez myśl nie przeszło, że może mnie zdradzać. Byłam idealnie spokojna. Nigdy później takiego spokoju nie osiągnęłam.
Czytałam o różnych tych historiach i historyjkach które się działy, o swojej przyjaźni z Czarodziejem. Mam zapisane hektolitry jego sms-ów do mnie. Nadal mnie wzruszają. Czytałam je i kiwałam głową. Kochany, kochany biedny Czarodziej. Tyle mnie nauczył, tyle mi pokazał. Ta dziwna znajomość nastolatki i pół wieku starszego literata z Krakowa była naprawdę piękna. Czytam własne wpisy w pamiętniku jak poezję. Czasami za nim tęsknię, myślę o nim dużo. Kiedyś mi powiedział, że taka dziewczyna jak ja może zamienić się albo w drzewo czy nimfę, albo w zwykłą kobietę. Brzmi to potwornie pretensjonalnie, kiedy teraz o tym myślę, ale to tak pasowało do nas. Zmieniłam się w zwykłą kobietę.
Czarodziej był świadkiem pojawienia się J. Związek z J. swoją intensywnością zniszczył wszystko co było dookoła, między innymi naszą przyjaźń. Notatki w pamiętniku urywają się pod koniec stycznia 2004. Pisałam z przerwami, stąd taka pojemność czasowa jednego zeszytu. Pod koniec znów pisałam więcej. Miałam dużo czasu. Większość dnia spędzałam samotnie, czekając kiedy J. wróci z pracy, albo chociaż zadzwoni. „miał zadzwonić o 12, zadzwonił o 15, powiedział, że będzie o 18, jest 21...”. Tego dnia o 2 w nocy błądziłam sama po okolicach Placu Trzech Krzyży, pochlipując jak zraniona kotka, jego telefon był wyłączony, a ja nie wiedziałam co robić. Wrócił, jak zwykle, wrócił pachnący wódką, zdziwiony moją złością. Boże, ile było takich dni. Ile takich dni miałam będąc głupią nastolatką?
Po kilku miesiącach od ostatniego wpisu w pamiętniku byłam już w ciąży. Pamiętnik stawiam na półce. Nie wyrzucę, może powinnam. Bolesna to pamiątka. Jak to dobrze, że to jest moja półka, nasza półka, którą skręcał K.